Wojna · 42 min czytania
Księga Wielorybników
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Prolog Zimno. Jedyne co czuję to przenikający chłód wypełniający każdą cząstkę mojego zmrożonego ciała. Siedzę skulony w kącie jakiegoś mrocznego pomieszczenia. Schowałem się tu przed nimi. Ciągle słyszę miarowy, ciężki stukot gdzieś nade mną. Nie pamiętam co to ciepło. Nie czułem go od wielu, wielu dni. Nie czuję już nawet głodu czy pragnienia, teraz to nieistotne. Kroki się zbliżają. Czyżby to był mój koniec? Czy właśnie tak skończę, po wielu dniach podróży i tylu przeciwnościach zostanę zabity w jakimś pomieszczeniu przez to coś? Moje szczątki będą tu leżały wieczność, nikt ich nawet nie odnajdzie i nie pochowa. O czym powinien pomyśleć mężczyzna przed śmiercią? O rodzinie, Bogu? Moja rodzina mieszkała w Bostonie. Mieszkała, bo teraz pewnie nie ma tam ani jej, ani Bostonu ani nawet ziemi na której on stał. Nic nie przetrwało wielkiego wybuchu. A Bóg? W tym świecie nie ma miejsca na Boga. Ci którzy w niego wierzą daleko nie zajdą. Teraz liczy się tylko brutalna siła, ogień i paczka amunicji w kieszeni. Kroki są coraz bliżej, słyszę je na tym samym piętrze. A więc tak skończę, zabity w mroku nie wiedząc gdzie jestem. A ostatnim moim odczuciem będzie zimno.
Rozdział I Tej nocy obudził mnie chłód. Od dawna nie pamiętam żeby było tak zimno. Przez chwilę leżałem na pryczy, wsłuchany w szum fal i kołysanie statku. Próbowałem usnąć, jednak sen nie przychodził, wstałem więc ubrałem kurtkę, wełnianą czapkę i pochylony wyszedłem na pokład. Powietrze było czyste i rześkie, przy każdym oddechu unosił się obłoczek pary. Gwiazdy na niebie migotały i były bardzo wyraźne. Przez chwilę wydawało mi się, że słyszę mewy. Kiedyś były one częstym gościem na naszym statku, teraz jednak już ich nie ma. Tak samo jak wielorybów na które polowaliśmy i wielu innych stworzeń. Wszystko zabrał ze sobą wielki wybuch. On zabrał wszystko. Teraz nieistotne jest kto pierwszy wystrzelił czy kto pierwszy zaatakował. Tego pechowego dnia całe niebo było pokryte czerwonymi łunami. Nawet z naszego statku, na wybrzeżach Grenlandii widzieliśmy i słyszeliśmy wybuchy bomb i pocisków. Ludzie masowo się unicestwiali w imię czego? Ropy? Złota? Teraz widać na ile im to wyszło. Po jakiś dwóch dniach, kiedy wybuchy ustały w niebo uniosła się ogromna chmura pyłu która przysłoniła słońce. Była ciemno jak w nocy i wtedy zaczął padać śnieg. Nie był to zwykły śnieg, ten był inny. Kiedyś czytałem o tym. W wielu książką post apokaliptycznych było coś takiego. To była nuklearna zima. Nigdy nawet nie pomyślałem o tym, że mogłem jej doświadczyć, a teraz? Teraz dryfujemy z naszym kapitanem po otwartym morzu. Nie wiem dokąd chce dopłynąć. Powoli kończą nam się zapasy jedzenia i wody. Drewna nie mamy już prawie wogóle nie mamy i ogniska palimy tylko co trzy dni. Ale najgorsze jest to, że kończy nam się paliwo. Słyszałem jak co niektórzy członkowie załogi zmawiają się na kapitana. To zadziwiające, że nawet w obliczu całkowitego unicestwienia ludzi potrafią walczyć ze sobą o błahostki. -Hej, John co ty tu robisz? Przecież jeszcze nie Twoja warta.- z moich rozmyślań wyrwał mnie głos starego Burgesa. Miły, stary wyga morski, niewielkiego wzrostu za to barczysty i silny, pływa na tym statku od początku jego istnienia. Ma długie białe włosy i brodę, jest w starą startą kurtkę i czapkę. Jedyna miła i przychylna postać na tym statku. -Dobry wieczór panie Burges. Dobrze wiem, że to jeszcze nie moja warta ale obudziło mnie to straszne zimno, czuł pan je? Zapytałem. -Taak czułem je w moich kościach. Na starość to strasznie człowiekowi przeszkadza-powiedział opierając się o reling-wspaniałe czyste niebo, kiedyś wyruszyłbym przy takim na polowanie, zapalisz?-zapytał mnie nabijając swoją fajkę. -Nie dziękuję, tytoń jest teraz bardzo cenny.- odpowiedziałem -Masz rację masz rację, chociaż nie wydaje mi się żebyśmy mogli zrobić niego jakikolwiek użytek, rozmawiałem dzisiaj z kapitanem i powiedział mi, że prawdopodobnie nie starczy na paliwa żeby dopłynąć do Bostonu- mówił wpatrując się w ocean. -Do Bostonu? Dlaczego Fricks chce płynąć właśnie tam?-spytał nie kryjąc zdziwienia. -Podobno jest tam jeden z bastionów ludzkości, ale ile w tym prawdy to nie wiem- rzekł wzruszając ramionami- nie podoba mi się natomiast to, że łysy Jack zmawia ludzi przeciw Fricksowi, jak tak dalej pójdzie to będziemy mieli bunt załogi, na szczęście mam plan synu i chcę Cię z nim zapoznać- odwrócił się do mnie z błyskiem w oku. -Jaki plan, na czym miałby polegać?- spytałem zaciekawiony. -Otóż jak zapewne wiesz nie starczy nam paliwa żeby dopłynąć do Bostonu, więc musimy działać i namówić kapitana żeby popłynął do Nowej Szkocji. Jeżeli to nie zadziała przejmiemy statek siłą-powiedział uśmiechając się. -Jak to siłą? Chcesz zabić tych ludzi?-spytałem niepewnie. -Jeżeli będziemy do tego zmuszeni to tak-odparł zacięty- słyszałem, że w Nowej Szkocji również jest bastion, a tak się składa, że mam tam znajomości. Łatwiej nam będzie do czegoś dojść jeżeli popłyniemy właśnie tam. Oprócz ciebie o moim planie wie jeszcze 7 osób. -Udało Ci się zebrać do tego połowę załogi? Jestem pod wrażeniem-odpowiedziałem. -Dziękuję synu-odparł z uśmiechem- już niedługo udamy się do Fricska i przedstawimy mu nasz plan, jeżeli się nie zgodzi, resztę resju skończy pod pokładem-powiedział śmiejąc się. -To dobry plan, tylko że ja wolałbym dopłynąć do Bostonu-powiedziałem. -Aby odnaleźć swoją rodzinę, prawda? Rozumiem Cię dobrze jednak nie starczy na paliwa na tak długi rejs, musimy dopłynąć do Nowej Szkocji. Tam pomogę Ci dostać się do Bostonu, żebyś mógł odnaleźć rodzinę. Wchodzisz w to?-zapytał wyciągając do mnie rękę. -Wchodzę-odpowiedziałem ściskając jego dłoń. Kolejne dni na statku dłużyły mi się jak nigdy dotąd. Zauważyłem, że stworzyły się tu swoiste gangi. Jeden z nich to był właśnie gang starego Burgesa, czyli normalni chłopcy okrętowi. Drugi natomiast to był gang łysego Jacka. Wyciągnięte spod prawa dryblasy, którzy mają sieczkę zamiast mózgów. Napięcie między obiema grupami rosło w zastraszającym tempie i lada dzień mogło wybuchnąć. Coraz częściej dochodziło do sprzeczek i awantur. Kiedy nadszedł ten dzień obudził mnie Burges. -Wstawaj synu, idziemy do kapitana- powiedział potrząsając mnie za ramię. Wyszliśmy z mojej kajuty i skierowaliśmy się w stronę pokładu. -Dokąd to się wybierać w nocy, co?-zastąpił nam drogę chudy Olo. Jeden z bandy Jacka wysoki i chudy jak pręt, z krótko przystrzyżonymi włosami i twarzą pokrytą śladami po ospie i wykrzywioną w gniewnym grymasie. -Odsuń się Olo, idziemy się z Johnem przejść po pokładzie- powiedział uprzejmie Burges. Nigdzie nie idziecie, ja pełnię wartę, a podczas mojej warty nikt nie będzie mi się szwendał po pokładzie-odwarknął. Poprosiłem Cię Olo odsuń się-powiedział z naciskiem Burges. -A ja nie to co mi zrobisz?-zapytał ściskając karabin i uśmiechając się krzywo. -To-powiedział Burges wbijając mu nóż w brzuch i zasłaniając usta. Ciałem Ola wstrząsnęły ostatnie dreszcze, rzucił się, po czym zwiotczał i Burges położył go na pokładzie. -Zabiłeś go?!-krzyknąłem, odsuwając się. -Cicho, idioto- warknął do mnie Burges-zobaczysz, że na twojej drodze jeszcze nie raz będziesz musiał zabić, bierz jego pistolet i spadamy-powiedział zabierając karabin. Przeszliśmy ponad szczątkami i udaliśmy się w stronę mostku. -Idź za mną, trzymaj się blisko i trzymaj gębę na kłódkę-szepnął do mnie Burges. Opowiedziałem skinięciem głowy ściskając pistolet. Gdzieś po drugiej stronie statku słychać było gitarę i pierwsze zwrotki „Pieśni Wielorybników”. Niczego nie świadomi ludzie po drugiej stronie statku nie wiedzieli, że już niedługo zmieniają kurs. Szybko przeszliśmy obok kuchni i skręciliśmy w prawo obok dźwigów pokładowych. Za zakrętem był mostek i wtedy Burges kazał mi się zatrzymać. -Słuchaj, przed mostkiem stoi dwóch strażników, wychodzimy ja strzelam do tego po prawej ty po lewej jasne?-spojrzał mi głęboko w oczy-masz nie stchórzyć. Kiwnąłem tylko głową, byłem zbyt przejęty żeby zrobić cokolwiek więcej. Szybko wyłoniliśmy się z cienia. -Stać, kto…-wartownik nie dokończył, złapał się tylko za gardło z którego trysnęła stróżka krwi. Teraz ja. Podniosłem pistolet. Wszystko jakby zamarło. Stałem tylko ja z pistoletem i celowałem do drugiego strażnika. Nie mogłem się przemóc, aby nacisnąć spust. Jak przez mgłę usłyszałem „Strzelaj!”, zamknąłem oczy i strzeliłem. Nie pamiętam co było potem. Słyszałem tylko Burgesa, który krzyczał żebym się pośpieszył. Pobiegłem za nim nieobecny, ciągle oglądając się na zwłoki. Zabiłem człowieka. Kogoś kto również miał jakieś plany i marzenia. Teraz jednak to nie było ważne, Burges kopnął drzwi i wpadliśmy na mostek. Mostek kapitański to niewielkie pomieszczenie ze sterem i przyrządami do sterowania statkiem. Na środku stał drewniany stół. Pomieszczenie rozjaśniała niewielka lampka. Za stołem stał Fricks, ubrany był w starą skórzaną kurtkę i ciepłą czapkę. Był mężczyzną średniego wzrostu, umięśniony, z twarzą która kiedyś była miła, jednak teraz jest oszpecona przez kieł morsa. Odwrócił się gwałtownie słysząc nas i wyciągnął pistolet z kabury. -Burges, co ty do cholery jasnej odwalasz?-krzyknął -Ratuję Ci dupę Fricks-odpowiedział spokojnie. -Zabijając moją załogę? Czy ciebie do reszty pogięło?-krzyczał nadal kapitan. -Uspokój się człowieku, jestem tak głupi, że nie zauważyłeś nawet niebezpieczeństwa z ich strony-tłumaczył Burges- łysy Jack chciał zmówić ludzi przeciwko Tobie, myślisz że dlaczego dzisiaj wartę trzymali tylko jemu przychylni? Chcieli pozabijać wszystkich w nocy i Ciebie przymusić do zmiany kursu. Teraz pozbawiliśmy go części ludzi i nie będzie już tak niebezpieczny. -Co nie zmienia faktu, że zabiłeś tych ludzi i wbiegasz na mostek z bronią w ręku, czego chcesz?-zapytał gniewnie Fricks. -Chcę przedstawić Ci pewną propozycję, która będzie korzystna dla nas wszystkich- zaczął Burges- musimy zmienić kurs, nie starczy nam ani pożywienia ani paliwa żeby dopłynąć do Bostonu. Słyszałem o bastionie ludzkości w Nowej Szkocji, powinniśmy tam popłynąć, mam tam znajomości. Będzie łatwiej wybić się z dna na którym jesteśmy, rozumiesz Fricks?-zapytał Burges. -Może i cię rozumie, ale dlaczego miałbym to robić? Jak mogę ci zaufać skoro zabijasz moich ludzi na moim statku?-zapytał podejrzliwie kapitan. -Naprawdę jesteś idiotą Fricks- westchnął Burges- Nie dopłyniesz do Bostonu, w połowie drogi skończy Ci się paliwo, a wtedy twoi ludzie, jak ich nazywasz, najpierw zabiją ciebie a potem pozabijają się nawzajem z głodu i pragnienia. Zrozum wreszcie, że nie ma innej opcji jak płynąć do Nowej Szkocji. Zaufaj mi, pływam już od wielu lat, dużo więcej niż ty i wiem co robię, czy zmienisz kurs?-zapytał Burges. Fricks stał przez chwilę zamyślony. Odwrócił się od nas i popatrzył w morze. Po chwili odwrócił się do nas i powiedział: -W porządku, zmienimy kurs i popłyniemy do Nowej Szkocji ale pozostaje jeszcze jeden problem-wymierzył palcem w Burgesa- co chcesz zrobić z łysym Jackiem i jego ludźmi? Nie możemy teraz tak tego zostawić. -Musimy ich albo związać, zamknąć i pilnować albo zabić jeżeli będzie to konieczne- odpowiedział Burges krzyżując ramiona. -Rozumiem-kiwnął głową kapitan- jak myślę masz ludzi którzy się tym zajmą? -Oczywiście kapitanie zaraz się tym zajmiemy-odpowiedział ochoczo Burges. -Wspaniale idź więc, idźcie oboje-machnął na nas ręką odwracając się do map. Wyszliśmy z mostku. Statek lekko kołysał się na falach, odbijał się w nich ogromny dysk księżyca. Staliśmy tak chwilę z Burgesem po czym powiedział: -Widzisz młody, mówiłem że się uda- powiedział z uśmiechem -Może i się udało ale zabiliśmy ludzi czy nie dało się tego uniknąć ?- zapytałem. Burges przez chwilę patrzył przed siebie jakby się zastanawiając po czym odpowiedział: -Może i dałoby się tego uniknąć ale musisz się nauczyć jednego synu. Teraz nic nie będzie proste i przyjemne, teraz musisz walczyć o przeżycie. Potraktuj to jako lekcję, a teraz idź się połóż musimy dorwać resztę bandy Jacka- powiedział Burges i poszedł do kajut swoich towarzyszy. Odprowadziłem wzrokiem Burgesa po czym popatrzyłem na pokład. Te same maszyny, te same harpuny, ten sam sprzęt. Niby wszystko wygląda tak jak kiedyś. Ale nic już nie będzie takie samo. Stałem jeszcze przez chwilę wsłuchany w szum fal po czym udałem się w stronę mojej kajuty. Minąłem trupa którego zabił Burges, i zszedłem w ciemność po stalowych schodkach. Echo moich kroków niosło się po korytarzu. Zdjąłem swoją kurtkę i czapkę, położyłem się i zacząłem myśleć nad tym co będzie miało się wydarzyć.
Rozdział II Stukot cynowych naczyń dawał się we znaki. Kończyłem jeść swoje śniadanie i ciągle słuchałem uderzeń sztućców o miski i talerze. Siedzieliśmy w niewielkiej kuchni okrętowej. Przez brudne okna wpadało trochę światła. Niedługo miałem iść na spotkanie z kapitanem razem z resztą bandy Burgesa. Nie chciałem tam iść, niech sobie ustalają co chcą jak tylko dopłynę do Nowej Szkocji to ich opuszczam. Skończyłem jeść i zabrałem się za popijanie wody. Teraz to skarb, trzeba się rozkoszować każdym jej łykiem. Powoli kończą nam się jej zapasy, jest coraz gorzej. Pijąc tak wodę rozglądałem się po pomieszczeniu. Oprócz kucharza znajdowało się tu 6 innych marynarzy. Każdy z mniej lub bardziej kryminalną historią nielegalnych kłusowników, teraz stali się prawdopodobnie jedynymi ocalałymi. Ciekawe dlaczego? Dlaczego akurat my, a nie jakieś ważne osobowości, naukowcy albo ktokolwiek kto mógłby coś z tym zrobić? Im chodzi tylko o przeżycie, będą zabijać tak jak wczoraj Burges. Wstałem od stołu, zostawiłem swoje naczynia i wyszedłem na pokład. Uderzenie wiatru rozwiało mi włosy. Dawno ich nie przycinałem – pomyślałem. Słońce lekko przygrzewało, z zachodu wiał lekki wietrzyk. Przy takiej pogodzie normalnie wyruszylibyśmy na łowy. Stałem tak wpatrując się w horyzont. Po niebie przesuwał się brudnoszary całun chmur, zaczął padać lepki śnieg. Zastanawiałem się, czy promieniowanie nie powinno nas tu zabić. -Może znajdujemy się za daleko od miejsc wybuchów?-pomyślałem i spojrzałem na mostek kapitański. Przez brudne, popękane okno było widać tą część załogi, którą przyprowadził ze sobą stary Burges. No i oczywiście sam Fricks. Stali pochyleni nad stołem, prawdopodobnie kreślili coś na mapach ustalając dalszą podróż. -Ciekawe dlaczego mnie nie zaprosili? Przecież ukończyłem studia kartograficzne, znam się najlepiej z nich na mapach- myśli przechodziły mi po głowie- pewnie coś przede mną ukrywają. Mężczyźni na mostku zaczęli się kłócić i wymachiwać z rękoma. Nagle zauważyłem jak Burges uderza pięścią w stół i wychodzi. Z trzaskiem otworzył stalowe drzwi i szepcząc przekleństwa skierował się w moją stronę. Kilku innych marynarzy również wyszło na zewnątrz i zamknęli za sobą drzwi. -Nie mam sił do tego pieprzonego dupka- zaczął wyklinać obok mnie Burges opierając się o reling. Jego długa, biała broda była dobrze zadbana, widać było, że jest ona dla niego czymś świętym, dba o nią. -Znowu zaczyna wymyślać, że nie możemy płynąć do Nowej Szkocji, że coś jest nie tak z wodami przybrzeżnymi, że podobno są tam niezaznaczone na mapach mielizny, że może nam nie starczyć paliwa, do czorta z nim!- kopnął w beczkę stojącą obok, która z łoskotem potoczyła się w stronę pokładu. -Spokojnie Burges, uspokój się- postąpiłem krok w jego stronę- i tak wiele już udało Ci się osiągnąć, na pewno uda Ci się przekonać kapitana żeby płynąć do Nowej Szkocji- powiedziałem. -Wiesz co młody-powiedział stary tyłem opierając się o reling i wciągając głośniej powietrze- sam już nie wiem czy dobrze robię. Bo niby wiesz, ta Nowa Szkocja jest dość niedaleko, ale z drugiej strony nie mamy żadnej pewności, że faktycznie ktoś tam przeżył prawda?- spojrzał na mnie zadając to pytanie, po czym kontynuował- I ten jełop Fricks ma chyba rację. Jak wczoraj w nocy sprawdzaliśmy stan paliwa to prawdopodobnie nie starczy go nam żeby dopłynąć tam gdzie chcę. Musielibyśmy się zatrzymać jakieś sto, sto pięćdziesiąt mil dalej na północ, co nie byłoby dla nas korzystne. A Ty młody, co o tym myślisz?- spojrzał na mnie pytającym wzrokiem. -Też nie wiem, nigdy nie podejmowałem takich ważnych decyzji-wzruszyłem ramionami- ale pamiętając co nieco z czasów studiów może popłynęlibyśmy do Nowej Fundlandii? To trochę bliżej niż Nowa Szkocja, a jak znajdziemy tam ludzi, to za tytoń i resztę towarów możemy dostać paliwo i żywność żeby dostać się do Nowej Szkocji. -Wiesz co młody, dobrze gadasz-kiwnął z aprobatą Burges- tam jesteśmy w stanie dopłynąć, będę musiał porozmawiać o tym z resztą. W takim razie zostawiam Ciebie i te jakże piękne chmury i idę coś zjeść-machnął na mnie ręką i zaczął się odwracać. Nagle jednak zatrzymał się w pół kroku. Na jego twarzy malowało się ogromne zdziwienie. -Na wszystkie 9 mórz czy to może być prawda? Natychmiast spojrzałem za siebie. Nie widziałem nic poza mały bałwankami z fal i szarego nieba. -O czym mówisz, nic nie widzę-przysłaniając rękoma oczy starałem się dostrzec to, co Burges zobaczył na otwartym morzu. -No tam po prawej nie widzisz? To najprawdziwszy statek !-krzyknął i zaczął wymachiwać ręką po prawej stronie- hej ! hej chłopaki ! Statek ! Widać statek na horyzoncie ! – darł się uradowany. Na pokład zaczęli zbiegać się marynarze. Spoglądali w morze, z początku niedowierzając, później kiwając głowami i wymachując czapkami. -Statek, statek ! Teraz i ja go zobaczyłem. A raczej to co oni uważali za statek. Ciemna, mała bryła na bezkresnym oceanie, która w niczym statku nie przypominała. Jednak ogarnięci entuzjazmem marynarze wiwatowali ze szczęścia. Nagle z mostku na pokład wypadł Fricks. -Co tu się u diabła dzieje?-spytał gniewnym tonem- kapitanie statek na horyzoncie ! Najprawdziwszy statek ! -Co Ty pieprzysz człowieku, z drogi dajcie mi to zobaczyć- zaczął przepychać się przez szczęśliwy tłum. Stanął opierając się o reling i w milczeniu spoglądał w horyzont. Po chwili odwrócił się i powiedział do tłumu. -No chłopaki, mieliście rację. To statek !- powiedział z uśmiechem. Jeszcze raz na pokładzie dało się słyszeć radosne okrzyki i wiwaty-Zmieńcie kurs, płyniemy prosto do niego, z pełną prędkością! -Z pełną prędkością, kapitanie!- odkrzyknął maszynista. -Widzisz młody-nagle pojawił się obok mnie Burges- chyba jednak nasze drogi będą trochę bardziej skomplikowane- powiedział z uśmiechem. Również odpowiedziałem uśmiechem, jednak w głębi serca czułem, że coś jest nie tak. Statek nie poruszał się. Stał jak martwy na środku oceanu, jak porzucona zabawka jakiegoś Boga. Marynarze powoli zaczęli rozchodzić się do swoich zajęć, znów zabrzmiały struny gitary, brzęk naczyń z kuchni. A ja stałem z rękami w kieszeniach i wpatrywałem się w horyzont. Czułem, że nic miłego nie spotka nas na tym statku. Dopadło mnie zmęczenie. Przeszedłem szybko przez pokład, pozdrowiłem jakiegoś znajomego, poprawiłem obluzowane maszyny. Przeszedłem przez ciężkie żelazne drzwi i położyłem się na swojej kajucie czekając na spotkanie z tajemniczym statkiem. Nie mogłem spać długo. Z płytkiego snu wyrwał mnie ogromny smród, nigdy wcześniej w życiu takiego nie czułem. Unosił się w całym pomieszczeniu, wyraźnie dochodził z zewnątrz. Narzuciłem kurtkę i wyszedłem z kajuty. Odór dochodził z pokładu tak jak się domyślałem. Powoli wchodziłem po schodach. Echo moich kroków niosło się po korytarzu. Gdy wyszedłem na pokład z początku nie zauważyłem nic nadzwyczajnego. Wszystkie maszyny na swoim miejscu, liny poskładane, drzwi podomykane wszystko na swoim miejscu. Dopiero po chwili zorientowałem się, że ogniska nikt nie pilnuje, a na pokładzie panuje martwa cisza. -Co tu się dzieje?-pomyślałem. To nie było normalne, coś musiało się wydarzyć. Przeszedłem kilka kroków w przód i odnalazłem źródło obrzydliwego zapachu. Dopłynęliśmy do statku. Ale nie był to zwykły statek jak nasz. Ten był inny, całkowicie zniszczony. Wszystkie metalowe elementy były przeżarte rdzą, skrzypiały i zawodziły jak upiory z najgorszych koszmarów. Część pokładu była wyrwana i zniszczona, widać było podłużne żłobienia, jakby ktoś próbował je powyrywać. Maszt był w połowie ułamany, drugiej części nigdzie nie było widać. Po chwili do mnie doszło, że pokład wcale nie jest pomalowany na czerwono. To była krew. Karmazynową posoką pokryty był cały górny pokład. Gęsta ciecz kapała również na niższe części statku. Zaczęły się do niej zlatywać jakieś dziwne owady, dużo większe niż muchy. Jednak najgorsze były to, co z początku wziąłem za stertę szmat. To były ludzie szczątki. Poobcinane, pourywane kończyny, torsy. Ciała zostały bestialsko rozczłonkowane i złożone na tym chorym ołtarzu dla jakiegoś szalonego bóstwa. Stałem tak i wpatrywałem się w tą makabryczną scenę, gdy nagle zza zniszczonego mostku tamtego statku wyłonił się Fricks. Miał…