Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 44 min czytania

Ku przeznaczeniu (Smocze dziedzictwo VII)

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Wreszcie skończyłam kolejny rozdział :] Podobno J.K. Rowling pisała Harry'ego Pottera podczas drzemek swojego dziecka. Cóż, widać nie robiła już nic innego, bo ja jakoś jestem wolniejsza, choć Majka śpi dużo ;] Uwaga: najbardziej krwawy rozdział "Smoczego dziedzictwa", jaki mi wyszedł spod palców.

Zima postanowiła wypuścić wreszcie Alderę ze swych mroźnych okowów. Świeże, oczyszczone śniegiem i lodem powietrze, przesycone było zapachem ziemi, niczym milczącą obietnicą roślin, które miała wkrótce wydać. Czarna gleba pokrywała się drobnymi, niemal niezauważalnymi jeszcze łodyżkami trawy. Uszy tego, który zechciałby posłuchać, wypełniał świst wiatru w nagich jeszcze koronach drzew, pierwsze nieśmiałe trele ptaków i szum wezbranej w strumieniach wody. Przyroda budziła wszystkie swoje dzieci do życia, lekkim muśnięciem przeganiając zimowy sen z ich oczu. Ludzie oddychali pełną piersią i z nadzieją patrzyli na biegnące po błękitnym niebie obłoki. Również oni odczuwali napływ nowych sił do zmierzenia się z kolejnym rokiem. Najmniej zimno dokuczyło tym zamieszkałym na południu, w pobliżu granicy z krainami zamieszkałymi przez przybyłych w zamierzchłych czasach Istara Denno. Nikt nie wiedział, czy to natura po prostu ukochała swoich pierworodnych i oszczędzała im mroźnego szczypania, czy też może miało to coś wspólnego z odprawianymi przez nich rytuałami. Przedstawiciele rasy ludzkiej uznawali, że Dzieci Świtu najlepiej pozostawić w spokoju i nie interesować się zbytnio ich życiem. Piękne, wysokie istoty nikomu wszak nie szkodziły, a cudownie delikatne tkaniny i niebiańskie w smaku napitki, którymi handlowały, niejednego ludzkiego kupca uczyniły bogaczem. Nie opłacało się ich niepokoić, toteż Istara Denno żyli sobie, ogrodzeni swą magiczną barierą, pozostając w kontakcie z resztą Aldery dzięki bramie w Teers Haen. Właśnie w okolicach wrót do ich krain zima przechodziła najłagodniej, a jej mroźne oddechy dodatkowo uspokajała bliskość morza. Mieszkańcy wybrzeża Brai również nie mieli powodów, by uskarżać się na pogodę. Co innego zamieszkali w głąb i bardziej na północ kontynentu. Studenci Uniwersytetu w Nardenie miewali w zimowych miesiącach zmarznięte nosy i zgrabiałe od chłodu dłonie, zaciśnięte na oprawnych w skórę woluminach. Pałac królewski w Ylitorn narażony był już na ciężkie śnieżyce, grube mury ledwie chroniły przed wszędobylskimi wiatrami. Położone na zachód od ludzkich siedzib pustynie stawały się niemal lodowcem, wyludnioną i martwą przestrzenią niezmierzonych pól śniegu. Mieszkający tam przez pozostałą część roku Avregowie na czas zimy przenosili się w cieplejsze, południowe rejony, lub zakładali obozowiska w pobliżu nielicznych formacji skalnych, osłaniających ich od lodu i wichur. Drobne, czarnowłose istoty o pociągłych uszach i skośnych oczach dużo lepiej zresztą, niż ludzie, znosiły niskie temperatury. Ale północ... Sama myśl o północnej części Aldery w zimowych miesiącach powodowała nieprzyjemny dreszcz i skłaniała do wrzucenia w ogień dodatkowego polana. Im bliżej podnóża gór, tym surowsza stawała się przyroda. Wśród sosnowych borów mróz wciskał się do chat każdą szczeliną w drzwiach czy pod sufitem, wślizgiwał się do pokojów i chwytał lodowatymi paluchami stopy śpiących, które nieopatrznie wynurzyły się spod pierzyn. Zamrażał oddech na wąsach mężczyzn i podszczypywał policzki kobiet, rumieniąc je na podobieństwo jesiennych jabłek. Dlatego też właśnie na północy wiosna była najbardziej wyczekiwana, a pierwsze nieśmiałe strumyczki wody na zamarzniętych na kamień potokach witane z największym entuzjazmem. Gdy lody w wysokich górach zaczynały puszczać, zwykle spokojne strumienie, przecinające pola, stawały się rwącymi rzeczkami o wartkim nurcie, a okoliczna ludność wiedziała, że lada dzień patrzeć powracających z południa ptaków. W tym roku jednak nie tylko bryły lodu zeszły z Dhai-kun w doliny. Był w jednej z osad u podnóża gór chłopak, syn kamieniarza, imieniem Hanyu. Nie wyróżniał się niczym szczególnym, może właśnie poza imieniem, podobnym w brzmieniu do żeńskiego miana "Hanna" lub "Hanya". Ten zbieg okoliczności stał się dla jedenastolatka dość niefortunny, cherlawy bowiem chłopiec stanowił obiekt kpin silniejszych i bardziej dziarskich rówieśników, wołających za nim: "panienka". "Hanyu-Hanya, beksa! Płaksa!" - przezywały również dziewczynki, gdy usta delikatnego blondynka wykrzywiały się grymasem zapowiadającym łzy. Chłopak przełykał wówczas szloch, choć w gardle rosła twarda kula, i uciekał szybko pod strzechę swego domu, odprowadzany kpiącym śmiechem. Tenże Hanyu właśnie któregoś ranka począł rozpowiadać niesłychaną historię, wzbudzając kolejne chichoty i uśmiechy politowania. - Czego ten dzieciak nie wymyśli, żeby zwrócić na siebie uwagę - kiwały okutanymi w chusty głowami kobiety przy wieczornym szyciu. - Głupiś! - komentowali jego rewelacje mężczyźni, spluwając pod nogi brązową od żucia tytoniu śliną. Hanyu jednak uparcie trwał przy swoim. - Toć widzioł żech! W nocy smoki lecioły po niebie. Jo może i głupi, ale nie ślepy! Lecioły poczwary ponad wsią i jakieś stwory niosły w siodłach! Tu już nie wytrzymywali słuchacze. Też pomysł, osiodłane smoki! "Dyć to nie humale!" - pokpiwali, a chłopak tupał ze złością i w bezsilnej wściekłości mierzwił lniane włosy. - Jo żech widzioł jeźdźca! Stwór taki duży... A czorny na pysku! Jak samo licho! Słuchacze kiwali w końcu głowami, byle tylko uciszyć wreszcie namolnego smarkacza, a za jego plecami kręcili palcem kółko na czole. Dziwnie wpłynęła na to samotne dziecko wizyta obcych we wsi, stwierdzano. Bo też rzeczywiście, kilka dni temu zawitała na chwilę dwójka wędrowców i też jedno z nich różniło się nieco od ludzi, widać obcą krew w żyłach nosząc. Niewielki wzrostem czarnowłosy podróżnik miał dziwne rysy twarzy, ale towarzyszyła mu ładna blondynka, toteż nie wzbudzali szczególnie wrogich uczuć. Również dziwną porę wędrówki potrafili bez proszenia wytłumaczyć, podając się za królewskich kartografów. Rzeczywiście, rozpytywali o pobliskie lasy, brody na rzekach i ludzkie osady, skwapliwie nanosząc szczegóły na swoje robocze mapki. Zakupili też sporo żywności, płacąc szczerym złotem, po czym podziękowali i odeszli. Widać jednak ich wizyta niezdrowo pobudziła wyobraźnię chłopca. Co to wyrośnie z tego bujającego w obłokach syna kamieniarza, takiego poczciwego chłopiny... Być może i inne pozbawione nazw osady u podnóża Dhai-kun miały swoich Hanyu, widać jednak nigdzie nie dawano wiary ich opowieściom, gdyż chłopi i rzemieślnicy nigdy nie zainteresowali się solidniej dwójką "kartografów". Tymczasem Raika i Sai, bo to oczywiście oni stanowili parę wędrowców, rzeczywiście starannie dowiadywali się informacji o wszelkich przejściach i mało uczęszczanych traktach. Szczególny nacisk kładli zaś zawsze na osady ludzkie, dopytywali nawet o pojedyncze chaty w lesie, zamieszkałe przez staruszków, pustelników i dziwaków. Wszystkie szczegóły uważnie notowali, sporządzali też wzbudzające powszechną ciekawość mapki okolicy. Idara Denno szli. Pod osłoną nocy, w cieniu i mroku, poza ludzkim wzrokiem, grupa składająca się z Inoshi'ego, Kayuu i siedemdziesięciu innych Dzieci Zmierzchu, wraz ze swymi skrzydlatymi wierzchowcami o przeraźliwym krzyku, zdążali na południe, aby u bram w Teers Haen odnaleźć swoje przeznaczenie. Wiedzieli dobrze o tym, że ich przemarsz stanowi niebezpieczeństwo tak dla nich, jak i dla okolicznych mieszkańców. Stąd też Inoshi upewnił się, że zrobił wszystko dla zapewnienia sukcesu wyprawy, nawet jeśli w rzeczywistości nie było to wiele. Jeszcze w okresie długiej zimy w Stinas Teresse Akubiiru wypytał wiele podróżującego Saia o możliwe drogi, naniósł szkice na wyprawione, jasne zwierzęce skóry i spędzał długie godziny pochylony nad swymi mapami, obliczając i wyznaczając trasy, myśląc tylko o tym, by jak najdłużej unikać konfrontacji z ludźmi. Jeśli by się udało, pragnął w ogóle nie spotkać człowieka, Idara Denno byli wszakże jak kupka suchego prochu strzelniczego, gotowa w każdej chwili nieść zniszczenie i śmierć. Z tego też powodu z początku pragnął wybrać się do siedziby Istara Denno w możliwie jak najmniejszej grupie. W pewnym momencie ograniczył nawet liczbę członków wyprawy do dwójki wybranych Akubiiru, Raiki, Saia i trzech towarzyszy z własnej rasy. Tu napotkał jednak opór ze strony swych ziomków, przekonanych, że mają obowiązek chronić swego przywódcę z Białej Krwi. Poza tym, choć nikt nie powiedział tego głośno, Inoshikete miał przecież zginąć dopiero po dotarciu do celu. Jeśli straciłby życie przedtem, wszystkie nadzieje Dzieci Zmierzchu po prostu uleciałyby z wiatrem. O, okrutny losie, bezlitosny kpiarzu! Sam Inoshi był milczący i zdawał się nieobecny. Czasem grywał na rzeźbionym flecie z twardego, cisowego drewna, zabranym ze Stinas Teresse. Często widywano go też patrzącego z jakimś utęsknieniem w niebo. Na co czekał? Nie wiadomo - na szybkie dotarcie do celu i spełnienie proroctwa, czy może na cudowne odwrócenie losu? Zaprawiona goryczą zaduma w jego twarzy, gdy obejmował wzrokiem mroczne, lecz piękne lasy, polanki, na których trawa ledwie wznosiła pierwsze wiosenne źdźbła, swoich przyjaciół, siostrę i Raikę, działała na jego bliskich przytłaczająco. Być może łatwiej byłoby pomstować razem z nim, gdyby przeklinał przeznaczenie. On jednak milczał. Mówił za niego niemy, bezbrzeżny smutek w czarnych oczach, mówił płaczliwy dźwięk fletu, tak inny od melodii wygrywanych dla zabawy przez Saia. Milcząca rozpacz wyżłobiła bruzdy także na pięknej twarzy Kayuu, dziwnie przycichł zwykle tak wygadany pół-Avreg. Raika przywitała łzami niejeden świt, gdy po nocnym marszu Idara Denno składali głowy na swoich tobołkach i odpływali w sen. Choć Inoshi nigdy więcej nie dał jej odczuć, ile dla niego znaczy, zdawała już sobie sprawę z własnej roli w tym dramacie. Wiele miało kosztować wyzwolenie Dzieci Zmierzchu! Idara Denno szli. Nieprzerwanie, noc w noc pokonując kolejne odcinki drogi, przemieszczali się miarowo na południe. Wraz z nimi szła wiosna, muskając ciepłym dotknięciem kolejne drzewa, otwierając stulone jeszcze, jasnozielone listki, oddechem budząc pierwsze kwiaty. Dzieciom Zmierzchu, które przecież na dnie serc zawsze kochały przyrodę, ta obfitość zieleni odbierała dech po wiekach spędzonych wśród szarych szczytów górskich. Dawno już opuścili rejony, które można by nazwać północną Alderą, minęli szerokim łukiem Ylitorn i okolice Nardeny. Marsz nie stawał się jednak łatwiejszy wraz ze zbliżaniem się do celu. Lasy przerzedziły się, ustępując miejsca coraz liczniejszym ludzkim osadom. Nieraz drużyna musiała przyczajać się na łąkach, na niemal odsłoniętym terenie, wykorzystując tylko niewielkie zagajniczki czy zagłębienia wyrzeźbione przez rzeki. Ten brak dostatecznego ukrycia musiał w końcu wydać owoce, może też wreszcie wysłuchano jakiegoś Hanyu, lub zbyt wielu dostrzegło cień ogromnego jaszczura na tle nocnego nieba. Może jasno świecące Iber i Ubra zdradziły orszak maszerujący przez pola, a może, pomimo lekkiego kroku, dostrzeżono ich ślady w rozmiękłej po deszczu glebie? Dość, że idący przodem i sprawdzający potencjalne drogi Raika i Sai zauważyli rzucane im podejrzliwe spojrzenia. W wioskach nie wybiegały już do nich dzieci, szarpiące za skórzane bluzy, chłopi nie poklepywali ich po ramionach, prosząc na poczęstunek i kufel piwa. Zamiast tego byli mierzeni zimnym wzrokiem, farmerzy popatrywali za ich plecy, jakby oczekując tam jakiegoś licha, a ciekawskie kobiety chowały się natychmiast za zasłonkami, gdy spojrzeli na twarz w oknie. Byli już naprawdę blisko celu, gdy dwójka "kartografów" napotkała w wiosce na nie skrywaną wrogość. Chłopi nie chcieli mówić z nimi o okolicznych szlakach, nie odpowiadali uśmiechem na rzucane przez Saia żarciki, problemy wynikły także przy zakupie żywności. - A na co to dwójce wędrowców taka ilość pożywienia, hę? - spytał zarządca spichlerza, ujmując się pod boki, ani się nie oglądając na złote monety, które wyciągała do niego dziewczyna. I tu już rzeczywiście się zaniepokoili - gdy nie działał poblask żółtego metalu, mało innych rzeczy mogło przynieść efekt. - Mamy jeszcze kilkoro towarzyszy poza osadą - bąknął pół-Avreg, licząc na to, że zaspokoi ciekawość mężczyzny. Ten poruszył jednak tylko wąsami pod czerwonym nosem o kształcie nieforemnego kartofla i zamrugał zwężonymi nagle oczami. - Towarzyszy, mówicie? - klasnął dłonią w dłoń, jakby udał mu się świetny dowcip. - Prosim ich zatem pod strzechy, niechże się pokażą! - Pozostawiliśmy ich chorymi - uprzedziła przyjaciela Raika, wciskając w niechętną dłoń pieniądze. - Nie trzeba, by zaraza przeszła na mieszkańców tej wsi. Daj nam jedzenie i odejdziemy, nie niepokojąc was więcej. Chłop, popatrując jeszcze spod oka, powolnym gestem przeliczył monety, westchnął i nakazał wydać obcym zamówione bochny chleba, kilka osełek masła, krążki sera i butelki wina. Gdy jednak Raika i Sai pakowali zapasy do plecaków i toreb, stanął nad nimi znowu, przysłaniając słońce swym wcale niemałym brzuchem. - Lepiej dla was, byście tu nie wracali - rzekł, niby to z troską o ich głowy. - I żeby plotka nie okazała się prawdą. - O czym mówicie, panie? - dziewczyna podniosła głowę znad zaciąganych skórzanych pasków. - Nigdy wcześniej nasza noga nie postała w okolicy, jakim cudem miałyby się zrodzić dotyczące nas plotki? Co to za fama? Chłop zaśmiał się nerwowo, unikając ich wzroku, potem odchrząknął i potoczył spojrzeniem ponad laskiem, podchodzącym z jednej strony pod osadę. - Wędrujący nieduży, ciemny człowieczek, a z nim piękna dziewczyna o włosach jak słoneczne promienie... Mówią, żeście zwiastunami nieszczęścia, że w ślad za wami nadchodzą potwory, ogień i pożoga. Powiadają, żeście sprowadzili na świat demony, które idą za wami. My tutaj nie boimy się czarów! - zacisnął rękę w pięść, potrząsnął nią przed nosami zaskoczonej dwójki. - Jeśli będzie trzeba, przegonimy wasze demony, a was oboje obedrzemy ze skór i rozwiesimy na płotach! Znikajcie teraz i niech was więcej nie widzę! Nie marudzili też ani chwili dłużej. - Niedobrze - rzekł Sai, ledwo odeszli na taką odległość, że żadne ciekawskie ucho nie mogło ich usłyszeć. - Ale wiesz, sądzę, że nie trzeba niepokoić tym naszych przyjaciół. Za jakiś pięć, sześć dni staniemy u wrót Teers Haen, a Inoshi i Kayuu mają już dość zmartwień na głowie. - Tak myślisz? - Raika obejrzała się jeszcze na chaty. - Ja też nie chcę dodawać im trosk, ale ten chłop wyglądał na zdeterminowanego. Może lepiej, żeby jednak delikatnie ostrzec Idara Denno? - Przypominam ci, że im grożono jedynie przepędzeniem. - twarz pół-Avrega rozjaśnił uśmieszek, tak dla niego charakterystyczny. - To nam proponowano, byśmy ozdobili płoty. Dziewczyna uśmiechnęła się również i nie oponowała dłużej. Idąc, zapatrzyła się w tarczę słońca, schodzącą coraz niżej nad lasek. Kiedy tylko zapadnie zmrok, Dzieci Zmierzchu ruszą z niebezpiecznego miejsca i, jeśli nadal będzie sprzyjało im szczęście, rzeczywiście nie minie tydzień, a znajdą się w Teers Haen. Lekkomyślnością jest jednak zbyt długo polegać na kredycie szczęścia. Los jest surowym bankiem, który zwykł w końcu ściągać swoje należności. Tak też było i tym razem. Raika i Sai wrócili do obozu Idara Denno i przekazali informacje o dalszym szlaku, nie wspominając słowem o groźbach, jakie ku nim skierowano. Słońce skryło się za koronami drzew, a zagajniczek począł powoli pogrążać się w półmroku. Dzieci Zmierzchu szykowały się do kolejnej nocnej wędrówki, budzono śpiące za dnia smoki, ładowano prowiant w torby przy siodłach, ustawiano się powoli w kolumnę. I właśnie w chwili, gdy ostatni jasny promień zgasł na horyzoncie i drużyna miała wyruszyć pod osłoną szybko nadciągającego mroku, lasek napełnił się krzykiem i wściekłym wyciem. - Shime... - Sai spojrzał z desperacją na Raikę, domyślając się dalszego przebiegu wydarzeń. - Shime! Spomiędzy drzew wypadli tymczasem mężczyźni uzbrojeni w siekiery i widły. Ledwie co dziesiąty miał w rękach coś, co można by uznać za prawdziwą broń - nabijaną kolcami maczugę czy pogięty mieczyk. Nie uzbrojenie powodowało jednak, że byli niebezpieczni, a wpływ, jaki mieli na krew Idara Denno. Blondwłosa wojowniczka, która była już wcześniej świadkiem szału Dziecka Zmierzchu, z jękiem potoczyła wzrokiem po zaciętych twarzach wieśniaków. Następnie, z sercem w gardle, niemal słysząc jego paniczne dudnienie, obróciła oczy za siebie, ku gromadzie towarzyszy. Widok zmroził jej krew w żyłach bardziej jeszcze niż wyzywające pohukiwania zgromadzonych chłopów. Siedemdziesięciu Idara Denno zmieniało się z minuty na minutę, niektórzy przechodzili metamorfozę wręcz w przeciągu sekund. Rysy twarzy wykrzywiała wściekłość i żądza krwi, półmrok napełniał się groźnymi rozbłyskami różnokolorowych oczu, kilkoro Dzieci Zmierzchu obnażyło ostre kły i powarkiwało niczym wilki. Inni próbowali się opierać, zginali się wpół i chwytali za głowy, odcinając się od powodujących gorączkę sygnałów. Jednak nawet wtedy, gdy nie widzieli i nie słyszeli nacierających, lasek napełnił się wszak już zapachem złości, niezdrowym podnieceniem dziesiątek ludzi i aurą wyzwania do walki. - Święte światło Ibera, zgaśnij! - wyszeptał zbielałymi wargami stojący obok Sai. - Niech tego nie oglądam! Raika nie odpowiedziała. Jęknęła tylko, gdy jej oczy napotkały wzrok Inoshi'ego, stojącego na tyłach grupy Idara Denno. Jego twarz zmieniała się w przerażającą maskę, dłonie o długich palcach konwulsyjnie ściskały skronie a w błagających o pomoc oczach zamierała już resztka czerni. Moment później wysoki wojownik nie patrzył już w jej kierunku, jego zimne, szmaragdowe spojrzenie ześlizgnęło się obojętnie z jej postaci i skierowało ku zbieraninie uzbrojonej w prymitywny oręż. Wieśniacy stracili pewność siebie już na dobrą chwilę przed kontratakiem ze strony osaczonych. Ten i ów opuścił wzniesione widły i cofał się ostrożnie pomiędzy drzewa. Niestety, nic nie mogło już powstrzymać smoczego dziedzictwa, które rozgorzało ogniem w ciałach Dzieci Zmierzchu. Chłodne powietrze wiosennego wieczoru przeszyły najpierw pojedyncze zgrzytające wrzaski skrzydlatych jaszczurów, potem krzyki ich oszalałych z wściekłości jeźdźców, w końcu przerażone pojękiwania cofającego się chłopstwa. Idara Denno rzucili się do walki. W tej chwili również ci, którzy tak bardzo starali się opanować żądzę krwi, musieli się poddać. Właśnie na taką ewentualność większa część z nich maszerowała bez broni, jednak w tej chwili to wydawało się nie mieć znaczenia. Dopadli struchlałych z przerażenia chłopów i zaczęli szarpać ich gołymi dłońmi, nie zważając na z rzadka zadawane ciosy siekier czy obuchów. Dziewczyna zacisnęła powieki na dźwięk przeraźliwych, pełnych bólu wrzasków, które napełniły zagajnik. Choć od lat ćwiczyła się w walce i nie trwożył jej już dawno widok krwi, ta masakra przewyższała wszystko, czego dotychczas była świadkiem. Dzieci Zmierzchu krzyczały niczym dzikie koty i niemal rozdzierały przeciwników na strzępy, a smoki zatapiały kły w skrwawionych trupach. Jak to możliwe, że ci bezwzględni mordercy bez cienia litości to te same osoby, które żartowały i bawiły się z nią w Stinas Teresse, pokrytym roślinnymi motywami rzeźbień? Gdzie podziała się teraz ich elegancja i dworne maniery? - Raika! - Sai przerwał jej gorączkowe rozmyślania, szarpiąc za rękaw bluzy. - Niech to pioruny potrzaskają i spalą, oni cofają się do wsi! Będzie rzeź, jak babunię swą bliżej nieznaną kocham! Jakoż i rzeczywiście niedobitki chłopstwa skierowały się na powrót do osady, a czarnoskórzy oprawcy podążyli w ich ślady, kierowani tylko i wyłącznie nienasyconym pragnieniem mordu. Biada wam, samozwańczy pogromcy demonów! - Będą zabijać, póki nie przeleje się krew ostatniego żywego! - wysapała Raika w pogoni za bitewnym zgiełkiem. Krzyki oddalały się szybko, wieśniakom sił dodawało przerażenie, Dzieciom Zmierzchu - ich obłąkana chęć mordowania. - O ile poprzestaną na tym! - Sai dzielnie próbował dotrzymać jej kroku, ale krótsze nogi nie pozwalały mu rozwinąć prędkości, raz po raz potykał się też na wystających korzeniach, co kwitował coraz kwiecistszymi przekleństwami w języku Avregów. Raika musiała zostawić go w tyle. Wbiegła w końcu pomiędzy zabudowania, a widok zmroził jej krew w żyłach i pokrył ramiona gęsią skórką. Szybko nadciągający wczesnowiosenny zmierzch nie ukrywał przed jej oczami scen dalszej masakry. Idara Denno, wpadłszy pomiędzy chaty, zaczęli wyciągać, czy może wyszarpywać z domów kolejne ofiary. Szczęściem chłopi okazali się na tyle rozsądni, by wcześniej posłać kobiety i dzieci do sąsiedniej wsi, toteż rzeź nie osiągnęła takich rozmiarów, jakie wyobrażała sobie przerażona dziewczyna. I tak jednak działy się rzeczy straszne! Pod jej nogi padały kolejne skrwawione trupy, nadal ściskające w dłoniach topory i liche mieczyki, podrygujące jeszcze w agonalnych drgawkach, toczące z ust różowo-czerwoną pianę. Dzieciom Zmierzchu każda śmierć dodawała wściekłości i popychała do kolejnego mordu. Któryś z białowłosych chwycił płonącą pochodnię zatkniętą na palu dla światła we wsi i rzucił na dach jednej z chałup. Inni poszli w jego ślady i wkrótce wiosenną noc rozświetliły upiorne rozbłyski czerwonego ognia, trawiącego dobytek całych żywotów. Blondwłosa dziewczyna stała w osłupieniu. Opuściła ramiona wzdłuż tułowia, mogąc tylko bezsilnie patrzeć na zagładę wioski, a wokół niej trzaskały żarłoczne płomienie. I właśnie do tej apatycznie przyglądającej się masakrze Raiki dobiegł w końcu Sai. Oddychał głęboko, nie wiadomo - bardziej ze zmęczenia, czy z przerażenia sytuacją. - Co oni robią? - jęknął niemal bezgłośnie. - Raika, dlaczego oni nie przestaną? Na to pytanie nie dało się jednak odpowiedzieć. Stali zatem oboje, bezczynnie, bezradnie, a wokół huczały płomienie i krzyczeli Idara Denno. - Nie! - zawołał w pewnym momencie pół-Avreg, dostrzegając…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%