Fantasy · 57 min czytania
KSIĘŻYCOWA OPOWIEŚĆ
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 4
- Przypomnij sobie … Przypomnij sobie kim naprawdę jesteś… Głos w jego głowie rozbrzmiewał coraz bardziej rozpaczliwie, dopóki nie przerodził się w krzyk, by potem gwałtownie się załamać i zgasnąć. Usiadł na łóżku. Czuł jak zimny pot spływa mu w dół kręgosłupa cienkimi strużkami. Na zegarku mijała trzecia. Długo stał na balkonie, zaciskając rozgorączkowane dłonie na metalowej poręczy. Ogromna tarcza srebrzystego Księżyca wznosiła się ponuro nad zaspanym Tokio. Ten dziwny sen dręczył go już od tygodni. Wciąż ten sam głos. Te same złote, długie włosy rozwiane na wietrze i ten melancholijny księżycowy blask. Kim była dziewczyna, która płakała w jego snach?
Wysokie płomienie muskały powietrze w świątyni na obrzeżach miasta. Chram, w którym służyła wypełniała jej monotonna mantra. Kapłanka o czarnych włosach rozsypanych na ziemi, klęczała przy świętym ogniu. Widziała Strażniczki Planet, które walczyły z Cieniem i Chaosem, widziała jak Tokio rozsypuje się w pył, a rozszarpane ludzkie szczątki leżą na zniszczonych ulicach. Krew Strażniczek spływała po ruinach miasta. Cień pokrywał wyspy, powoli wpełzał do każdego zakamarka, zabijał, mordował, niszczył. Chaos podążał tuż za nim, wzburzał morze, zrywał olbrzymi wiatr, dudnił pod ziemią. Świat ginął na jej oczach, a ona nie mogła nic zrobić…
Światło monitora odbijało się w jej okularach. Dawno już przestała się uczyć. Od jakiegoś czasu bezmyślnie wpatrywała się w komputer, wsłuchując się w krople deszczu uderzające o szybę. Ich miarowe dudnienie wypełniało ją spokojem. Odetchnęła głęboko odchylając się w fotelu. Czekało ją jeszcze tyle nauki, a mimo to nie miała głowy by wrócić do notatek. Jakiś dziwny niepokój wpełzał do jej duszy. I ten sen… Sen o wielkich balach, w kryształowych komnatach, wśród kryształowych arkad i białych lilii. Tyle razy już widziała marmurowe posadzki, posągi i płaskorzeźby, iż wydawało jej się, że każdy ich szczegół zna już na pamięć. Ona sama była wśród tych roześmianych ludzi wirujących w tańcu. Czyjeś silne ramiona obejmowały ją i tuliły do siebie. A ona czuła się jak nigdy dotąd spełniona i szczęśliwa…
Stała na dachu wieżowca. Wiatr szarpał jej długimi złotymi włosami. Ubrana była w lekką, wygodną zbroję. Na jej czole pod gęstą grzywką błyszczał jasnym światłem symbol planety Wenus. Coś w głębi jej duszy ponaglało ją do odszukania tych, w których rękach ważyć się będą niedługo losy Ziemi. Nie miała już czasu. Niebezpieczeństwo było blisko. Jednak jak miała ich odnaleźć w tym wielkim mieście? Gdzie miała szukać tych, w których ciałach błyszczały światła Planet? - Gdzie jesteście? – wyszeptała prosto w pochmurną noc – Pomóżcie mi…
Po raz kolejny przewróciła się z boku na bok. Nie umiała zasnąć. Niesforne kasztanowe kosmyki rozsypały się na poduszce. Wstała i zaparzywszy herbatę, włączyła magnetofon, z głośników posoczyła się wolna muzyka. Powoli wdychała słodkawą woń kwiatów, które rosnąc w kolorowych donicach stały na parapetach, szafkach i podłodze. Dzisiaj nawet one nie były w stanie pozwolić jej usnąć. Nerwowym ruchem rozsunęła zasłony w oknie. Pełnia. To nie wróżyło niczego dobrego…
Gorąca woda spływała wąskimi strużkami po jej miękkiej skórze. Ze snu wyrwał ją obraz rozszarpanej na strzępy kobiety. Jej białe, długie włosy przemoczone były purpurą krwi. W dłoniach wciąż jeszcze bezradnie zaciskała królewskie berło. Wokół niej w tumanach kurzu leżały roztrzaskane kolumny arkad. Kryształowy pałac osuwał jej się do stóp, rozsypując naokoło deszcz ostrych, błyszczących odprysków. Gdzieś w oddali słyszała rozpaczliwe krzyki konających ludzi. Widziała wojska, którym przewodzili czterej Wielcy Generałowie, ścierające się ze sobą w walce, która i tak była z góry przegrana...
Kopała przed sobą mały, biały kamyk. Im dłużej szła tym mocniej jej noga uderzała w jego chropowatą powierzchnię. Musiała się spieszyć, a nie wiedziała od czego zacząć. Poczucie bezsilności doprowadzało ją na skraj rozpaczy. Dopiero głośny klakson samochodu wyrwał ją z rozmyślań. W ostatniej sekundzie zrozumiała, że idzie środkiem ulicy, a prosto na nią jedzie rozpędzony samochód. Kiedy oprzytomniała, klęczała już na gorącej masce auta, a zza kierownicy przyglądał jej się zaskoczony mężczyzna o białych włosach. Długo nie umiała oderwać od niego oczu. Zsunęła się z maski i ruszyła biegiem w dół ulicy. - Poczekaj! – auto z piskiem opon ruszyło za nią – Zaczekaj! W tłumie ludzi idących chodnikiem zniknęła mu z oczu...
Część 22 / 4
Energicznie czesała gęste włosy, przeglądając się w lustrze. Nagle zamarła w bezruchu. Tafla lustra zafalowała niczym woda, a z jej głębi gwałtownie buchnęło oślepiające purpurowe światło. Przestraszona upadła na ziemię. Z wnętrza lustra prosto ku niej zaczął wypełzać czarny stwór o dwóch parach czerwonych ślepi. Jego ostre, wykrzywione szpony wbiły się w udo dziewczyny, zalewając dywan ciepłą krwią. Oniemiała z bólu. Nie była w stanie nawet się bronić. Tymczasem postać o czerwonych ślepiach zawisła nad nią, przyglądając się jej uważnie. - Zdążyłem – mruknął gardłowym, chrypliwym głosem – Jeszcze nie wiesz… Nie dokończył, bo niemalże w tym samym momencie z okien pokoju posypał się migotliwy deszcz stłuczonego szkła. Pośród roztańczonych na wietrze firanek stanęła przepiękna dziewczyna o złotych włosach. - A więc to prawda… - jęknął stwór, wyszarpując szpony z nogi dziewczyny. - Nie waż się jej więcej tknąć – wykrzyknęła Strażniczka, wyciągając przed siebie otwartą dłoń. Z jej środka wydobyło się na początku jasne, żółte światło, a w chwilę potem trzymała już w obu rękach długi, kryształowy miecz. - Już i tak jest za późno – wyskrzeczał stwór, cofając się gwałtownie w stronę lustra – Zawiodłaś Strażniczko…! Dziewczyna nie czekała dłużej, błyskawicznie podskoczyła niemalże pod sam sufit, by potem ze świstem opaść prosto na potwora przewiercając go na wylot błyszczącym mieczem…
- Stało się - wyszeptała pobladłymi wargami. Światło świętego ognia rozjaśniało naokoło mrok starego chramu. Od pewnego czasu zdecydowanie za długo medytowała. Klasnęła w dłonie i pokłoniła się nisko. Powoli wyszła na zewnątrz świątyni. Nogi uginały się pod nią, ale nie ze zmęczenia, tylko z emocji, które nagle wlały się w jej serce. Dwa czarne, duże kruki zatoczyły nad jej głową krąg by potem przycupnąć przy niej. Uśmiechnęła się do nich z wdzięcznością. - Dziękuję, że czekałyście. Poczułam wielką moc burzy, która przebudziła się w tym mieście, ale blisko niej było jeszcze coś innego… Coś, co znam z moich snów…
Przypatrywała się dziewczynie, która z zabandażowaną nogą leżała na łóżku, nie umiejąc wydobyć z siebie słowa. - Demon miał rację. Nie zdążyłam cię odnaleźć i ochronić – odezwała się w końcu, wstając. Jej kocie ruchy wprawiały w oszołomienie wysoką brunetkę o kolczykach w kształcie róż. - Uratowałaś mi życie – powiedziała cicho. Złotowłosa odwróciła ku niej twarz. W jej oczach odnalazła smutek i zwątpienie. - Wciąż mam do odnalezienia trzy Strażniczki… - Ja niczego nie rozumiem… - wyjąkała – Kim jesteś? Czym był ten stwór, którego nazywasz Demonem? Co się tu stało…? Wytłumacz mi… Co się tu dzieje?! - Mam na imię Minako. Jestem Strażniczką Planety Wenus. Przebudziłam się na Ziemi, by odnaleźć swoje towarzyszki, pozostałe Strażniczki Układu Słonecznego. Ludzi, którzy w swych sercach noszą prastare światło Planet… - A co ja… Co ja mam z tym wspólnego? - Ty również jesteś Strażniczką – Minako przykucnęła przy łóżku, biorąc w obie dłonie jej twarz – W tobie dziś obudziła się moc największej planety Układu Słonecznego, Jowisza. - To niemożliwe! – przerwała histerycznie, wyszarpując się z jej objęcia – Kłamiesz! … Oszalałaś! - Pokażę ci coś – złotowłosa dziewczyna wyciągnęła skrzyżowane dłonie na wysokość swojego czoła. W tej samej chwili oślepiający, ciepły blask otoczył jej ciało unosząc jej długie włosy ku górze. Kiedy w pokoju znów zapanował półmrok stała w nim Strażniczka Planety Wenus. - Czy teraz mi wierzysz, Strażniczko? – spytała łagodnie – Czy to wystarczy?
Zamówiła sobie gorącą czekoladę. Uwielbiała tu przesiadywać w długich przerwach między zajęciami. Mogła odpocząć od zgiełku przepełnionych korytarzy i w spokoju wczytać się w książki. Od pewnego czasu bardzo zainteresowała ją symbolika, mitologia i astrologia. Godzinami czytała stare, opasłe tomy przepełnione różnymi bóstwami, Demonami, Nimfami i Magami. Powoli poznawała nie tylko japońskie mity, ale także bogate mity z Europy. Z wypiekami na twarzy wczytywała się w historie mądrego Boga Merkurego, przepięknej Bogini Wenus, czy silnego Boga Jowisza. Płakała i cieszyła się z nimi, nie wierząc, że tak mocno zamknie ich w swym sercu. Przyjemne ciepło rozpływało się w jej ciele, kiedy czytała o Olimpie i o wspaniałościach tamtego dworu i za każdym razem, kiedy przymykała oczy pod powiekami widziała wspaniałe komnaty wypełnione cudowną wonią białych lilii i kadzideł…
- Wszystko w porządku? – chłopak w okularach pochylał się nad nią, wyraźnie zaniepokojony jej zachowaniem. - T- tak… - mruknęła – Zamyśliłam się. Nic takiego. - Ostatnio dość często ci się to zdarza. Czy coś się stało? Mogę ci jakoś pomóc? - Dziękuję – uśmiechnęła się do niego tak słodko, jak tylko potrafiła – Poradzę sobie. To tylko głupie sny na jawie. - Jakie sny? - Sny o… - zawahała się. On i tak by tego nie zrozumiał. Umino wiele rozumiał, zawsze mogła na niego liczyć, ale to, co działo się z nią od pewnego czasu nawet on nie potrafiłby pojąć. Ciągle powracające sny o krwi, śmierci, walce… Co mogły znaczyć? Co miały jej przekazać? Nie zrozumiałby tego. – Nieważne. Muszę już lecieć. Do zobaczenia jutro. Bezsilnie przypatrywał się jak znika za rogiem szkoły, zostawiając go samego na dziedzińcu. Biegła tak szybko jak tylko potrafiła, łzy spływały jej po policzkach. Wierzchem dłoni wycierała je, nie patrząc gdzie biegnie. Kiedy w końcu wyczerpana przystanęła odnalazła się w parku miejskim nad wielkim jeziorem. O tej porze dnia nie było tu nikogo. Pochlipując jeszcze usiadła na betonowym murku otaczającym wodę. Jej słone łzy roztrzaskiwały się o zimną taflę jeziora. Straciła poczucie czasu. Zupełnie zapomniała gdzie jest i dlaczego właśnie tu przyszła. Kiedy zobaczyła w odbiciu wody na swoim czole lśniący diadem, zamarła w bezruchu. Jak to możliwe? Przestraszona chciała się cofnąć i wstać, ale w tym samym momencie ciemność przysłoniła jej oczy. Tracąc przytomność powoli osunęła się w ramiona jeziora.
- Dziadku – szepnęła kapłanka o czarnych włosach – Już niebawem stanie się coś niedobrego. Widzę to w płomieniach świętego ognia… Starzec o długiej, białej brodzie siedzący w postawie lotosu naprzeciwko złotego, wielkiego pomnika Buddy, otworzył powoli oczy. Otaczały go płonące świece i gęsty dym kadzideł, który dziewczyna głęboko wdychała. Mnich podniósł się powoli i usiadł naprzeciwko niej biorąc jej blade dłonie w swoje pomarszczone ręce. - Nadszedł czas, moje dziecko- szepnął, wpatrując się w jej czarne oczy – Musisz otworzyć swoje serce na to, co widzisz w świętym ogniu. - Widziałam Strażniczki Planet Układu Słonecznego, walczyły z Cieniem i Chaosem, które przejęły władzę nad światem, zniszczyły go i pochłonęły ludzkość. To cała moc płynąca ze świętego ognia, której nie rozumiem… - Już od pierwszej chwili, kiedy cię zobaczyłem wiedziałem, że jesteś wyjątkowa. Rei, w twej duszy płonie wielka moc, która od niedawna burzy się w tobie i kotłuje, gdyż czas, który rozstrzygnie o losach tego świata jest już bliski. - Ale dziadku! – po jej bladych policzkach popłynęły łzy – Jak ja mogę mieć na to wpływ? Jak mogę walczyć? Nie umiem, nie wiem jak! - Nie martw się, Rei, nie będziesz sama...
Wpatrywał się w zachód Słońca. Tutaj nad morzem to oszałamiające widowisko było mu szczególnie bliskie. Między palcami prawej dłoni prześlizgiwały mu się ziarenka piasku. Wciąż jeszcze słyszał dźwięk klaksonu, kiedy wyrwany z rozmyślań w ostatniej chwili zobaczył ją na środku ulicy. Jak ona to zrobiła, że z taką łatwością udało jej się podskoczyć i bezpiecznie wylądować na masce samochodu? Do tej pory w nozdrzach miał subtelny zapach jej perfum, wciąż jeszcze pod powiekami miał połysk jej przecudnych, długich włosów. Ile by tylko dał, by jeszcze raz móc ją zobaczyć! W tej dziewczynie było coś niepowtarzalnego, coś co obudziło w nim dawno zapomnianą tęsknotę. Kamień, który cisnął w fale z pluskiem utonął w morskiej pianie. Nie pamiętał wielu rzeczy w swoim życiu, nigdy nie czuł się z nikim, ani niczym związany, wciąż zmieniał mieszkania i dziewczyny. Do niczego nie tęsknił, nigdy specjalnie się nie starał. W ludziach wzbudzał zaufanie i poczucie bezpieczeństwa, kolejne sukcesy zawodowe przychodziły mu z łatwością, ale nie dawały mu satysfakcji. Dziś przez ten ułamek sekundy, w jakiś przedziwny sposób ona dała mu punkt zaczepienia, punkt, dzięki któremu mógł odbić się od dna. - Tu jesteś, Kunzite! - mężczyzna o kręconych, brązowych włosach za ramiona usiadł koło niego na piasku – Znowu rozmyślasz? - Dzisiaj spotkałem dziewczynę o złotych włosach… Jeszcze nigdy, nie pragnąłem kogoś tak bardzo, jak jej wtedy... a widziałem ją przecież przez chwilę… Neflite – westchnął ciężko – Pamiętasz nasze dzieciństwo? Cokolwiek z niego? Choć mały szczegół? - Sam wiesz przecież, że straciliśmy pamięć. Obudziliśmy się na tej plaży, bez wspomnień, ani drogowskazów, zupełnie wycieńczeni i bezradni. Nigdy nie natrafiliśmy na ślady naszych przyjaciół, rodziny czy przodków. - Kim my jesteśmy, Neflite? Kim byliśmy kiedyś?
Część 33 / 4
Przeraźliwy krzyk. Wokół gorąco buchających ku niebu płomieni. Trzask pękających arkad, ogłuszający grzmot walących się świątyń i krużganków. Gdzieś w oddali okrzyki walczących i chrzęst krzyżujących się mieczy. Kobieta o rudych czerwonych włosach na czele jakiegoś małego oddziału z wysoko uniesionym ku górze mieczem biegła prosto na wysunięte do przodu szpady wojowników. W ostatniej chwili zanim potężnym uderzeniem połamała miecz jednego z rycerzy, spojrzała w jej kierunku, a w jej oczach odnalazła determinację zmieszaną z przerażającą rozpaczą… W tej samej chwili jeszcze mokra od wody z jeziora, rozebrana do naga, z włosami rozrzuconymi na poduszkach obudziła się w czyimś miękkim łóżku. Niepewnie otuliwszy się prześcieradłem wstała. Za wysokim oknem rozciągało się u jej stóp Tokio pogrążone we śnie. Tylko wielka tarcza Księżyca rozjaśniała miasto nieświadome zbliżającego się niebezpieczeństwa. Drzwi pokoju, w którym stała uchyliły się z cichym skrzypnięciem. Przestraszona odwróciła się, by spojrzeć prosto w błękitne oczy wysokiego mężczyzny. Serce w jej piersi zabiło niespokojnie, kiedy zbliżył się do niej. Przez chwilę wpatrywał się w nią, by potem delikatnie odgarnąć jej grzywkę z oczu. Znała te oczy. Kiedyś już się w nie wpatrywała. Były jej takie bliskie, takie znajome…
Wpatrywał się w nią z intensywnością, która jego samego zadziwiała. Czuł jak od tej drobnej dziewczyny bije niesamowita siła. Moc pełna ciepła, niczym jasne światło Księżyca w bezchmurną noc. Gdy zobaczył ją osuwającą się do wody jeziora bez zastanowienia wskoczył za nią. Na rękach zaniósł ją do swojego mieszkania. Czuł, że musi jej pomóc, że nie może zostawić ją tak po prostu w szpitalu. Musi z nią porozmawiać, musi ją zrozumieć, a ona może stanie się kluczem do jego przeszłości. Kiedy dotknął jej włosów przez jego ciało przebiegł przyjemny dreszcz, a ciepło wypełniło jego duszę i miał ochotę ją do siebie przytulić i już nigdy więcej nie wypuścić ze swoich ramion…
- Weź mnie za rękę. Teraz, kiedy już wiem kim jesteś może nam się udać. - Obiecaj mi tylko – Makoto mocno uścisnęła jej dłoń – że cokolwiek się stanie, ty mnie nie puścisz … - Nie martw się. Jestem tu, by cię poprowadzić – Minako zamknęła oczy – Moja patronko, uzdrowicielko dusz zbłąkanych i słabych, wlej we mnie swą moc! W tym samym momencie Makoto zobaczyła, jak ciało jej towarzyszki oplata ciepły, żółty wiatr. Symbol na czole Minako błyszczał tak jasnym światłem, że musiała zamknąć powieki. Kiedy odważyła się otworzyć oczy obydwie szybowały we mgle. Strażniczka Planety Wenus ubrana była w przepiękną zbroję, u jej ramion wyrosły wielkie, anielskie skrzydła. Była taka piękna! Mgła gęstniała z każdą chwilą. - Gdzie my lecimy? – wyszeptała, bojąc się powiedzieć coś głośniej. - Zamknij oczy, Makoto. Pozwól się nieść energii, która zaprowadzi nas do tych, którzy z nami dzielą los.
Kiedy zobaczył ją wśród wzburzonych fal morza oniemiał z przerażenia. Z mokrymi włosami opadającymi do kolan broczyła w wodzie, słaniając się na nogach. Bez zastanowienia wbiegł prosto w morze. Słyszał za sobą Neflite, on też wskoczył do wody, bo ze złotowłosą dziewczyną szedł ktoś jeszcze, z trudem walcząc przeciwko falom. W ostatniej chwili pochwycił ją w ramiona. Dziewczyna o lśniącym znaku na czole była zupełnie wyczerpana. Ufnie oparła mu głowę na ramieniu. - Kunzite – wyszeptała załamującym się głosem zanim straciła przytomność.
- Ami? Ami Mizuno? – jakiś nieznajomy napisał do niej na komunikatorze internetowym. Przetarła zmęczone oczy wierzchem dłoni. Było już późno w nocy, nie spodziewała się, że jeszcze ktokolwiek do niej napisze. Mozart rozbrzmiewał w jej słuchawkach, ona sama była zaś pogrążona w mitologii celtyckiej. - Skąd wiesz jak mam na imię? Znamy się? – zapytała. - Musimy się spotkać – dostała tylko w odpowiedzi – To ważne. - Przepraszam, ale nie rozumiem o co chodzi. - Nie bez powodu wczytujesz się w mitologię i szukasz odpowiedzi na pytanie kim naprawdę jesteś… Ami zamarła w bezruchu. Skąd on wiedział? Kim on był? - Czujesz już, że zbliża się wielkie niebezpieczeństwo. Dręczy nas ten sam niepokój. - Kim jesteś? - Ja też jeszcze tego nie wiem. Spotkajmy się pod twoją szkołą. Nie czekajmy z tym do rana.
Położył ją delikatnie na łóżku. Jej ciało było całe skostniałe od lodowatej morskiej wody. Niecierpliwie wycierał ją ręcznikiem. Kiedy jej dotykał przechodził przez niego ciepły prąd. Wędrował prosto do mózgu oszałamiając go przyjemnością i rozkoszą. Była niespotykanie piękna i promieniowała od niej taka dobra energia… Pochylił się nad nią, by zetrzeć jej z czoła krople wody. Na chwilę zawisł nad nią wahając się, czy nie dotknąć jej miękkich warg, skosztować zakazanego owocu… Jednakże niemal w tym samym momencie weszła do pokoju tamta dziewczyna, która razem ze złotowłosą broczyła w morzu. Była zupełnie naga. Rozpuściła kasztanowe włosy na ramiona, a sine z zimna ciało opatuliła długim kocem. Z oczu ciekły jej łzy. - Jak ona się czuje? – głos jej się załamał – Czy coś się jej stało? - Poradzi sobie…- Kunzite wyprostował się i wyszedł z pokoju zostawiając Minako pod ciepła kołdrą. W pokoju obok siedział Neflite. W dłoniach trzymał kubek z gorącą herbatą. Podał go dziewczynie. Kunzite jeszcze nigdy nie widział, żeby jego brat w taki przedziwny sposób przyglądał się jakiejkolwiek dziewczynie. Pierwszy raz w jego oczach widział taki niesamowity spokój, a jednocześnie tęsknotę. W pokoju panował półmrok. Na wysokim świeczniku w kącie płonęły świece. - Co się stało? – zapytał w końcu, kiedy milczenie przeciągało się w nieskończoność. Makoto popatrzyła na niego, przytrzymując kubek przy pobladłych ustach. - Jesteśmy Strażniczkami – wyszeptała nagle z pewnością, która sama ją zadziwiła – Naszym zadaniem jest ochrona Kryształowego Milenium i Księżniczki… - Strażniczki? – powtórzył bezgłośnie Neflite. - To dlatego na jej czole błyszczał ten jasny znak? - Jest Strażniczką Planety Wenus. Powiedziała mi, że odnajdziemy tych, którzy dzielą z nami to samo przeznaczenie. Czy wy jesteście tymi, których szukałyśmy?
Co ją tu przygnało? Dlaczego przyszła pod opustoszały budynek szkoły, żeby się spotkać z kimś z kim wymieniła zaledwie kilka słów? Było jej zimno. Niecierpliwie ocierała o siebie ramiona. Skąd wiedział o niepokoju, który trawił ją od środka? Skąd wiedział, że nie wie kim jest naprawdę? Zamarła w bezruchu, kiedy nagle z ciemności wyłoniła się sylwetka wysokiego mężczyzny o blond włosach, spiętych w luźny koński ogon. Oszołomiona cofnęła się pod ścianę szkoły. W nagłych błyskach jasnego światła widziała obrazy pełne białych lilii, płonących świec i dymu kadzideł. Widziała kryształowy pałac pełen arkad, kolumn i opadających do ziemi kaskadami bluszczy. Bezsilnie złapała się za głowę. Nie rozumiała skąd brały się te obrazy w jej umyśle i dlaczego właśnie on uwolnił je z jej serca. Nagle ziemia pod jej stopami zatrzęsła się i popękała. W chwilę potem rozpruła się na środku dziedzińca oddzielając ją od tajemniczego mężczyzny. Pisnęła przerażona. Strach sparaliżował jej ciało. Nie potrafiła nic zrobić kiedy smolisty demon o czerwonych ślepiach błyskawicznie wypełznął ze szczeliny i z wyciągniętymi w jej kierunku szponami rzucił się na nią. Ami zdążyła już tylko zasłonić twarz ramionami, a gdy szpony wbiły się w jej ręce przeraźliwy krzyk wyrwał się z jej gardła. Jakaś przedziwna moc, niczym rwący strumień wypełzła z jej serca, wypełniając jej duszę uderzeniem silniejszym niż morska fala. Demon wycofał się gwałtownie skrzecząc niczym zraniony zwierz, a kiedy odważyła się uchylić powieki zobaczyła nad sobą już tylko nieznajomego mężczyznę. - Co się stało? – wyjąkała. - Demon nie żyje – uśmiechnął się, mrużąc oczy przed błękitnym światłem wydobywającym się ze znaku na jej czole – Tak bardzo się cieszę…
Część 44 / 4
Poderwała się na łóżku, łapiąc łapczywie zimne powietrze zbliżającego się poranka w płuca. Coś się stało… Coś czego nie umiała sobie wyobrazić, bo było jej zupełnie obce, a jednak tak bardzo bliskie i znajome. Nagła ulewa spadła na miasto. Uderzała miarowo wielkimi kroplami o szyby mieszkania nieznajomego mężczyzny, który uratował ją przed utonięciem. - Czujesz to samo co ja? Energię wody, która zbudziła się tej nocy mieście? – spytał, otwierając powoli oczy. Dziewczyna kiwnęła głową, a po jej policzkach popłynęły łzy. Zakryła twarz dłońmi, a on przytulił ją mocno do siebie. - Nie jestem w stanie dać ci odpowiedzi na dręczące cię pytania. Sam mam sny, których nie umiem sobie wytłumaczyć. Od dawna szukam wyjaśnień, ale dopiero od niedawna wizje stały się wręcz nie do zniesienia. - Niebezpieczeństwo czai się w tym mieście – wyszeptała, ocierając wierzchem dłoni łzy – I jeśli łączą nas te same sny to… Ogłuszający grzmot przerwał jej w połowie zdania. Skuliła się, chowając się w jego ramionach. Było jej tu z nim tak dobrze. Tak dobrze, że nie musiała znać nawet jego imienia…
Neflite i Makoto już dawno spali. Za oknami szum ulewy mieszał się z grzmotami piorunów. Wyłączył lampkę nocną i zapalił kilka świeczek na nocnym stoliku. Sen nie nadchodził. Dręczyły go dziwne myśli. Niepokój nie pozwalał mu spokojnie usiąść w fotelu. Długo stał w oknie, wpatrując się w błyskawice rozpruwające niebo. Coś ty ze mną zrobiła? - pomyślał rozpaczliwie, siadając koło niej na łóżku – Coś ty uczyniła, że nie mogę spać i myśleć? Skąd wzięłaś sobie prawo, by wtargnąć do mojego życia i przewrócić je do góry nogami? Nie znam cię. Nie wiem kim jesteś. A jeszcze nikt nie poruszał tak mocno wszystkimi strunami mej duszy. Obudź się. Wróć do mnie i powiedz kim jesteś! Obudź się, moja Minako... Proszę obudź się! Niespodziewanie symbol Wenus na czole dziewczyny zabłysnął żółtym światłem. Kunzite uśmiechnął się do siebie. Powolnym ruchem pochylił się nad nią i złożył na nim pocałunek.
Szedł pośród gęstej mgły. Wokół niego szarobłękitne chmury rozmywały się, to znów wyłaniały się z niczego. Miał przeraźliwe poczucie zupełnego osamotnienia i zagubienia. Bez celu błądził w tym przedziwnym pustkowiu, nie wiedząc którędy iść, ani jak długo już tak kręci się w kółko. Kiedy nagle z tej kompletnej ciszy wyrwał go dźwięczny śmiech dziewczyny, nie zastanawiał się długo i ruszył biegiem w kierunku, z którego dochodził. Nagle mgły pod jego stopami rozstąpiły się gwałtownie, ukazując jego oczom przepiękny pałac osnuty gęstymi niebieskimi chmurami. Jego wysokie strzeliste wieże błyszczały migotliwie w smugach promieni słonecznych. Zapach czerwonych róż, które otaczały cały zamek unosił się w powietrzu. Powoli wszedł na trakt, wzdłuż którego ciągnęły się wysokie arkady porośnięte ciemnozielonym bluszczem. Wejście na dziedziniec zagradzali dwaj rycerze. Przestraszył się, że go nie przepuszczą, ale ku swojemu zdziwieniu uklękli przed nim, przykładając prawą dłoń do serca. Kiedy przeszedł przez bramę w jego twarz buchnęła przepiękna woń róż. Jego oczom ukazał się wielki plac pełen marmurowych arkad i kwitnących krzewów róż. W sercu dziedzińca stała marmurowa fontanna. Woda szumiała przyjemnie, zlewając się ze śmiechem dziewczyny, która nagle wybiegła mu naprzeciw. Jej długie złote włosy falowały na wietrze. Błękitny diadem spinał je na czole, w misterne warkocze. Miała na sobie niemal przeźroczystą suknię, podobną do rzymskich tunik. - Kunzite! – wykrzyknęła, wyciągając ku niemu ramiona – Nareszcie wróciłeś!
Rei skostniały już nogi. Bez wytchnienia recytowała mantrę, która burzyła ciszę starego chramu. Jej dwa czarne kruki przycupnęły na gałęziach kwitnących wiśni, wyczekując końca ulewy. Płomienie świętego ognia z trzaskiem wzbijały się ku niebu. Wyczuwała niebezpieczeństwo, coś miało się stać, już niebawem… Zanim zrozumiała co się dzieje ogień buchnął nową siłą, a z jego wnętrza wyszedł wysoki blondyn o ciemnych oczach. Rei pisnęła, upadając na plecy. - Nareszcie. Nareszcie cię znalazłem. - Kim jesteś? - krzyknęła, składając palce do buddyjskiego znaku odpędzającego złe Demony – Co tutaj robisz? - Nie pamiętasz mnie? Przypomnij sobie wizje, w których upada Księżycowe Królestwo. Przypomnij sobie wojska ścierające się w śmiertelnej walce. Jestem jednym z tych, którzy stali po twojej stronie…
- Już niebawem spotkasz się z tymi, którzy towarzyszyli ci od pradawnych czasów – szedł obok niej wzdłuż wzburzonego morza – Teraz, kiedy już jesteś tak bliska poznania prawdy o sobie czas apokalipsy musi być niedaleki. Ami wpatrywała się w swoje otwarte dłonie, o które roztrzaskiwał się deszcz. Moc wody, która się w niej obudziła kotłowała się w niej żądając ujścia z ciasnego ciała dziewczyny. Tymczasem rozszarpane ramię mimo opatrunku bolało ją coraz bardziej. - Nie rozumiem, Zoisite – wyjąkała – Nie mam mocy, by władać nad wodą. Przecież z naukowego punktu widzenia to zupełnie niemożliwe. - Musisz w to uwierzyć, Ami. Wyczuwam w tobie ogromną moc. Wierzę, że zgodnie z przepowiednią jesteś jedną ze Strażniczek Układu Słonecznego. Wierzę, że jesteś Strażniczką Planety Merkury. Dziewczyna przystanęła na środku plaży pośród wysokich kamieni grubo ociosanych przez fale. Przymknęła oczy, czując jak drży każdy skrawek jej ciała. Z całej siły zacisnęła dłonie w pięści, tak że paznokcie przebiły jej skórę, a krew pociekła wąską strużką na piasek. Jeśli to prawda – pomyślała rozpaczliwie – Jeśli ta moc we mnie naprawdę istnieje, muszę mieć na to dowód, muszę to zobaczyć… Coś w głębi jej duszy podpowiedziało jej, że ma skrzyżować wyprostowane dłonie na wysokości czoła, a kiedy to zrobiła, wirująca kula wody otoczyła jej ciało, sprawiając, że na chwilę zniknęła Zoisite z oczu. W chwilę potem stała przed nim ubrana w lekką zbroję koloru błękitnego nieba. Na jej czole mienił się symbol planety Merkury. - Mocy we mnie zrodzona – wyszeptała, wyciągając przed siebie otwarte dłonie –Pozwól mi zobaczyć twą potęgę… Nagle morze zamarło. Fale ucichły, szum fal zginął w szumie wiatru. A kiedy tafla morza stała się równiejsza niż tafla lustra z jej głębi wydobył się potworny grzmot, który sprawił, że Zoisite z zapartym tchem wbił paznokcie w kamień, przy którym stał. Ami zatoczyła krąg otwartymi dłońmi, a potem uniosła je ku niebu. Gigantyczny słup rozszalałej wody wzbił się niczym świder w niebo. Wir, który stworzył cofnął morze spod stóp Strażniczki o kilkadziesiąt metrów, a huk tego widowiska zagłuszył nawet grzmot potężnych błyskawic. - Zoisite – łzy na jej policzkach mieszały się z kroplami deszczu – Więc to prawda… Jestem Strażniczką…
Neflite zbiegał po schodach tak szybko jak tylko pozwalało mu na to zmęczenie. Obok niego biegła Makoto. Kiedy wybiegli przed betonowy blok stojący tuż przy plaży, chwycił ją za dłoń, by potem razem pognać prosto w stronę morza, gdzie ku niebu wzbijała się kolumna lodowatej wody. - To musi być dzieło Strażniczki – wykrzyknęła, by usłyszał choć część z tego co mówi. Wiatr, który się zerwał szarpał jej włosami. Piasek, który ze świstem wirował w powietrzu