Psychologia · 8 min czytania
Kundel
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
KUNDEL
Była zimna, jesienna noc, której w końcu ustąpił miejsce dłużący się w nieskończoność, melancholijny wieczór. Spokojnym krokiem podszedłem do okna i przez zszarzałe od starości firany zacząłem wpatrywać się w niebo. Wzrok zawiesiłem na księżycu, który swym pełnym obliczem świecił do tego stopnia, że oślepiał me przyzwyczajone do zmroku oczy. Rozpustnie wpatrywałem się w sam jego środek, zmuszony blaskiem do przymykania co chwile powiek. Mrugałem oczami jakbym nie zdawał sobie sprawy z konsekwencji jakie mnie dosięgały, jakbym nie był świadom, że za każdym razem gdy na ułamek sekundy otwieram oczy na ciemność, gubi się we mnie jakieś wspomnienie i ulatuje cząstka życia. Lubiłem zmagać się z majestatem księżyca próbując wzrokiem zatrzymać jego krótką wędrówkę na niebie, mimo tego, że doskonale zdawałem sobie sprawę, iż w tej konfrontacji zawsze pozostanę przegranym. Długo sterczałem przy oknie przygnieciony srebrnym blaskiem, rozkoszując się gdy ciemne chmury powoli go zakrywały. Odnajdywałem wtedy pocieszenie w myślach, że tak jak ja nie jestem w stanie zatrzymać życia wyciekającego ze mnie z każdą płynącą minutą, tak księżyc nie jest w stanie oprzeć się ciemnym chmurom oplatającym go z wolna, aż całkowicie zniknie w ciemnościach. Ogarnęło mnie wtedy uczucie spokoju, wywołane myślą, że nawet potężny księżyc nie potrafi uciec od swego przeznaczenia. W całkowitych ciemnościach otaczającej mnie, wciąż tej samej, rzeczywistości próbowałem wyjrzeć gdziekolwiek dalej. Ujrzeć cokolwiek innego niż to, co spotykam co noc w mym oknie w nadziei, że dojrzę coś, co mogłoby mnie zainspirować, natchnąć mnie nadzieją, zmusić mnie do życia. Lecz świadomość, iż z parteru dziesięcio piętrowego bloku, otoczonego ciasnym pierścieniem bliźniaczych mu szkarad, nie jestem w stanie dostrzec żadnej nowości, poza podobnie zmieniającymi się kodami zapalanych, palących się i nagle gasnących kwadratowych świateł, stłamsiła we mnie nadzieje. Nie mogłem pogodzić się z tą, tak głęboko zakorzenioną w mej świadomości, myślą i postanowiłem odwiedzić świat, który zdążył się wypalić i przywitać ten, na którym się jeszcze nie zawiodłem. Nie śpiesząc się założyłem szary, sięgający po same kostki płaszcz i przełożyłem przez szyje długi, kruczo czarny szal. Ów szal był tak długi, że choć opleciony wokół mej szyi, zwisał bezwiednie do samej podłogi wiec chwyciłem jego oba końce w dłonie i włożyłem do kieszeni, jak to zazwyczaj robiłem. Wychodząc dokładnie zamknąłem pierwsze, potem drugie drzwi wejściowe, po czym nie próbując włączyć i tak nie działającego światła na klatce, zszedłem po stromych schodach i wyszedłem z budynku. Stanąłem przed wielkim szarym, blokiem, który zlewając się z czarnym niebem zdawał się ogromny. Obróciłem się w lewą, potem w prawą stronę by popaść jeszcze bardziej w przygnębienie na widok ciągnących się w szeregu, dokładnie ponumerowanych klatek, których jedyną rzeczą odróżniającą je od siebie była umieszczona nad drzwiami tablica z literą. Obróciłem się jeszcze by spojrzeć na literę widniejącą na mej klatce z trudem wyczytując, z pod dewastowanej, metalowej tabliczki literę „n” i poszedłem przed siebie. Poruszałem się spokojnym krokiem, nie rozglądając się po dobrze mi znanej okolicy, lecz wraz z oddalaniem się od domu, ze pewnego tempa przechodziłem w coraz to szybsze-szarpane. Z każdą nową, bardziej obco wyglądającą od poprzedniej uliczką, których ciemność coraz bardziej ciążyła na mym spokoju, wciskałem głęboko w kieszenie dłonie z mocno zaciśniętymi w nich końcami szala. Będąc dziwnie spiętym przyciskałem łokcie do żeber i kuliłem się sprawiając wrażenie zziębniętego. Owo narastające we mnie uczucie,…