Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 56 min czytania

Księstwo Stepów

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Jacob zeskoczył z dachu w chwili, gdy strzała przeleciała tam, gdzie była jego głowa. Uśmiechnął się podstępnie do samego siebie i skrył się w pobliskiej wnęce w ścianie. Po kilku sekundach wstrzymał oddech i stanął w bezruchu. Dwaj ścigający go ludzie zeskoczyli i ruszyli bez namysłu w następną uliczkę. Cichaczem udał się za nimi. Gdy tamci na chwilę się zatrzymali, rzucił w jednego sztyletem. Mimo ciemności trafił w rdzeń kręgowy. Drugi zorientował się, że zostali napadnięci, gdy jego kompan upadł na ziemię. Było już za późno – mimo naładowanej kuszy, Jacob okrążył go i poderżnął mu gardło. Odetchnął z ulgą i spokojnie ruszył do bramy.

Jacel ciął na oślep. Zmęczony ciągłym odpieraniem ataków i walką z wieloma przeciwnikami, zastanawiał się, czy da radę. Poczuł jednak, jak klinga jego oburęcznego miecza gładko odrywa głowę przeciwnika od korpusu. Spostrzegł, jak następny wróg naciera nań z tyłu i uchylił się na bok. Tamten wbił swój miecz w ciało swojego byłego druha. Zaskoczony tym faktem upadł na zbrukane krwią zwłoki. Jacel zakończył żywot kolejnego z przeciwników roztrzaskując kręgosłup zaskoczonego mordercy. Rozglądnąwszy się stwierdził, że został sam i opuścił budynek pozostawiając po sobie tylko trupy.

Arkadios wypuścił ze swych rąk biały strumień energii, który skutecznie oślepił i powalił na kolana trzech opryszków. Chwycił swój kostur i wykonując pełny obrót położył kolejnych dwóch. Jednemu złamał kark, gdyż po upadku nawet nie drgnął. Drugi zemdlał. Słysząc jęki oślepionych i dotkliwie poparzonych prześladowców, którzy najpewniej zginą w mękach, udał się w ciemną alejkę.

Samantha skończyła modlitwę i podbiegający doń człowiek znieruchomiał. Widząc, że ma czas, zaczęła inkantację kolejnej modlitwy. Tymczasem Bartos z pieśnią wojenną na ustach rąbnął swoim młotem obrzydliwego ogra, miażdżąc mu czaszkę. Zasłoniwszy się w samą porę tarczą uniknął niewątpliwej straty lewej ręki. Wściekły, że ktoś odważył się zarysować jego ochronę, opuścił tarczę i uderzył wprzód młotem, który tym razem zmiażdżył klatkę innego ogra. Samantha, skończywszy modlitwę, patrzyła jak stojący w drzwiach człowiek zamienia się w małą mysz. Zobaczywszy, że wszystkie „ślady” zostały zatarte bez słowa wyszli.

Gnoli był niesamowicie szczęśliwy mogąc walczyć z siedmioma orkami naraz. Jak zwykle w duchu podczas walki przeklinał swych rodziców za to, że dali mu imię zbliżone do nazwy rasy dużych psowatych stworów, które określało się gnolle. Jednak zawsze mógł skupić się na tym, co tu i teraz. Dlatego przekoziołkował i stając sztywno na obie nogi machnął się jednym z toporów odcinając małemu stworowi rękę. Ten zawył głośno i upadł. Gnoli wiedział, że malec się wykrwawi. Następni dwaj padli równie szybko. Pozostała czwórka stwarzała wrażenie bardziej roztropnych, zaatakowali wszyscy razem. Mimo małego wzrostu Gnoli zaryzykował skok nad równie niskim przeciwnikiem. Udało się. Skoczył i jeszcze zdołał w trakcie lotu nad zdezorientowanym rywalem rozciąć mu łeb. Upadłszy odwrócił się i rzucił jednym toporkiem przypiętym wcześniej do pasa w kark orka. Zostało dwóch. Bez problemu poradził sobie i z tymi. Szybko pobiegł do drzwi i wybiegłszy po schodach opuścił małą piwniczkę.

- Wygląda na to, że znaliśmy ich posiadłość lepiej od nich samych. Wszyscy buchnęli śmiechem po tej uwadze. - Kiedy zarzynałem tych dziadów i zza drzwi piwnicznych wyłonił się ork, wyglądali na bardziej zaskoczonych niż wtedy, kiedy ja im spadłem na głowy – Gnoli zrobił minę zaskoczonego, co wyglądało bardzo komicznie i kolejna salwa śmiechu wypełniła izdebkę. - Miałeś dodatkową robotę? – zapytała roześmiana Samantha. - Taa… - odpowiedział inteligentnie Gnoli, głaszcząc swą brodę. Jacob wszedł do izby z tajemniczym uśmiechem na twarzy. - Bawicie się beze mnie? Co to za zabawa? - Mów, ile zarobiliśmy ty skurczybyku i nie oszukuj, bo każdy wie ile przyniósł. - No, Arkadios, skoro tak mówisz… - udał zawiedzionego i po chwili namysłu rzekł – Dwieście - Ha, ha, ha – Wszyscy wstali z miejsc i wyciągnęli ku niemu swe ostrza – jak to możliwe, skoro bez twoich łupów sami naliczyliśmy 750 sztuk złota? – odezwał się w imieniu wszystkich Jacel - No dobra, nie tacy z was idioci jak myślałem. Tysiąc trzy sztuki złota i kilka cennych drobiazgów. - Za każdym razem próbujesz nas oszukać i ci to nie wychodzi. No, ale nawet bogaci byli nasi „klienci”. Do późnej nocy świętowali i wydali część zarobku. Później wszyscy poszli spać czekając na kolejny cynk i odpoczywając po kolejnej udanej akcji.

- Co tu się cholera działo!? – zagrzmiał władczym, grubym głosem szef miejskiej straży, kapitan Jon Malarez – To pobojowisko wygląda jak… jak pobojowisko! Jakby przeszła tędy horda wściekłych Trolli górskich! Chcę wiedzieć, kto to zrobił! - Niestety panie kapitanie tego się nie dowiemy, gdyż wszyscy nie żyją. To robota profesjonalistów. Zabili wszystkich. Nawet orki z piwnicy, którzy chyba tam się podkopali i ukrywali. Nikt w okolicy niczego nie widział. - A co z panem hrabią? - Też nie żyje, hrabina również. - Skurczysyny. No nic. Ale przysięgam ci Karl, ja ich złapię. Wszystkich będę ich osobiście torturował. Jeśli to ci sami, którzy wycięli te trzy numery co w ciągu tego miesiąca, to nie wiedzą, z kim mają do czynienia. Weź ludzi i wracajcie do garnizonu. Sierżant Karl zasalutował i odszedł. Jon zaklął jeszcze pod nosem i wyszedł kierując się do Diuka miasta Artown.

Jacel i Samantha chodzili po targu robiąc zakupy potrzebne dla grupy. Potężny wojownik o szerokich barach, prawie dwóch metrach wysokości, z długimi związanymi w kuc włosami o kasztanowej barwie i elfka – kapłanka z długimi ciemnymi włosami i wręcz idealnej budowie ciała, nie wzbudzali jakichkolwiek podejrzeń. W tym mieście, kolebce kultur i ras trudno o widok nietypowy. Kupowali każdy gdzie indziej, udając, że się nie znają, jednak cały czas jedno miało na oku drugie. Błękitnooki, o bardzo miłej twarzy, Jacel potrafił, jeśli tylko trafił na sprzedawczynię, swoim urokiem wynegocjować dużo niższą cenę. Jednak nie był on przesadnie przystojny, choć po dłuższej rozmowie potrafił sobie zjednać każdą i zaciągnąć do łóżka, choćby nie była kobietą lekkich obyczajów. Samantha miała bardzo głębokie zielone oczy i niezwykłą urodę, co było charakterystyczne dla jej rasy. Aż trudno uwierzyć, że siedziała w tak brudnym fachu. Każdy kupiec skłonny byłby oddać jej towar, gdyby tylko oczko puściła. Ona wolała zachować się dość uczciwie i tylko od czasu do czasu korzystała ze swego uroku. Po zebraniu wszystkich produktów do życia obydwoje, dalej niby się nie znając, ruszyli w stronę ich małej chatki za miastem.

Jacob, chudy, zwinny, sprytny złodziejaszek o długiej twarzy, przeważnie skrywanej pod kapturem, noszący się na czarno, zwykle nie opuszczał chatki za dnia. Wiedział, gdzie w mieście może kupić dobry towar tylko w nocy. Wtedy też opuszczał kryjówkę. W trakcie dnia, o ile nie spał, to ćwiczył w opuszczonej stodole rzucanie sztyletem. Jego krótkie włosy i piwne oczy w połączeniu z całą resztą, czyniły go takim, że tylko opłacone nierządnice chciały się z nim zabawiać. - Dobrze rzucasz tymi nożykami, ale popatrz na to. Gnoli rzucił swym toporkiem trafiając prosto w serce manekina ze słomy. - Imponujące – stwierdził nie bez ironii Jacob i sam rzucił naraz dwa sztylety. Jeden trafił manekina w krocze a drugi w okolice ust. - U, to musiało boleć. Niski nawet jak na swoją rasę krasnoludzki wojownik lubił się kłócić ze wszystkim swymi kompanami i dogryzać im różnymi uwagami oraz przechwalać się swoimi umiejętnościami. Jak każdy krasnolud miał brodę po pas, długie włosy, jeszcze w bardzo intensywnym kolorze brązu, gdyż był młody, miał zaledwie pięćdziesiąt siedem lat. Był krzepki i nie sposób go było przewrócić. Świetnie władał toporami, potrafił się nimi bronić i skutecznie atakować. - Ciekawe czy równie dobrze strzelasz z łuku, jak rzucasz tymi toporami? – zapytał ironicznie Jacob, śmiejąc się ze swego dowcipu. - Bardzo śmieszne. Żaden krasnolud nie strzelał z łuku. To broń elfów. A my za nimi nie przepadamy, choć na Samanthę można popatrzeć. Kiedyś ćwiczyłem strzelanie z kuszy, ale wolę jako broń dystansową te małe toporki. - Tak elfka jest piękna – westchnął złodziej i wrócili do dalszych ćwiczeń w opuszczonej stodole.

Arkadios – nekromanta, siedział nad biurkiem i wertował kolejne dzieło jakiegoś ważniejszego maga. Tajemniczy, blady człowiek zwykle budził strach i odrazę w swych towarzyszach, jednak w chwilach zabawy okazywał się duszą towarzystwa i prawił zabawne anegdoty. Ciemne, przepełnione złą mocą oczy, czasem zmieniały się w bardzo brązowe wesoły oczy młodego – na pozór – człowieka. Nie był przystojny, ale do brzydkich zaliczyć go nie można było. Długie, kruczoczarne włosy nasmarowane oliwą nosił rozpuszczone. - Czyje to dzieło? – zapytał Bartos, który przed chwilą skończył medytować. - Puga z Midkemi – odpowiedział rzeczowo i ozięble mag. - Wiesz magu, gdyby nie to, że łączy nas ta phi, drużyna i to, że jestem Upadłym Paladynem, to powinienem cię zabić. - Zrób, jak dasz radę – w tejże chwili Bartos poczuł jak dziwna moc, która go przeraża otacza Arkadiosa. - Co to? – zapytał przestraszony - Magiczna bariera chroniąca przed barbarzyńskimi atakami, jak twoje na przykład. Bartos już nic nie odpowiedział i pogrążył się w dalszą medytację. Był on przystojnym blondynem o niebieskich oczach. Służył jako paladyn w świątyni jakiegoś boga, jednak pewnego dnia zabił kilku braci i uciekł. Życie go doświadczyło. Ciągłe uciekanie przed gniewem zakonu i zdobywanie na życie przez morderstwa i kradzieże. Kilka zmarszczek na twarzy tego czterdziestolatka, nie przeszkadzało jego urodzie w ukazaniu, że jest on bardzo przystojny jak na swe lata.

Wszyscy siedzieli w niewielkim pokoju, który w tym opuszczonym domostwie służył im jako pokój ogólny i sala narad. Po napaści na posiadłość hrabiego von Bles’a odpoczywali przez tydzień, planując teraz kolejną napaść. Grupa wyrzutków, która przypadkiem się połączyła stała się jedną z nielicznych złodziejsko-morderczych szajek w mieście, o której nikt nic nie wiedział, wyjmując oczywiście dokonania na zbrodniczej scenie. Założycielami mogli się nazywać Jacob i Samantha. Oni to zaczęli współpracę przypadkiem okradając jednego kupca w tym samym czasie. Elfka spodobała się Jacobowi i ten postanowił ją śledzić, aż w końcu po długich rozmowach i wielu dniach połączyli siły. Następnie zwerbowali za pieniądze dwóch przyjaciół Jacela i Gnoliego. Najemnicy, którzy nie otaczali się dobrą opinią wśród możniejszych panów nie mieli nic do stracenia i bez wahania dołączyli do grupy. We czwórkę okradali już mniejsze majątki ziemskie. Po trzech miesiącach wpadli na Upadłego paladyna, Bartosa. Doświadczony przystojniak chętnie dołączył do nich, co dało mu wreszcie poczucie, jakiego takiego bezpieczeństwa. Nie musiał już ciągle uciekać przed zakonem, gdyż miał teraz dobrą kryjówkę i ochronę. Ostatni, po roku działalności, dołączył mag-nekromanta Arkadios. Nie wiadomo jak bardzo posunięty w latach człowiek, dołączył do grupy w równie przypadkowych okolicznościach, jak ta powstała. Pewnego dnia schronił się, w tej samej jaskini, co piątka, uciekając przed kilkoma trollami. Poradziłby sobie z nimi, ale był już bardzo wyczerpany. Tamci mu pomogli i zaproponowali przyjęcie do grupy. Dość niechętnie się zgodził. Tak więc działająca rok grupa porywała się na coraz niebezpieczniejsze zadania. Precyzyjnie zaplanowane i perfekcyjnie wykonane działania jeszcze ich nie zawiodły. - Słyszeliśmy na targu, że poszukują zgrai przestępców. Myślicie, iż to o nas mowa? - Nawet nie wiedzą, ilu nas jest. I chcą nas znaleźć? - Niejaki kapitan Malarez ponoć tak katuje swoich podwładnych, że są gotowi przewrócić Artown do góry nogami tylko po to, byśmy się znaleźli. - Malarez mówisz? – zapytał Gnoli – znam skurczybyka. Podła z niego świnia, ale zna się na swoim fachu. Jednak myślę… - zastanowił się dłużej – że i tak nie mają z nami szans. Każdy zajął się swoim piwem. Arkadios wolał wino, a Bartos jak to sam mówił, chciał zachować trzeźwość umysłu. Rzadko kiedy pił. Jeśli już tak się zdarzyło, to wszyscy się śmiali pytając go, jakież to święto, że on pije. Jacel łyknął potężnie i beknął przeraźliwie. W salce zagrzmiało od potężnych śmiechów mężczyzn. Samantha jedynie była zniesmaczona, jednak zdążyła już przywyknąć do towarzystwa tych mężczyzn. Była kapłanką jednego z leśnych bogów. Straciła zaufanie opata i została wyrzucona. Nikt nie wiedział, czemu tak się stało. Ona, nie mając środków do życia musiała żyć z kradzieży. Działała na własną rękę, dopóki nie spotkała Jacoba. - Gnoli – odezwał się Arkadios – powiedz mi, czy to prawda, że twoimi przodkami były gnolle? - Nie przesadzaj ty chodząca kupo trupów. Mój topór aż się wierci, żeby wylądować na twym przegniłym pysku. – odpowiedział na kpinę krasnoludzki wojak. Inni tłumiąc wybuch kolejnej porcji śmiechu, słuchali dalej kolejnej wymiany obelg, które zawsze towarzyszą kolacji. - Spróbuj szczęścia – odparował zadziornie nekromanta W tejże chwili Gnoli wyskoczył zza stołu i kiedy rzucał się na maga, zawisł w powietrzu. Na jego twarzy odmalowało się takie zdziwienie, jakby dopiero się obudził i poznał świat. Wiercąc się próbował opaść lub skierować się w stronę Arkadiosa. - Opuść mnie tylko, a ja ci pokaże … - jego przekleństwom kierowanym do maga, wtórowały gromkie okrzyki i śmiechy kompanów. - Jak sobie życzysz – Arkadios przeniósł go w powietrzu jeszcze kilka metrów i machnięciem ręki odwołał czar. Gnoli upadł pod ścianą na plecy nogami do góry, które zaraz pod wpływem grawitacji opadły na ziemie. Wyglądał jakby zatrzymał się w połowie robienia fikołka. Śmiech osiągnął apogeum. Krasnolud zaczerwieniony ze wstydu, że został tak upokorzony, po zebraniu się z podłogi ruszył w stronę maga. Ten z kolei wstał. Nie dość, że Gnoli był niski, nawet jak na krasnoluda, to Arkadios czy to jakąś iluzją, czy czarem stał się większy. Dziewięćdziesięciocentymetrowy krasnolud stanął przed dwuipółmetrowym magiem, który ledwo mieścił się teraz pod sufitem. - I co knypku? – zaczął kolejną wymianę poglądów większy. - A to! – I wojownik uderzył z całej siły pięścią w krok maga. Tamten w jednej chwili skurczył się do normalnych rozmiarów i upadł na posadzkę kurcząc się i trzymając za przyrodzenie. Krasnolud z wielką satysfakcją pociągnął tęgi łyk piwa i usiadł przy stole. Teraz już nawet poważna jak dotąd Samantha dała upust swojej wesołości i pięknym melodyjny śmiechem wspomogła całą symfonię rozbawienia, urozmaicaną pojękiwaniem biednego Arkadiosa. W końcu udało mu się podnieść. Wydawało się, iż zamierza wzrokiem spopielić swego kompana. Wszyscy umilkli. On jednak wyciągnął rękę do Gnoliego i powiedział: - Gratuluję wygrałeś tę rundę. Krasnolud uścisnął dłoń i w tej samej chwili wszyscy mogli podziwiać jak tysiące elektrycznych, małych wyładowań otacza dzielnego i dumnego wojaka. Nekromanta uśmiechnął się triumfalnie i usiadł na ławie. Cała zaś kompania śmiała się z Gnoliego, któremu włosy dęba stanęły na głowie i broda jakby zesztywniała po tym doświadczeniu. Wesoła atmosfera trwała do około trzeciej godziny nad ranem. Nastawał już świt, kiedy wszyscy zasnęli.

Do sali wpadł wysoki, barczysty mężczyzna o ciemnych niebieskich oczach i jasnej skórze. - Generał Frealaf. Jak miło, że raczyłeś nas odwiedzić – powitał wchodzącego Generał Padian Frealaf ścierając pot z czoła, co potwierdzało jego słowa, rzekł: - Spieszyłem się jak mogłem. Opóźnienie spowodowało nieoczekiwane natarcie orków na jedną z naszych strażnic. Po odparciu pędziłem tu jak mogłem zajeżdżając kilka koni. - Czy twoi ludzie nie umieją sobie jeden dzień poradzić bez ciebie? – kontynuował Padian. - Nie, nie potrafią! – krzyknął poirytowany generał. Nigdy się obaj nie lubili. Rywalizowali już od najmłodszych lat. Obydwaj wybrali tę samą drogę życia. Królestwu służyła ich wzajemna nienawiść, dopóki nie napuszczali na siebie swych ludzi. Walczyli ciągle, aby zaskarbić sobie łaski królowej. Kto więcej zrobi dla Królestwa Gil-dor, wygra tą małą wojenkę. - Dość tych kłótni! – krzyknęła młoda, bo niespełna trzydziestoletnia kobieta. Jej smukła sylwetka, idealnie zaokrąglona tam gdzie trzeba i kipiące życiem zielone oczy w połączeniu z blond włosami ułożonymi na najnowsze mody, stwarzały niesamowity widok. Nie było na świecie mężczyzny, który mógłby oprzeć się jej urokowi. Mało, że była piękna, była królową jednego z znaczniejszych królestw na świecie. - Królowo… - ukłonili się generałowie i oficerowie jej wojska. - Usiądźcie. To nie jest oficjalne spotkanie i omijajmy tytuły. Mówcie, jakbyście byli moim nauczycielami – uśmiechnęła się do starszych weteranów, którzy w istocie byli kiedyś jej nauczycielami – przynajmniej większość z was – ogarnęła całą salę wzrokiem. Było tam około trzydziestu mężczyzn, którzy stanowili jej najlepszych dowódców, strategów i byli niezastąpieni w wielkiej armii Gil-doru – zamierzamy najechać na naszych sąsiadów – Księstwo Stepów. Mają bardzo żyzne ziemię pod uprawę i dla hodowców. Poza tym jak donosi nasz wywiad, z całą naszą armią zmietlibyśmy ich z powierzchni ziemi. Jednak wszyscy wiecie, że nie można zostawić wschodniej granicy bez solidnego posterunku. Tak samo zresztą na północy. Więc nasze wojska inwazyjne stracą trzecią część. Ale i bez tego drodzy panowie z waszymi talentami i resztą wojska damy radę i zdobędziemy tamten kraj! Ostatnie słowa mocno podkreśliła i większość zebranych klaskała w wiwacie, inni zaczęli już omawiać jak to zrobić, a jeszcze inni, tych było najmniej jedynie dwóch może trzech, wyraźnie byli niezadowoleni z ambicji jeszcze młodej królowej. Do sali tymczasem wniesiono wina i potrawy. Królowa udała się na bok z jednym z młodszych oficerów. Wtem na sale weszły rozpustne kobiety. Bawiono się i ucztowano do późnej nocy. Frealaf przechadzał się po balkonie rozmyślając, jakie korzyści może przynieść ta wojna i ilu swoich ludzi będzie musiał poświęcić, aby być lepszym od Padiana. Nie przychylał się do tego pomysłu, ale jeśli da mu to okazję do pokazania rywalowi, kto jest lepszy, to jej nie zmarnuje.

- Cholernie dziś zimno - Pierwszy raz się z tobą zgadzam Zima zbliżała się wielkimi krokami. Na północy były już pierwsze śniegi, a w Księstwie Stepów robiło się z każdym dniem coraz chłodniej. Wartownicy przechadzali się po murze, który otaczał majątek ich pana. Baron van Helsink kupił ćwierć wieku temu posiadłość niedaleko miasta i przekształcił ją w małą warownię. Jego domostwo mogłoby przypominać zamek, gdyby dodał jeszcze wieżyce. Wejście do warowni stanowił most zwodzony. Jak w każdą noc, zamknięty. Dostać się tam można jeszcze było przez specjalne przejście dla służby. Mieściło się ono pod ziemią i prowadziło od budynku służby, do kuchni w dworku van Helsinka. Kilka stajni i kwatery żołnierskie dla prywatnej malutkiej armii barona znajdowały się także poza fosą otaczającą dom. Wszystko zaś było obwarowane porządnym murem z bramą skierowaną w stronę miasta. Jacob przylgnął do muru. Zaraz obok niego stanął Gnoli. Obydwaj odziani byli w ciemne szaty. Pomiędzy drzewami Jacob zauważył ruch i zaklął. Pochylił się i szepnął krasnoludowi do ucha: - Gdybym to ja był wartownikiem, to już by mieli na głowie całą tę menażerię ze środka. - Na szczęście tamci są o dziwo głupsi nawet od Ciebie – odpowiedział z przekąsem Gnoli. Jacob westchnął cicho i trzymając się muru podszedł do bramy. Rozglądnął się kilka razy i zaczął otwierać zamek. Gnoli tymczasem wypatrywał strażników, którzy w tej chwili obchodzili mur z innej strony. Wiedział jednak, że zaraz wrócą. Posiadłość była pilnowana tylko przez dwie dwójki. Bardzo pewny siebie baron nie widział potrzeby wystawiania większej ilości strażników gdyż uważał, iż nikt nie odważy się go napaść. Dla szóstki gotowych na wszystko rabusiów nie było to przerażające. Jak do tej pory porywali się na mniejsze niebezpieczeństwo i to będzie ich największe dzieło, o ile się uda. Wiedzieli, że w środku czekało na nich jeszcze co najmniej dwudziestu żołnierzy. Ale jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem zastaną ich śpiących. Złodziejaszek już był bliski końca roboty, gdy po drugiej stronie bramy zobaczył wychodzącego z namiotu człowieka. Ten przeciągnął się leniwie, ziewnął i ruszył w stronę bramy. Jacob nie czekał na niego. Wykorzystał fakt, iż przed chwilą tamten się obudził i nie przystosował wzroku do ciemności nocy. Dał nura w krzaki koło bramy i zastygł w bezruchu. Gnoli widząc, co robi przyjaciel, zdziwił się ale przywarł do muru. - Hej, co robisz? – zapytał jeden z wartowników na murze, właśnie wracając. - Idę się przejść – odrzekł tamten. - A ktoś Ty? - Jan. Zaraz mam warte na murze, a że Phil się wiercił to się obudziłem wcześniej. Ciasno w tym namiocie. Mogę sprawdzić teren za bramą. Choć i tak pewnie jak przez ostatnie piętnaście lat nic tam nie znajdę. - Dobra tylko wracaj za niedługo, bo mam już dość tego łażenia. Poza tym robi się coraz zimniej. A jaśnie pan nie dał nam jeszcze kurtek na zimę. Jan otworzył bramę i ruszył wolnym krokiem przed siebie. Gnoli wstrzymał dech. Gdyby tylko wartownik odwrócił się, zobaczyłby go i cały plan na nic. Jednak tamten poszedł dalej. Rozmówca Jana stał nad bramą i odwrócił się plecami do krasnoluda. Ten chuchnął jak sowa i z krzaków ostrożnie wychylił się Jacob. Wojak wyraźnie wskazał ruchem głowy nic nie podejrzewającego strażnika. Złodziej wyciągnął sztylet i cisnął nim w niego. Gnoli szybko odskoczył od muru, gdyż zaraz powinien się pojawić drugi strażnik. Zdziwił się wielce, bo go nie było. Kolejny ruch w krzakach. Krasnolud przyjął bojową postawę. Odetchnął z ulgą, gdy ujrzał Jacela z jakimś ciałem na plecach. Niósł drugiego strażnika. - Czemuś go zabił? - Ona zobaczyła, co wyrabiacie, nie wytrzymała i wypuściła przypadkiem jedną strzałę, gdy ten oglądał mur. Kiedy jeszcze mówił, z krzaków wyszła Samantha, Jacob tymczasem gdzieś zniknął. - Gdzie jest ten podły złodziej? – zapytała elfia kapłanka - Załatwiałem pewne interesy z niejakim Janem – odpowiedział jej wracając z lasu.

Arkadios patrzył na dwu strażników. Po dłuższej chwili rzekł do Bartosa: - Mimo, iż za tobą bardzo nie przepadam zresztą jak za wszystkimi w tej grupie, to postanowiłem, że wyręczę cię i załatwię tych dwóch, a ty tylko chybniesz przez mur i mi pomożesz wejść. Dobrze? – pytanie zadał niewinnym, dziecięcym głosikiem, aż Bartos musiał się wiele natrudzić żeby stłumić śmiech. Po czym jednym szybkim ruchem dłoni zmiótł wartowników z muru. Bartos wiedział, że ten mag jest potężny. Obawiał się go, jednak miło mu było wiedzieć, że jest po jego stronie. Wspiął się na mur i podał rękę nekromancie. Obaj patrzyli na tyły wspaniałej budowli, jaką postawił tu sobie magnat. Znaleźli schodki na ziemię i zeszli. Kierując się do budynku dla służby, Bartos załatwił jeszcze jednego niczego nieświadomego żołnierza, który podlewał fosę. Mag tymczasem pokazał swoje prawdziwe oblicze i spod ziemi wyrosły dwa szkielety. Zaprowadził je do służbistów i razem z Bartosem wzięli się do roboty.

Jacel ciął przeciwnika w nogę. Ten upadł i zawył z bólu. Samantha odprawiała jakąś modlitwę, a kiedy skończyła jej przyjaciół owiła niebieska poświata. Gnoli pociągnął toporem od dołu i jego przeciwnik już nie będzie miał szans na spłodzenie potomstwa. Jednak zanim upadł, dostał jeszcze drugim toporem prosto w brzuch. Jacob wystrzelił z łuku i rażony strzałą żołnierz poszybował do tyłu i upadł na wstającego dopiero z łóżka kompana. Nieprzygotowani i zaspani obrońcy barona byli całkowicie zdezorientowani i zaskoczeni. Toteż żaden nie zdążył wdziać koszuli, jak zostali napadnięci. Musieli walczyć gołymi dłońmi chyba, że ktoś chwycił miecz. Tak, więc z siedemnastu śpiących tam ludzi tylko pięciu miało broń w rękach. Jeden z nich szybko rzucił się na Samanthę, jednak w połowie drogi Gnoli odpychając butem starającego się coś mu zrobić wartownika, stanął na drodze nacierającego i ten nawet nie spojrzał, a był przepołowiony. Jacob położył następnego celnym strzałem w serce. Na Jacela rzuciło się trzech rywali, z tego dwaj mieli miecze. Sytuacja nie wyglądała najlepiej. Coś mu mówiło, że oni pewnie nie walczyli sporo czasu i zamiast go zabić będą sobie wzajemnie przeszkadzać. I tak jak się spodziewał, dwaj uzbrojeni ruszyli naraz. A jeden widząc, że drugi atakuje, ustąpił i żaden nie zaatakował. Najemnik wykorzystał to i półobrotem pozbawił życia bezbronnego. Tamci ponownie rzucili się na niego i tym razem żaden nie zwątpił. Jacel odsunął się tylko na bok, a oni przelecieli obok. Sam jednak nadepnął na nogę ranionego wcześniej rywala i pośliznął się upadając. Tamten jęknął. Jacel dobił go, wyjmując sztylet z buta i poderżnął mu gardło. Wstał i szybkim pchnięciem plecy zabił kolejnego. Gdy miał już to samo zrobić z drugim leżącym, który zdołał się odwrócić na plecy, ujrzał w jego oczach wielki strach. Zwątpił na chwilę. Nagle coś przeleciało mu przed oczami, a w szyi tego biedaka tkwiła strzała. W jego oczach nie było już nic. Popatrzył na Jacoba, który uśmiechnął się do niego i poklepał swój łuk. Jacel westchnął. Rozglądnął się i stwierdził, że jeszcze tylko jego krasnoludzki przyjaciel bawi się z dwoma bezbronnymi ludźmi, nie wiedzącymi, co mają robić. Klęknęli przed Gnolim. Ten zdziwił się i zwątpił. Jacob był bezwzględny. Strzelił do obu i zmarli nie wydając głosu. - Nie możemy zostawiać śladów oni widzieli jak wyglądamy. - Mogliśmy ich nastraszyć! – krzyknął krasnolud – żeby nie puszczali pary. - Nie – stwierdził rzeczowo Złodziej i wyszedł z dużego namiotu żołnierzy. Samantha wyszła już jakiś czas temu i pilnowała na zewnątrz. Jacel i Gnoli także w końcu wyszli, trochę niezadowoleni z siebie. Jak dotąd, leżący pod ciałem swojego kompana wojak, obserwował tylko sytuację. Zapamiętał sobie tych ludzi i krasnoluda. Elfki nie widział. Zrzucił z siebie byłego towarzysza broni i upewniwszy się, że mordercy odeszli wybiegł z namiotu i pobiegł do miasta.

Szkielet uderzył z wielką siłą i paź rąbnął głową o ścianę. Drugi z ożywieńców wpadł do pokoju kucharek. Nekromanta usłyszał kilka krzyków, po czym zapadła cisza i szkieletom wyszedł zamykając za sobą drzwi. Arkadios uśmiechnął się z zadowolenia. Udało mu się powołać do życia tak kulturalne istoty. Po paru minutach cała służba van Helsinka przestała istnieć. Bartos znalazł drzwi wiodące do pod ziemnego kanału i pozostało tylko czekać na resztę. Nie musieli długo próżnować, bo zaraz wpadła pozostała czwórka. Mag odesłał szkielety i wszyscy ruszyli tunelem do siedziby barona, gdzie jak się spodziewali, obłowią się jak nigdy. Po dwu może trzech minutach znaleźli kolejne drzwi. Bartos otworzył, po czym oznajmił, że znajdują się tam schody na górę. Nikt nie musiał nic mówić. Ruszyli do góry. Korytarz był oświetlony paroma pochodniami. Jacob, Samantha i Arkadios zbadali pierwszy poziom. Znaleźli skarbiec. Zapakowali tyle złota, ile zdołali. A mag spakował do swej magicznej torby jakieś większe złote przedmioty. Wrócili pod zejście do kanału i czekali. W innych salach nie było nikogo, więc pozwolili sobie na brak czujności. Gnoli oraz Bartos obchodzili pierwsze piętro w czasie, gdy Jacel udał się na najwyższe, gdzie było jednak mniej komnat. Bartos nie znalazł nic wartego ich uwagi. Tylko kilku śpiących ludzi, których uznał za niegroźnych i postanowił darować im życie. Gnoli zgarnął z kufra spod łóżka śpiącego mężczyzny, domyślił się, iż był to sam baron, gdyż kufer wypełniały cenne tkaniny i złoto. Zabrał ile mógł i chyłkiem wymknął się z pokoju. Stanął wraz z Bartosem przy schodach i czekając na Jacela, rozmawiali po cichu. Wojownik powoli otworzył drzwi i zajrzał do środka. Ujrzał w świetle księżyca piękną kobietę, zabawiającą się z jakimś mężczyzną. Podszedł bliżej. Po czym odezwał się grubiańskim głosem: - Co tu się dzieję?! Kobieta natychmiast zeskoczyła z mężczyzny i okryła się kołdrą, a leżący wstał szybko zasłonił się poduszką i jąkając się…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Księstwo Stepów — czytnik · opowiadania