Filozofia · 11 min czytania
Księgarnia porzuconych marzeń
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Każdy, kto jakimś dziwnym trafem znalazł się na tej niepozornej uliczce głęboko schowanej za wypiętrzającymi się do góry industrialnymi budynkami, mógł ulec mylnemu wrażeniu, że znajdująca się tutaj księgarnia, jest jedną z tych, które można spotkać w większym mieście niemal na każdej ulicy. Jedną rzeczą, która mogła zdziwić przypadkowego przechodnia ,był wiszący nad drzwiami stary, drewniany szyld, z dziwnie wygrawerowanymi literami, które na pierwszy rzut oka przypominały napisy sporządzone w innym, nieznanym ludzkości języku. Jednak, gdy tylko ów przechodzień przyjrzał się tym wyblakłym literom, przed jego oczami pojawiał się napis: „Księgarnia porzuconych marzeń.”
Takie same wrażenie odniosła Matylda, gdy pogrążona w swoich myślach, postanowiła skrócić sobie drogę do domu omijając zatłoczone ulice stolicy i znalazła się przed ową księgarnią. Ten dziwny kanciasty budyneczek, który jak korek od gigantycznego szampana, przylegał idealnie do dwóch większych szklanych wieżowców, wydał się jej niezwykle swojski jakby już kiedyś gdzieś go widziała. Nie mogła sprecyzować czy to przez drewniane okiennice ze zdrapaną bladoróżową farbą, przypominająca kolor jej pokoju z dzieciństwa czy przez obszerny ganek z dwoma wiklinowymi fotelami, zachęcającymi każdego by przysiąść, ale ostatecznie postanowiła przyjrzeć się księgarni z bliska. Tymczasem rozsądek kazał jej zwlekać. „W końcu czy kobiecie na jej stanowisku – zaczęła tłumaczyć sobie w myślach-wypada ulegać tanim chwytom reklamowym. Jako asystent menager powinna wiedzieć wszystko na temat sztuczek marketingowych. Na pewno jest to tylko zwykła księgarnia, która na skutek ekonomicznych perturbacji jakimś cudem przetrwała schowana za dwoma szklanymi kolosami. Z drugiej strony nie zaszkodzi dowiedzieć się, jaki asortyment oferuje ten sklep.” Podeszła bliżej. W witrynie sklepowej leżały porozrzucane książki. Większość z nich miała dziwne tytuły: „Co gdyby...”, „Nie wolno mi zapominać”, „Co ludzie powiedzą”. Żaden z autorów nie wydał się jej znajomy. Tworzyły one całkiem pokaźną górkę. Każda książka miała zapisaną na grzbiecie datę. Niektóre sięgały niemal stu lat wstecz. Nagle coś się poruszyło za zasłoną. Czyjaś ręka szybko wrzuciła na środek i tak dużej już sterty kolejną książkę. Ku zaskoczeniu Matyldy obarczona była ona jej imieniem i nazwiskiem oraz lakonicznym tytułem z dzisiejszą datą.
Lekko podenerwowana pociągnęła za klamkę. Na drzwiach wisiał szyld, na którym ktoś niedbale przekreślił godziny otwarcia i napisał koślawym pismem: Otwarte wtedy, gdy tego potrzebujesz.
Zamek zaskrzypiał i wydał dziwny dźwięk jakby przekładnia jakieś starej maszynerii z ociągnięciem zaskoczyła na swoje miejsce, a drzwi wiedzione dawno nieużywanym mechanizmem same otworzyły się przed nią szybciej niż było to zamierzone.
Weszła do środka. Wnętrze wypełniał przyjazny półmrok. To, co zobaczyła wywarło na niej wrażenie. Pomieszczenie niemal całkowicie wypełniały książki poukładane w różne stosy, sięgające do sufitu kolumny i ciągnące się wzdłuż alejki rzędy. Między tymi labiryntami stronic i dziwnych tytułów znajdowały się wąskie korytarze, które mogły pomieścić tylko jedną osobę. Nie do końca pewna tego, co właściwie tutaj robi, Matylda ścisnęła trzymaną w rękach teczkę i skierowała się w stronę, z której dobiegał dźwięk przekładanych papierów. Przeciskając się między rzędami książek zastanawiała się, dlaczego ten dziwny dzień jeszcze nie dobiegł końca. W pracy spędzała niezmiennie dwanaście godzin, od co najmniej dwóch lat. Nie to, że nie lubiła swojego zawodu, ale nie tak wyobrażała swoją przyszłość po latach spędzonych na uczelni. Teraz, gdy możliwość awansu kolejny raz przemknęła jej przed nosem jakaś dawno zasiana iluzja w końcu zwiędła pozostawiając ją bez pomysłu na siebie.
- Witam - Zza lady wychylił się staruszek. Z namaszczeniem poprawił nasunięte na nos binokle i położył na ladzie stos książek, które nie miały jeszcze tytułów. Część z nich wyglądała na bardzo stare. -Po co komuś książki bez tytułów?- bez namysłu zapytała na głos. - Nie wiem - Staruszek uśmiechnął się. Miał na sobie przestarzałą już marynarkę, przetartą w rękawach a z kieszeni jego spodni wystawała kraciasta chusteczka, którą pośpiesznie przetarł okulary- Być może autor za bardzo skupił się na treści by znaleźć pomysł na tytuł- podrapał się po brodzie, niepewnie wzruszył ramionami i kontynuował- Książki są jak ludzie. Zdawałoby się, że wystarczy napisać pierwsze zdanie, a wszystko jakimś magicznym sposobem potoczy się dalej samo. Podczas, gdy tak naprawdę nieświadomie popadamy w manieryzm, gubimy się w swoich przenośniach, zatracamy wątki i jedyne, co udaje się nam stworzyć to czysty bełkot. Bez składni. Pisany bez celu- zamyślił się. -Widzi pani, żeby stworzyć coś wartościowego trzeba być cały czas świadomym. Trzeba przez cały czas wiedzieć, czego się oczekuje. Nie napisze się dobrej książki, jeżeli nie wymyśli się celu, dla którego daną książkę piszemy. Zupełnie jak z życiem. Nie przeżyje się go w pełni nie wiedząc, dokąd się podąża. Matylda nie do końca była pewna , o czym mówi staruszek i zaczęła żałować, że nie wróciła do domu tą samą drogą, co zwykle. Nie stało się przecież nic szczególnego. Przełożony po raz kolejny przywłaszczył…