Prawo · 11 min czytania
Kto się boi Czarnego Luda?
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Kto się boi Czarnego Luda?
Nie jestem człowiekiem czynu. Daleki byłbym od tego, aby w imię jakiejkolwiek sprawy nosić sztandary czy wykrzykiwać budujące hasła. Barykady – nie dla mnie. Demonstracje, marsze, przemarsze, pochody, happeningi, megafony, ręce w górze – wszystko to jest mi dość obce. Nie bardzo też chce mi się zabierać głos w obronie takiej czy innej grupy społecznej, nawet nie dlatego, że przejawy tzw. życia zbiorowego mnie nie zajmują, bo i owszem – śledzę je z żywym zainteresowaniem. A jednak mało bawi mnie wypowiadanie się w imieniu „grupy”, której nie czuję się integralną częścią – no a z reguły się nie czuję, jakakolwiek by to grupa nie była (co nie tyle jest symptomem mojej niezależności, ile bardziej nikłej inicjatywy i – podobnież – dużego wycofania się, sam nie wiem właściwie z czego). Słuszniejsza zatem jest dla mnie wypowiedź tylko w imieniu własnym – tak, jak lubię – głosem subiektywnym, zmanierowanym i przesyconym relatywizmem. Ale słuchać już nie mogę fali nierzetelnej, aby nie powiedzieć – absurdalnej krytyki, przetaczającej się znów ostatnimi czasy po środowiskach homoseksualnych (które zresztą nie istnieją w ich zabobonnym „Wszechpolskim” rozumieniu, bo wtedy jako przeciwwaga musiałyby istnieć skonsolidowane środowiska heteroseksualne). Wszystko sprowadza się do tego, że pedały zwyczajnie niektórych wkurzają, acz dla zachowania pozorów lepszej sprawy sprokurowano parę tez, udających konserwatywną ideologię i dalejże jazda z nimi! Tezy te jednak tak dalece kupy się nie trzymają, że nawet tak młody i niewypierzony człowiek jak ja jest w stanie je obalić dość prostymi dowodami, co zamierzam poniżej w miarę klarownie, przy sposobności, wypunktować bez zapuszczania się w niebezpieczne obszary kazuistyki. Na początek wypada mi wytrącić z ręki „obrońcom moralności” ich ulubiony argument, który najchętniej, najłacniej i największymi literami na sztandarach swoich wypisują: że homoseksualizm to coś nienaturalnego. Rzecz można rozważyć dwutorowo. Primo: badania naukowe niezbicie dowodzą, że homoseksualizm występuje tak samo u zwierząt jak i ludzi (nie wywlekając już nawet na wierzch kwestii hedonistycznych delfinów, a jedynie powołując się chociażby na przykład poczciwych i umiarkowanych indorów, które po prostu lubią sobie dziobać ziarenka w parach pan indor – pan indor i bardzo nieszczęśliwe są, gdy je rozdzielić i „prostować” podsuwając im jakąś indyczkę). Secundo: przyjąwszy zaś hipotetycznie i w dobrej wierze za pewnik stwierdzenie, że homoseksualizm to tylko ludzka przypadłość, dalej nie jestem pod wrażeniem argumentu o jego nienaturalności. No bo skoro już my, ludzie, umówiliśmy się, że jesteśmy, kim jesteśmy, że stwarzamy sobie cywilizację i kulturę, że raz na zawsze wychodzimy z buszu (a odwrót nie jest możliwy), że ze wszystkim, co robimy pozostawać będziemy w zgodzie z idejkami, któreśmy sobie nawymyślali i w które wierzymy, a nie z naturą, to czemu w tym jednym przypadku tak łatwo niektórym jest się do niej teraz odwoływać? Więcej – założyliśmy nawet, że natura rządząc się swymi bezlitosnymi prawami jest czymś niższym, a my czymś wyższym i jej przeciwwagą. Postanowiliśmy stłumić większość instynktów – nikt już nie pamięta w imię czego, ale powszechnie uważa się, że było to z grubsza słuszne… czemu więc, do wszystkich diabłów, nagle tak wielu jest obrońców tego, co „pierwotne i naturalne” w człowieku? To jest tak jak z biednym i zapitym krewnym, którego wszystkie zacne ciotki w rodzinie unikają i do którego przyznawać się nie chcą, dopóki nie okazuje się, że ten biedny krewny wygrał na loterii, albo jest genialnym neurotycznym poetą. Chętnie też wszyscy ci ogromnie moralni ludzie dowodzą, że homoseksualizm jest chorobą, a nie uwarunkowaniem genetycznym, cechą wrodzoną człowieka, powołując się na faktycznie liczne przypadki „uleczeń” osób homoseksualnych. Ale nic bardziej mylnego. Otóż takie swoiste „nawrócenia” nie stanowią żadnego argumentu. Wszak człowieka można prawie dowoli i bez ograniczeń uformować, jeśli on w dodatku wyraża taką chęć i gotowość, samemu prowadząc dłuto, które go ociosuje. To ni chybi pranie mózgu (nie sądzę, abym tu przesadzał). I nie widzę znacznej różnicy pomiędzy takim „leczeniem”, a werbowaniem do sekty, czy wiarą w rolę poety nakreśloną w Wielkiej Improwizacji. Należy więc zadać sobie pytanie, czy ludzie po takiej terapii są uleczeni, czy raczej urobieni. Należy zadać sobie kolejne pytanie, bardzo istotne: na kij komu przerabiać pedałów? Pytam poważnie – na co to komu? Jeżeli homoseksualiście nie widzi się zmieniać orientacji, to kto ma prawo mu to narzucać? Gdybyż homoseksualizm był w jakimkolwiek stopniu szkodliwy społecznie, to owszem – sprawę należałoby poddać gruntownej analizie i przeprowadzić rzetelną „debatę społeczną” na ten temat. Ale z faktami się nie dyskutuje – homoseksualizm sam w sobie to akt (?) tak samo nieszkodliwy i dobrowolny jak heteroseksualizm. No, bo chyba nikt, kto chce uchodzić za poważnego, nie wątpi, że jedynie między bajki można wsadzić ziobropochodne insynuacje, jakoby zachodził jakikolwiek związek pomiędzy homoseksualizmem a pedofilią i innymi dewiacjami. Zatem pytam raz jeszcze – po co „leczyć” homoseksualistów? Czy aby chcemy sprowadzić wartość ludzkiego istnienia do potencjału…