Przygoda · 20 min czytania
KTO DROGĘ SKRACA...
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Ewa Mroczek jechała swoim starym polonezem, próbując długimi światłami przebić się przez ścianę deszczu. Nie było to łatwe, gdyż deszcz lał nieustannie, na dworze było ciemno choć oko wykol, a poza tym Ewa znajdowała się w nieznanej sobie okolicy. Ze zdenerwowania trzęsły jej się ręce, co jeszcze nigdy dotychczas jej się nie zdarzało, gdyż z natury była opanowana. Popatrzyła we wsteczne lusterko i stwierdziła, że nikt za nią nie jedzie - nie było widać w ogóle żadnych pojazdów ani za nią, ani przed nią. Ewa była dwudziestoletnią brunetką o dużych brązowych oczach. Studiowała na pierwszym roku historii na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. W tej chwili jechała wraz ze starszym kolegą do jednej z małych miejscowości w pobliżu Biłgoraja. Po śmierci jednego z mieszkańców tej wioski rodzina znalazła na strychu jakieś materiały z okresu II wojny światowej lub może jeszcze wcześniejsze. Zatelefonowano na UMCS z wiadomością o tym znalezisku, które jakoby ma rzucić więcej światła na dzieje Lubelszczyzny w czasie wojny. Dokładniej nie powiedziano, o co chodzi, ale profesorów to zainteresowało. Postanowiono wysłać tam Marka Karczewskiego - jednego z najzdolniejszych studentów historii na UMCS-ie. A chcąc pokazać studentom pierwszego roku, jak się "współpracuje" z ludnością, wylosowano jedną osobę, która miała pojechać z Karczewskim. Los chciał, że padło na Ewę. Wcale jej się to nie uśmiechało, bo miała inne plany w związku z weekendem. Jednak pojechała, za co teraz w myślach sama się wyzywała. Ewa pochodziła z Lublina i nigdy w życiu nie wyjeżdżała samochodem poza jego granice. Po części dlatego, że rodzice nie chcieli, by jeździła sama, a po części dlatego, że właściwie nie miała powodów do wyjazdu. Jak się później okazało, Marek musiał oddać swoje Seicento do naprawy, więc stanęło na tym, że pojechali polonezem Ewy. Pomimo tego, że wyjechali późno i zaczynało się ściemniać i grzmieć gdzieś w oddali, Ewa jechała pewnie i tylko niekiedy miała dylemat, w którą stronę skręcić. Marek często jeździł jako "delegacja" z UMCS-u na różne spotkania, więc doskonale znał drogę. Po przejechaniu mniej więcej siedemdziesięciu kilometrów Marek kazał Ewie skręcić z krajowej "siedemnastki" w lewo. W tym momencie zrobiło się już całkiem ciemno, a pierwsze krople deszczu głucho zadzwoniły o przednią szybę i dach poloneza Ewy. - Wydawało mi się - Ewa popatrzyła kątem oka na Marka, nadal obserwując jezdnię - że mówiłeś, że aż do samego Zamościa jedzie się prosto. Więc czemu kazałeś mi skręcić? - zapytała z lekką nutką. zdziwienia w głosie. - Posłuchaj, Ewka. - zaczął Marek, swoim zwyczajem poprawiając okulary na nosie - Jest już około dwudziestej. Gdybyśmy pojechali prosto, zajechalibyśmy tam dopiero na jedenastą w nocy, natomiast ja znam skrót, który pozwoli nam dojechać do tej wsi dobrą godzinę wcześniej. Czy to nie wspaniałe?! - zawołał Marek z uśmiechem, który mógłby wskazywać, że jego właściciel odkrył jakieś niebywałe tajemnice. Ewa skrzywiła twarz w imitacji radosnej minki. - Skrót, powiadasz? ...
Ewa nerwowo bębniła palcami o kierownicę. Wycieraczki nie nadążały już zbierać wody z szyby, a jedynymi światłami w panującej ciemności były jej własne światła z poloneza. - Posłuchaj, Ewka. - Marek postanowił przerwać panującą w samochodzie ciszę. - "Posłuchaj, dzieweczko, a ona nie słucha ... " - skrzywiła się ironicznie Ewa, nawet nie odwracając głowy w stronę Marka. - Przestań, Ewa. - Marek błagalnym głosem przerwał jej deklamację wiersza - Wcale nie jest tak źle: co prawda nie mamy pojęcia, gdzie jesteśmy, ale cały czas jest asfaltowa szosa. A skoro jest dobra droga, to może oznaczać tylko jedno - ciągnął dalej swój wywód - a mianowicie, że żyją tu jacyś ludzie, prawda? Ewa spojrzała na niego z wściekłością. - Skoro tak uważasz - wycedziła przez zaciśnięte zęby - to jak wytłumaczysz fakt, że już od dobrych paru minut nie spotkaliśmy ani jednego samochodu i nie widzieliśmy ani jednego światła, które mogłoby nam pokazać, że ktokolwiek tutaj mieszka?! - No, nie wiem. - Marek podrapał się za lewym uchem - Jest przecież burza; może gdzieś trafił piorun i nie ma prądu? - dokończył z pytającym uśmiechem. - Trafi to zaraz mnie, ale szlag nie piorun! Albo ciebie moja pięść! Gdyby ludzie mogli zabijać wzrokiem, Marek zapewne leżałby już dawno martwy. Ewa wydała z siebie jakiś nieartykułowany dźwięk, połączenie syczenia, charczenia i jęku, a zarazem zapytała: - Czy w całym swoim dwudziestotrzyletnim życiu widziałeś pioruny w czasie burzy bez grzmotów i błyskawic? Bo ja nie! - wysyczała Ewa. I w tym momencie zarówno Ewa, jak i Marek poczuli się jak na rodeo. Tyle że nie ujeżdżali dzikiego mustanga, ale starali się utrzymać "w siodle" starego poloneza: samochód Ewy zaczął charczeć, burczeć, wyrzucać z siebie kłęby czarnego dymu i posuwać się skokami do przodu. - Cholera jasna! - Ewa ze złością uderzyła pięścią w kierownicę - Jeszcze tylko tego brakowało! Po kilku jeszcze konwulsyjnych drgnięciach polonez Ewy zatrzymał się z ponurym szarpnięciem. - No, pięknie! - Ewa zrezygnowana rozpięła pasy i oparła głowę na kierownicy - A mówiła kiedyś moja babcia: "Kto drogę skraca - do domu nie wraca". Czemu jej nie posłuchałam? Nikt na jej pytanie nie odpowiedział, gdyż Marek patrzył ze współczuciem na Ewę, ale bał się odezwać. - I to jest ten twój skrót, tak? - Ewa powoli przekręciła głowę w stronę Marka - Ten, który rzekomo tak dobrze znałeś? - popatrzyła wyczekująco na Marka i tym razem nie pozostawiła pytania bez odpowiedzi. Marek mimowolnie skulił się na swoim fotelu i delikatnie przesunął w stronę drzwi. - No, wiesz ... - w świetle padającym z przednich reflektorów nie było zbyt dobrze widać twarzy Marka. Lśniły tylko szkła jego okularów - Tym skrótem jechałem już dosyć dawno temu. Poza tym był dzień, a dookoła pełno śniegu. Może po prostu minęliśmy jakiś zakręt lub boczną dróżkę… - Zamknij się! - wykrzyknęła Ewa - Zamknij się i nie odzywaj się więcej ani słowem na temat błądzenia i zgubionych dróżek, dobra? Marek skulił się jeszcze bardziej i tylko pokiwał głową. Ewa wysiadła z samochodu. Kłapnęła drzwiami i ruszyła prosto przed siebie, zarzucając na głowę dżinsową kurtkę. Marek wyskoczył za nią: - Ewka! Oszalałaś?! Wracaj do samochodu! Poczekamy, aż przestanie padać! - usiłował biec za nią, ale pośliznął się na mokrym gruncie i klapnął prosto w kałużę. Ewa odwróciła się do niego: - Jeśli chcesz, to siedź w samochodzie! - powiedziała stanowczo - Ja nie mam zamiaru czekać do samej śmierci! Idę! Spójrz tam! - Ewa wskazała ręką przed siebie - Oj, to znaczy tutaj! - zmieniła kierunek wskazywania i teraz pokazywała w bok od siebie, na wprost Marka. Deszcz obmywał chłopaka od stóp do głów. Mokre strąki włosów przylepiały mu się do skroni i do szkieł okularów. Przez to wszystko Marek nie od razu zobaczył, co mu pokazuje Ewa. Odgarnął włosy z czoła i okularów i w świecie reflektorów zobaczył jakieś sto metrów przed sobą znak wskazujący nazwę jakiejś miejscowości. Niestety, było za ciemno, a znak był za daleko, by cokolwiek na nim rozczytać. - Skoro jest znak, to naprawdę znaczy, że ktoś tu mieszka, nie? - Ewa znów ruszyła przed siebie. Marek podniósł się z klęczek i krzyknął za Ewą: - Zaczekaj! Idę z tobą! Ale zamknij samochód na klucz! Ewa odwróciła się i rzuciła kluczyki w stronę Marka. - Ty masz bliżej. Sam to zrób! Marek wyszukiwał kluczyków w błocie w świecie reflektorów poloneza. Po chwili trafił palcami na znajomy kształt. Wytarł kluczyki z błota i podszedł do auta. Po kilku sekundach zrobiło się jeszcze ciemniej, ponieważ Marek wyłączył światła, będące do tej pory jedynym jasnym punktem w okolicy; za chwilę Ewa usłyszała charakterystyczny trzask zamykanych drzwiczek. Marek ostrożnie ruszył po brei, wyczuwając pod nogami kałuże jakimś szóstym zmysłem. Kiedy doszedł do Ewy, ruszyli podtrzymując się nawzajem. Nie znali dobrze drogi (a właściwie, to wcale jej nie znali), więc szli prosto. W pewnym momencie rozległ się krzyk Ewy i jednocześnie ręka Marka, którą podtrzymywał Ewę za ramię, opadła w dół. Marek stanął zdezorientowany. Zaczął badać teren noga i po chwili doszedł do wniosku, że droga zakręciła w prawo. - Mógłbyś mi pomóc, do diabła! - zawołała Ewa, gramoląc się z głębokiego rowu. Marek nie mógł się powstrzymać i wybuchnął gwałtownym śmiechem. Wyciągnął rękę przed siebie i starał się odnaleźć w ciemności dłoń Ewy. - I z czego się śmiejesz, głupku?! - Ewa tupnęła nogą, aż dookoła rozprysło się błoto. - Gdybyś szedł pierwszy, to ty wylądowałbyś w tym cholernym rowie! Ciekawe, czy wtedy też byś się śmiał?! Ruszyli dalej szosą, tylko Marek co chwila wydawał odgłosy świadczące o zatykaniu ust, mającym ochronić przed ponownym wybuchem śmiechu. Po chwili również Ewa się roześmiała, kiedy uświadomiła sobie, jak muszą teraz wyglądać: głodni, zmęczeni, zmoknięci, zagubieni na jakimś bezludziu i oboje utytłani błotem. W pewnym momencie oboje poczuli, że grunt pod nogami stał się bardziej grząski. "Pewnie skończyła się szosa, a zaczęła zwykła polna droga. Na wsi często tak się zdarza.” pomyślała Ewa. Gdzieś w oddali słychać było przetaczające się grzmoty, ale jak na złość nie było żadnej błyskawicy. Dookoła panowały egipskie ciemności, a deszcz lał się z nieba, jakby go ktoś wylewał wiadrem. Ewa i Marek dłuższy czas maszerowali w ciszy, jednak Ewa nie wytrzymała: - Marek, do cholery, idziemy już tak ze dwa kilometry! - wykrzykiwała - Przez cały ten czas nie widzieliśmy ani jednego światła! Chyba z radości bym uszami klaskała, gdybym zobaczyła przynajmniej to słynne światełko w tunelu! Marek wysłuchał cierpliwie jej wybuchu, poprawił swoim zwyczajem okulary i przemówił spokojnym głosem: - Nie panikuj, Ewuniu. Na pewno jest jakieś logiczne wytłumaczenie tego osobliwego braku świateł. Jakby w odpowiedzi na słowa Marka niebo na ułamek sekundy rozjaśniła błyskawica. Ale ten krótkotrwały błysk i tak pozwolił studentom na…