Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Duchy · 39 min czytania

KSIEGA SMOKA I

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

BŁĘDNE OGNIKI tom pierwszy

AKT I Dźwięk niesamowitej opowieści

Mam na imię Marron. Mieszkam razem z moimi rodzicami i bratem bliź-niakiem, w małym miasteczku na południu Japonii. Jesteśmy szczęśliwą rodziną, która nie ma żadnych większych problemów, poza tymi, jakie ma każdy inny człowiek. Wczoraj skończyłam wraz z bratem dziewiętnaście lat i tego dnia przybył do nas dziadek. Było to bardzo wielkie wydarzenie w naszej ro-dzinie, ponieważ dziadek już od ponad czterdziestu lat był uważany za zaginionego i nikt nie miał najmniejszego pojęcia gdzie mógłby być... Tego dnia, kiedy wieczorem ktoś zadzwonił do drzwi nikt nie spodziewał się, że spotkamy dziadka. Ja i Owen, czyli mój brat, nie znaliśmy go oczywiście, ale moja mama i ojciec długo potem jeszcze płakali ze szczęścia. Mój dziadek jest bardzo miłym mężczyzną. Ale od razu zauważyłam, że coś ukrywa i że nie wszystko jest tak jakby chciał... Kiedy zaś późnym wieczorem jeszcze tego samego dnia zostaliśmy z dziadkiem sami, bo nasi rodzice jak to często robili, wyjechali w sprawach służbowych, dziadek opowiedział nam swoją historię swoich minionych czterdziestu lat... Była to historia tak nieprawdopodobna i tak interesująca, że postanowili-śmy zgodnie z jego wolą sprawdzić, czy jest ona rzeczywiście prawdziwa...

Od tej rozmowy minęło już kilka tygodni. Nasz dziadek niestety niebawem potem umarł na rozległy wylew i tak ponownie pozostaliśmy sami. Było to dla nas bardzo ciężkie przeżycie, stracić go po raz kolejny, ale już nic nigdy nie miało być tak jak kiedyś. Dziadek bowiem wszczepił w nas historię tak niesamowitą, że musieliśmy po prostu ją sprawdzić i przekonać się na własnej skórze, czy to co nam opowiedział było prawdą...

Tego pochmurnego dnia schodziliśmy powoli po ogromnych gołoborzach rozpostartych na wysokiej ścianie uwaju. Na jego szczycie rosły drzewa, ale nie mieliśmy się jak ich uczepić, żeby bezpiecznie zejść. Owen i ja wędrowaliśmy już dość długo, mieliśmy bowiem zamiar dotrzeć jeszcze dzisiaj do charakterystycznych form rzeźby, które powstały w wyniku procesów krasowych. Właśnie schodzili-śmy więc po stromej ścianie polji, która miała około 400 metrów średnicy. Ja szłam przodem. Na ple-cach miałam zgrabny, wycieczkowy plecak, do którego wpakowałam wszystko co miało nam się póź-niej przydać. Mój braciszek, Owen, miał już więcej bagaży. Obydwoje jesteśmy bardzo do siebie po-dobni, z daleka nie da się nas po prostu rozróżnić. Ponieważ jesteśmy bliźniakami. - Wreszcie- zatrzymałam się na dnie polji i rozglądnęłam się wkoło. Nie było tu nic oprócz wysokiej trawy. - Z góry widziałem tu kilka kociołków zapadliskowych- odezwał się Owen- Trzeba będzie uważać, Marron. - Czyż nie jest tu wspaniale?- zapytałam zachwycona.. - Chodźmy, zaczyna się już ściemniać. Poszłam za nim. Po drodze mijaliśmy mnóstwo małych i większych lei krasowych, w których zbierała się woda. Owen patrzył na kartę. Była bardzo stara, bo narysował ją jeszcze nasz dziadek. Powiedział nam kiedyś, że jak będziemy już dorośli, to mamy pojechać do Doliny Rzeki, by tam odnaleźć drogę do Avinlionu. Owen obiecał wtedy to dziadkowi, który zawsze nam opowiadał o najdziwniejszych rzeczach, które można było znaleźć w tej Krainie... Niespodziewanie w czasie naszej wędrówki zsunęła mi się noga. Pisnęłam czując, że zsuwam się bły-skawicznie w dół. Owen Pochylił się by mnie złapać, ale było za późno i sam zsunął się za mną do dużego kotła zapadliskowego. Chwilę sunęliśmy z ogromną prędkością w dół przez jakiś kamienny tunel, aż wpadliśmy do głębokiej, zimnej wody. Całe szczęście obydwoje umiemy dobrze pływać. Uda-ło nam się więc dopłynąć do brzegu, na którym usiedliśmy wyczerpani ze zmęczenia. Potem dopiero popatrzyliśmy wkoło. Najwidoczniej znaleźliśmy się w ogromnej jaskini. Było tu mnóstwo ostrych stalaktytów, stalagmitów i nawet draperii. Przez kocioł, przez który tu wpadliśmy wpływała jasna stru-ga światła, dlatego mogliśmy zobaczyć, że nie ma tu charakterystycznych dla tych tutaj jam, okien. Cała ta sceneria wywarła na nas niesamowite wrażenie. Owen potarł ręką czoło pomagając mi wstać. Tak samo jak ja był ranny i podrapany. - Popatrz tam!- pisnęłam nagle. Tuż nad gładką powierzchnią wody błyszczały trzy małe światełka. Jedno było zielone, drugie fiole-towe, a trzecie czerwone. Wirowały one chwilę nad wodą, a potem popędziły prosto ku nam. Tuż przed nami zatrzymały się niespodziewanie. Zielone światełko zawisło tuż przede mną, fioletowe przy wejściu w głąb tunelu, którego wcześniej nie zauważyliśmy. Bez zastanowienia poszliśmy w ich ślady, i tak nie mieliśmy, co ze sobą zrobić... Wędrówka przez wąski tunel, z którego prawie w każdym miejscu zwisały stalaktyty okazała się jeszcze bardziej wyczerpująca niż płynięcie z ciężkimi plecakami... nagle też dotarliśmy do syfonu. A było to miejsce, w którym bardzo niski sufit zanurzał się w podziemnej rzece, w której cały czas brodziliśmy. Trzy tajemnicze światełka zanurzyły się w wodzie i popłynęły w dół, aż znikły nam z oczu. - I co teraz?- spytałam niepewnie brata. - Idziemy, Marron. Weź tylko głęboki oddech... Poczekał, aż wskoczę do wody, potem poszedł w ślad za mną. Obydwoje wzięliśmy głęboki oddech i zanurkowaliśmy. Światełka wskazywały nam drogę. Ale syfon ten, był bardzo rozległy i powoli zaczy-nało brakować mi powietrza. Owen także zaczynał się już niepokoić, zobaczyłam to kiedy niespokoj-nie spoglądał w górę. W jednej chwili nasi przewodnicy znikli nam z oczu. Wystraszyłam się. Ale to był tylko prąd wodny, który z niesamowitą siłą wyrzucił nas na powierzchnię wody. Oddychałam z trudem. Owen pomagał mi więc płynąć. Światełka czekały na nas, byliśmy bowiem już zupełnie gdzie indziej. A już na pewno nie były to Góry Dynarskie... Niebo tutaj miało mieszany kolor błękitu z kolorem liliowym. Trzy Słońca ułożone jedno koło dru-giego świeciły srebrzystym, oślepiającym blaskiem. Usiedliśmy na brzegu kamiennego jeziora położo-nego tuż przy wysokiej i pionowej prawie ścianie skalnej. Z rozdziawionymi ustami obserwowaliśmy nasze nowe otoczenie. Tutejsze drzewa przypominały mi szyszki ustawione czubkiem do góry, w do-datku miały beżowy kolor gdzieniegdzie rosły na nich pionowo jakieś okrągłe owoce. Wszystko inne porastała wysoka trawa o zielonym kolorze. W oddali dostrzegliśmy jeszcze mogoty, czyli izolowane, stromościenne białe wzgórza ostańcowe. Był to po prostu niesamowity widok. Owena zafascynował on do głębi. - Nie ma ogników. One znikły!- szepnęłam zdumiona. - Czyżbyśmy byli w Krainie Słonecznego Miecza? Owen wstał i w tym samym momencie zerwał się gwałtowny wiatr, który niósł razem z sobą ogromne ilości czerwonych, malutkich płatków kwiatów. Kiedy odważyliśmy się otworzyć oczy stały przed na-mi dwa szare Jednorożce z wielkimi skrzydłami u boków. - To naprawdę się dzieje, Marron... -szepnął zdławionym głosem mój brat- My naprawdę jesteśmy w legendarnej Krainie Słonecznego Miecza! Popatrzyłam na niego i Poczułam jaki jest z tego powodu szczęśliwy, a ja cieszyłam się oczywiście razem z nim. Tylko może do mnie to wszystko jeszcze całkiem nie docierało, bo było po prostu nie-możliwe do pojęcia ludzkim rozumem. Owen był bardzo, bardzo przystojnym młodym mężczyzną. Miał brązowe, niesforne włosy obcięte na pazia. Zielone, duże oczy, patrzące wesoło i zuchwale na ludzi i świat. Ciemną karnację i szeroka pierś z opiekuńczymi ramionami, to wszystko tworzyło niesa-mowicie fascynującą mieszankę szlachetnych rysów z przystojnością. Uśmiechnęłam się do niego. Do tej pory nie wierzyliśmy w opowieści dziadka i tylko dlatego, że to przyrzekliśmy poszliśmy zbadać tę polję, by ewentualnie odszukać wejścia do Avinlionu. Teraz staliśmy tutaj. Nie wiadomo jakim cudem i dlaczego, ale było to naprawdę rzeczywistością i w to nie umieliśmy jeszcze tak do końca uwierzyć... - Mapa!- wykrzyknęłam niespodziewanie. Owen zrzucił plecak na ziemię i zaczął poszukiwać niepozornego skrawka papieru, ale ponieważ miał ją w nieprzemakalnym pudełeczku nic jej się nie stało. Rozłożył ją na kolanie. - Popatrz- wskazałam palcem- My jesteśmy tutaj. - Dziadek mówił coś o jeziorze. - Nazwał je Bramą Wody- dodałam czytając napis na kartce. - I mamy iść teraz tu...- wskazał na mogoty przed nami- I pewnie po to tu są te Jednorożce. Popatrzyłam niepewnie na zwierzęta pasące się spokojnie na łące. Owen też nie był, co do tego prze-konany, ale postanowiliśmy spróbować. Faktycznie, udało nam się to bez problemów, a ponieważ jeździć od dziecka umieliśmy, to jazda nie sprawiała nam trudności. Jednorożce były nam nadzwyczaj posłuszne i reagowały na każde chociażby najmniejsze polecenie... Było już zupełnie ciemno, kiedy zaczęliśmy jechać. Nie wiedzieliśmy jednak gdzie się skryć przed deszczem, czy wiatrem. Baliśmy się też dzikich zwierząt, ale najwyraźniej nie było tu nic poza roślin-nością. Po długiej jeździe byłam już nieźle zmęczona i powoli zaczął mnie już denerwować upór brata, który koniecznie chciał jeszcze tej nocy dojechać do białych ostańców na horyzoncie. Nie chciałam jednak nic mówić, mój brat był, co prawda kochany, ale jego porywczość przerażała mnie czasami do szaleń-stwa. - Owen...- powiedziałam niepewnie- Zauważyłeś, że tu nie ma żadnych zwierząt? - Owszem... Popatrz, jak szybko mgła otuliła cały krajobraz. Faktycznie, niemal w jednej chwili znaleźliśmy się w mlecznej zasłonie, przez którą z trudem cokol-wiek widzieliśmy. - Zatrzymajmy się- powiedział jeszcze, zanim krzyknęłam. W pobliżu jednej z pierwszych polji zobaczyłam czerwone oczy jakiegoś zwierza. Mój Pegaz przestra-szył się rżąc przeraźliwie i unosząc się na tylnych nogach ku górze. - Owen!- pisnęłam- Owen... Koń zaczął szykować się do biegu, ale kiedy otworzyłam oczy, by zorientować się gdzie jesteśmy mój Pegaz właśnie po raz kolejny stawał niespodziewanie stawał dęba. Przed nim w jednej jedynej chwili wyrósł nagle olbrzym, który przytrzymał luźno zwisającą uzdę wierzchowca zatrzymując go jednocze-śnie. Niebawem dobiegł do nas Owen. Przestraszona usiadłam na ziemi, by chwilę odpocząć jedno-cześnie wpatrując się w osłupieniu w wielkiego, pewnie dwumetrowego mężczyznę. Była to niezwykła istota, a może raczej demon, tego nie umiałam na razie określić. Oczy miał zupełnie czerwone, błysz-czące w nocy. Na głowie miał rogi barana, zamiast nóg miał łapy lwa, dlatego też nie nosił butów i nie było go słychać, kiedy się do nas skradał. Na sobie miał tylko ciemne spodnie zrobione z lekkiego materiału. Twarz miał podłużną, z lekkim zarostem. Dłonie szerokie, duże. I owłosioną pierś. Patrzył na nas przyglądając nam się z uwagą. - Kim jesteś?- spytał Owen klękając przy mnie na ziemi. - Mówią mi Peorth (tzn. wtajemniczenie) –odpowiedział głębokim, męskim głosem- Przyszedłem po was. - Po nas?! –zdziwiłam się- Po co? - Pan nasz i władca, Henryk, przepowiedział nam kiedyś, że przybędziecie. - Dziadek?!- spytaliśmy razem. - Nasz władca, pragnął abyście poznali jego królestwo i objęli nad nim piecze. Wybaczcie mi proszę moje zachowanie. Nie zwykłem do rozmawiania z ludźmi, jesteście bardzo dziwną rasą... To samo można by powiedzieć o tobie, pomyślałam wstając z ziemi i wsiadając na swojego rumaka. - Nic nie szkodzi, tylko strasznie się przestraszyłam... W czasie jazdy, kiedy Peorth bezszelestnie szedł przed nami, przez trawiastą równinę pomiędzy ogromnymi mogotami. W pewnej chwili już nie umiałam się pohamować i spytałam cicho Owena: - Nasz dziadek miał być ich władcą? Oni się chyba pomylili, przecież dziadek...? - Całkiem możliwe, Marron. Wiesz przecież, że nie było go w domu, przez całe 45 lat... przez tak długi okres mógł być praktycznie wszędzie. Nawet tutaj, w Avinlionie. Ciekawe, jak wyglądało życie tutaj... - Dziadek tak często nam o tym opowiadał, ale nigdy w to nie wierzyłam. Teraz jest mi wstyd. - Mi także, Marron. Jednakże jeżeli tu już jesteśmy powinniśmy wykorzystać to maksymalnie... - W porządku, Owen. Wypełniliśmy ostatnią wolę, dziadka. Teraz wszystko już leży w naszych rękach, co zrobimy z całym państwem. -Marron, powiedz mi, że ja nie śnię...- szepnął niespodziewanie Owen wpatrując się w coś przed nami w dole. Kiedy zerknęłam w ślady za nim, oniemiałam z wrażenia, które zaparło mi dech w piersi, przed nami niespodziewanie rozpostarła się ogromna kotlina, w której na dnie leżało piękne miasto, o czerwo-nych, stromych dachach, podobnych do tych w chińskich świątyniach. A pośrodku tego wszystkiego, leżał zamek. Miał cztery wieże, miał kształt kwadratu i zbudowany był w całości z kamieni. Peorth przeniósł wzrok z miasta na nas. - To jest pierwsze miasto, które wybudował wasz dziadek. Oto przed wami- Klonasja. AKT II Podróż w nieznane

Schodziliśmy ze wzgórza w milczeniu wpatrując się w oszołomieniu na niesamowity widok miasta rozciągający się pod nami, otoczony srebrzystą mgłą igrającą słonecznymi promieniami. Byłam taka szczęśliwa widząc to miasto. Wydawało mi się, że jest to miasto bogate i beztroskie. I tak naprawdę było. Nie znaleźliśmy tam murów obronnych. Nie było też strażników. Weszliśmy na główną ulicę, po której kręciło się mnóstwo ludzi. A raczej ludźmi nie można było nazwać tych istot. Niektóre z nich bardziej przypominały zwierzęta niż ludzi. Peorth przybliżył się do nas i zaczął nam opowiadać o mieszkańcach miasta. - To są Ogry- pokazał na wysokiego, krępego olbrzyma, o niebieskawej cerze, ogromnych łapskach i nieprzyjemnym wyglądzie. Na sobie nosił brudne skóry zwierząt. Oczy miał małe i wąskie, patrzące na wszystkich podejrzliwie. Poruszały się one ociężale i powoli, ale wyglądali na skorych do walki. Owen skinął głową. Widziałam, że chłonie te informacje. Pewnie był bardzo ciekaw tego wszystkiego. Ja zresztą też. - A to Angemony- pokazał na piękne istoty o czterech parach anielskich skrzydeł u ramion. Poruszały się one lekko, spokojnie. Miały na sobie dziwne ubrania. Z metalowymi częściami, jednakże nie przy-pominało to zbroi, wręcz przeciwnie ozdoby. Nie widzieliśmy ich oczu, gdyż połowę twarzy zasłaniały im ładne hełmy w postaci ptasich głów. Bardzo mi się spodobały te istoty. Milczał chwilę wybierając z tłumu poszczególne rasy. Po chwili wskazał ogromną łapą na kolejną isto-tę. - To Onyxy...- były to wysokie człekokształtne istoty, jednakże miały one ciało pokryte metalem. Nie miały włosów, a ich oczy przypominały mi wąski pasek czerwonego światła. Metal, którym były pokryte nie przedstawiał żadnych ubrań. Po prostu wyglądało to jak nagi człowiek, bez szczegółów, ale jak człowiek. Poruszały się z gracją. Jakby nie były maszynami. Już niebawem zobaczyliśmy istoty podobne do Peortha. Wyglądały jak połączenie człowieka z jakimś zwierzęciem. Jedni mieli rogi, drudzy ogony, inni zaś kopyta czy łapy zamiast stóp, zamiast rąk mieli zawsze szpony. A ich oczy bez źrenic błyszczały nawet za dnia na czerwono. Peorth wytłumaczył nam, że to jest rasa Denponów. Istot-przewodników. Ich zadaniem było prze-prowadzać przybyszów przez dowolną krainę, gdyż tylko oni znali to miejsce tak dobrze jak nikt inny poza nimi. Pomagały im w tym zwierzęce uszy i sposób w jaki się poruszały. Od zwierząt bowiem mieli wytrzymałość i siłę, przez co stawali się niesamowitymi sojusznikami w podróży... Zaraz potem Peorth zauważył w tłumie niesamowite istoty, na których widok serce podeszło mi do gardła. Miały one do połowy postać zwierząt, reszta to był człowiek. Np., istota, którą zobaczyliśmy pierwszą, była do połowy pająkiem, ale tam gdzie miała mieć głowę, wyrastał jej brzuch i dalej ciało człowieka. Była to kobieta o czarnych włosach i oczach, o długich czarnych szponach, nie nosiła na sobie nic. Potem zobaczyliśmy mężczyznę przypominającego centaura z jakiś filmów mitologicznych. Nie zabrakło tu także innych przedstawicieli tej rasy, były tu pół lwy, pół tygrysy i inne kotowate, po-tem były tu jeszcze tułowia koziorożców, zebr, ogromnych psów i tym podobnych. Rasa ta nazywała się Gizmanami, byli oni nieobliczalnymi potworami, z której strony nigdy nie było wiadomo czego oczekiwać. Ponieważ ich powiązania były szczególnie mocne ze zwierzętami często zachowywali się jak one, przyjmowali więc ich zwyczaje. Peorth powiedział, że to jedna z najgorszych i zarazem naj-dziwniejszych ras. Ja tu jakoś nie umiałam rozpoznać nic normalnego dla mnie. Gizmany mieszkały w lasach, jednakże niektóre z nich przeprowadziły się do miast i wiosek, dlatego też ich tu potkaliśmy. - A to Lifaty- Peorth pokazał na przykurczone, małe istoty przemykające się pomiędzy innymi istota-mi. Były one bardzo małe, miały na sobie czarne łachmany i tylko głowa okrągła i niekształtna o du-żych oczach wystawała spod szmat. Patrzyliśmy na dziwne stwory przechodzące koło nas. Otaczał nas gwar ludzi mówiących w różnych najdziwniejszych językach. Po obu stronach ulicy wznosiły się białe domy, bez okien. Czasami pod takimi ścianami siadały różne stwory i zamykając oczy mruczały coś pod nosem. Moją uwagę skupił Peorth tym razem na zielonej istocie pokrytej łuskami. Przypominała ona rybę. Miała pomiędzy pal-cami błonę, po obu stronach szyi miała listki skrzelowe. Oczy pokryte błoną, patrzące jakoś dziwacz-nie na świat. Na sobie miały potargane lniane suknie. Miały bardzo długie, zielone włosy spływające swobodnie aż do kostek. Poruszały się spokojnie i z gracją. - To Oceanie- powiedział- Mieszkają we wszelkich wodach. Jednakże potrafią przez jakiś czas przeby-wać na powierzchni tak jak teraz... Bardzo mi się spodobali ci Oceanie. Wyglądali chociaż na miłych. - A to- odezwał się znów nas przewodnik- to są Trensfanie. Te istoty były już całkiem zwierzętami. W przeciwieństwie jednak do zwierząt, chodziły one tylko na dwóch łapach i nosiły ubrania. Już niebawem dotarliśmy do sadu i ogrodów, które otaczały kwadratowy zamek. Po niecałym kwa-dransie znaleźliśmy jego się na dziedzińcu. Był on otoczony ze wszystkich stron marmurowymi arka-dami porośniętymi gęsto błękitnym bluszczem, który kaskadami spadał w dół. Na środku dziedzińca była ogromna fontanna przypominająca trzy smoki ziejące wodą. Po drugiej stronie w ogromnej kory-tarzu, w którym płonął niebieski ogień znajdowały się drzwi. Zsiedliśmy z jednorożców i poszliśmy za Peorthem. - Wasz dziadek przyjeżdżał tu dość często, mówił że czuje się związany z tym miejscem, jak z żadnym innym w całej Krainie i z tego też zawsze byliśmy bardzo dumni- wyjaśnił Peorth- Mimo, że nasz za-mek jest najmniejszą budowlą Henryka, naszego pana i władcy, to tutaj najczęściej przyjeżdżał... Weszliśmy przez drzwi i znaleźliśmy się w ogromnym korytarzu, który miał półkoliste sklepienie. Na jego kamiennych ścianach wisiały złociste arrasy przedstawiające Jednorożce wśród zieleni, delfiny bawiące się w wodzie, konie w galopie, orły w locie nad górami, lotosy i inne ciekawe rzeczy. Bardzo mi się one spodobały. Po chwili weszliśmy do sali jadalnej, na której środku stał stół z dwoma krze-słami. Na stole tym stały najróżniejsze potrawy, a wszystko z góry oświetlał kryształowy żyrandol. Peorth klasnął dwa razy w dłonie i w szerokim kominku zaczął płonąć niebieski ogień. Nie było tu okien mimo to czuło się świeży powiew powietrza, który przedostawał się tu przez specjalne wentyla-tory, które cicho cykały pod sufitem. Oboje wprost rzuciliśmy się na jedzenie. Już od dawna burczało nam w brzuchach. Pałaszowaliśmy jedzenie nawet nie wiedząc co jemy, w jednym byliśmy zgodni, wszystko było bardzo dobre. Kruchy, kwadratowy chleb. Jakieś okrągłe fioletowe owoce i inne strawy, których dotąd nie znaliśmy. Kiedy potem usiedliśmy na wygodnej kanapie przed kominkiem popijając jakiś dziwny napój o kolorze morskim zaczęliśmy rozmawiać. - Jak ci się podoba, siostra? - Tutaj jest niesamowicie,…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
KSIEGA SMOKA I — czytnik · opowiadania