Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 7 min czytania

Księżycowa Wojna

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Wśród świeżo zniszczonych, żelbetonowych ścian Amerykańskiego bunkra leżał młody mężczyzna. Ubrany w wojskowy skafander kosmiczny, z biało-czerwoną flagą naszytą na ramieniu. Leżał w kałuży krwi i powoli umierał. Dogorywał. Wiedział, że to już. Drętwiały mu palce, nie czuł nóg, nie mógł unieść głowy. Każdy wdech i wydech sprawiał mu ból, więc oddychał powoli i miarowo, dzielnie znosząc dotkliwe ukłucia w klatce piersiowej. Był u skraju sił, u skraju swego życia. Nie spodziewał się jednak, że pod wpływem silnego impulsu, który wprawił jego jaźń w stan euforyczny za sprawą wpompowania w organizm dużej ilości endorfiny ocknie się z letargu i zrobi ostatnią rzecz. Z kieszeni ulokowanej na nogawce prawą ręką wyciągnął małą, złotawą kulę ze srebrnymi guzikami. Nacisnął jeden z nich i zaczął mówić. Trzymane przez niego urządzenie wydało z siebie cichy dźwięk i zaczęło nagrywać. - Testament starszego szeregowego Jana Ziębickiego – mówienie przychodziło mu z trudem, ale musiał coś po sobie zostawić. Każde słowo sprawiało mu ból, każde było ważne. – W czasach, gdy byłem młody kijem, krzykiem i terrorem psychicznym wpajano mi miłość do ojczyzny i honor w postępowaniu. Uległem naciskom. Mało kto nie uległ opiekunom z wojskowego domu dziecka w Przemyślu, gdzie się wychowałem. -Zawsze chciałem być strażakiem – mówiąc to uśmiechnął się. – Chciałem ratować ludzkie życie. Byłem nawet gotów poświęcić swoje zdrowie, by pomagać innym. Nazywałem to odwagą. Odchrząknął i połknął mieszaninę krwi i żółci. Nie miał możliwości by splunąć, bo znajdował się w strefie, w której nie mógł zdjąć kasku. Kontynuował nagrywanie. -Ale tam gdzie się wychowałem nie miało znaczenia kim chce się być. To jedno z wielu miejsc w VII Rzeczpospolitej Polskiej, gdzie od niemowlaka szkolono ludzi na żołnierzy. Uczono innego rodzaju odwagi. Odwagi w odbieraniu ludzkiego życia. Nie dawano wyboru. Tak, więc zamiast ratować miałem pozbawiać życia. Kazano mi iść ciężką drogą życiową, pozbawioną miłosnych uniesień i ludzkich emocji, na rzecz fizycznych ćwiczeń i wojskowego rygoru. Rygor, nienawidzę tego słowa. Wcisnął pauzę na dyktafonie, poprawił nieco swoją pozycję, zamknął oczy i zastygł. Po kilku minutach odpoczynku ponownie włączył nagrywanie. -Całe życie ćwiczyłem tylko po to, by pewnego dnia wziąć udział w wojnie. Cieszyłem się na tę myśl. Nie dlatego, że chciałem zabijać, czy zginąć. Chciałem po prostu by coś się w moim marnym życiu zmieniło. Myślałem o dezercji do innego kraju, najlepiej demokratycznego. Może Holandii? Nie bałem się, gdy powiedziano mi, że lecę atakować księżyc. Nie bałem się też wtedy, gdy dowiedziałem się, że moim zadaniem będzie zniszczenie lunarnej bazy Snow White. Mówiłem sam do siebie: - Kochasz księżyc, wiec lecisz go zniszczyć, nic strasznego Janie. Nic strasznego. - Byłem głupi! Przerwał na chwilę, bo zdawało mu się, że słyszy ludzkie głosy. Wstrzymał oddech, a ból w klatce piersiowej uderzył z nowymi pokładami siły, a intensywność cierpienia wymogła na Janie ciche stęknięcie. Niestety nikogo już nie usłyszał. W kącikach jego oczu pojawiły się łzy. Nie wiadomo czy z bólu, czy z samotności. -Tak… Jaki ja byłem głupi – powiedział po chwili, a jedna samotna…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Księżycowa Wojna — czytnik · opowiadania