Filozofia · 13 min czytania
Kurtka
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Słoneczne popołudnie końcówki stycznia, okres w którym nikt już nie pamięta, że mamy nowy rok. Wszystko powszednieje, dzieci jakby nienasycone krótką przerwą świąteczną, z niecierpliwością oczekują ferii zimowych. Zapowiada się kolejny, nudny weekend. Jednym słowem - kicha.
Zamek szczęka, może klika, albo zgrzyta - tak naprawdę trudno określić, jednak łatwo usłyszeć ten dźwięk uszami duszy, w momencie, gdy oczyma tejże samej ujrzymy stary, zardzewiały bęben firmy Yeti, być może taki sprzed trzydziestu lat. Otwierają się idealnie dopasowane stylem do tegoż zamka drzwi. Zbutwiałe drzwi natomiast idealnie pasują do klatki schodowej, jak i całego, dawno nie remontowanego budynku. Tylko lokator, wyłaniający się zza drzwi, jakoś niezbyt do scenerii pasuje, jest młody, trzydziestoletni, i nie wymaga remontu.
Szczęko-klik powtarza się, gdyż lokator zamyka za sobą drzwi, w nadziei, że jego mieszkanie nie zostanie ograbione przez ludzi, którym wydaje się, iż jego sprzęty domowe będą bardziej przydatne im, niż jemu. Szczęko-klik powtarza się, raz, drugi, trzeci... zamek się przekręcił, ale w dalszym ciągu istnieje nadzieja, że w końcu przestanie szczęko-klikać i się zamknie. Po kilkudziesięciu sekundach nastąpił ostateczny i pełny szczęko-klik-zgrzyt i zamek istotnie się zamknął. A i drzwi teraz bez klucza otworzyć się nie da...
Lokator z racji tego, że dysponuje windą, wciska odpowiedni przycisk i naiwnie liczy, że winda zjedzie, albo wjedzie, w zależności od tego, gdzie była przed naciśnięciem guzika. Niezależnie jednak od jej pozycji winda nie nadjeżdża. Lokator czeka jeszcze chwilę, po raz pięć tysięcy trzysta dziewięćdziesiąty czwarty w swoim życiu czyta ostrzeżenie, że do windy może wchodzić maksymalnie pięć osób, a jeśli ktoś jest gruby, to cztery. Czyta też komentarz, który jakiś cwaniak markerem dopisał, że jeżeli wszyscy są grubi, to niech biegną schodami, na zdrowie im wyjdzie.
Lokator podejmuje ostatnią, heroiczną próbę przywołania windy za pomocą okrągłego guzika, następnie zrezygnowany postanawia zejść na dół przy użyciu schodów. Okazało się to słuszną decyzją, gdyż w drodze na dół, lokator znajduje leżące na ziemi, bezpańskie pięć złotych, które na pewno jest przestraszone, osamotnione, zmarznięte i głodne, więc należy je czym prędzej przygarnąć.
Piętro niżej na schodach lokator poznaje uroczą, dwudziestokilkuletnią lokatorkę. Nigdy wcześniej lokator nie miał okazji jej poznać, gdyż nigdy wcześniej winda się nie psuła, nikt nie musiał chodzić schodami, wszyscy byli szczęśliwi. Lokator zakochuje się w lokatorce od pierwszego wejrzenia. Lokatorka zakochuje się w lokatorze od pierwszego wejrzenia. Jakby to ujął wujek z ameryki: "iczaders fallnęli się w sobie in lav". Dzięki wcześniej znalezionej pięciozłotówce, lokator zaprasza lokatorkę na rozmówki - flircikówko - zalotki przy kawie w pobliskiej kawiarni.
Kawa szczęśliwym zbiegiem okoliczności kosztowała dwa pięćdziesiąt, więc lokator zadowolony ze stanu rzeczy siedzi i żywo konwersuje z lokatorką. Zakochanym po uszy czas przelatuje między nimi jak strzała, świata poza sobą nie widzą i wszystko wydaje się różowe. Niestety nadchodzi wieczór, czas kończyć, wraz z nadejściem wieczoru kawiarnia zmienia profil - dopasowuje się do klienta, zmieniając się w pijacką mordownię. W czasach kapitalizmu każdy radzi sobie jak może.
Lokator proponuje lokatorce, że odprowadzi ją do domu, gdyż mieszka w pobliżu. Wracają w euforii, trzymając się za ręce i szepcąc coraz to bardziej czułe słówka. Podchodzą pod drzwi mieszkania lokatorki, lokatorka wręcza lokatorowi swój numer telefonu, całują się nieśmiało i randka dobiega końca.
Część 22 / 2
Uszczęśliwiony lokator w stanie euforii wbiega dwa piętra do góry, w kierunku swego mieszkania. Kiedy stoi już pod drzwiami, dochodzi do autorefleksji, zaczyna zastanawiać się, w jakim celu, jeszcze przed obraniem nowego celu, opuścił swoje mieszkanie. Krew w żyłach mrozi lokatorowi fakt, że wyszedł z mieszkania w celu zakupu pieluszek jednorazowych. Jednorazowe pieluszki na drodze asocjacji myślowych przywodzą na plan pierwszy dzieci, dwójkę ślicznych bliźniaków jednojajowych. Bliźniaki przypominają o żonie i w tym momencie cały sens świata lega w gruzach.
Lokator w przypływie ogólnego kryzysu światopoglądu, oraz załamania nerwowego postanawia nie wracać na noc do domu. Jedyną możliwą opcją wydaje się lokatorowi powrót na miejsce przestępstwa. Do kawiarni, która aktualnie w godzinach nocnych robi za pijacką mordownię. Chodzi się tam za zwyczaj w jednym celu: aby urżnąć się niekulturalnie i jeszcze dostać po mordzie. Tak, aby wracając nad ranem do domu, swym podbitym okiem wzbudzić w żonie litość, tudzież współczucie. Lokator wraca więc schodami na dół, niestety tym razem nie odnajduje pięciozłotówki. Uznaje to za zły omen, ale podjął już decyzję i zamierza iść do baru.
Po drodze świat wydaje się zimny i okrutny. Przed totalnym załamaniem lokator próbuje się bronić wizją procentów alkoholowych, które już wkrótce zaczną uderzać do głowy, a wszystko zacznie mętnieć, w tym także problemy i bolączki. Serce się buntuje, bo już teraz wie, że będzie musiało zostać złamane, gdyż takie są prawa brutalnej, szarej rzeczywistości.
Lokator staje przed gmachem tego rozrywkowego kompleksu, idealnie przygotowanego do egzystowania w tak trudnych, obecnych czasach. Za dnia schronienie dla zakochanych, nocą przystanek dla złamanych serc.
Lokator wchodzi do środka, mruga powiekami próbując zaaklimatyzować się w nowej, tytoniowej atmosferze. Początkowo wszędobylny dym z papierosów piecze w oczy i utrudnia procesy oddychania, jednak już po kilku minutach lokator asymiluje się i zamawia pierwsze piwo.
Krótko mówiąc i nieowijając w eufemizmy - lokator jest urżnięty jak świnia. Wszystko zmętniało, zobojętniało... i jeszcze bardziej się pogmatwało. Uwaga została zwrócona na inne tory, mianowicie na samego lokatora. Lokator przestał odczuwać sens życia, co więcej silnie zaczął doskwierać mu jego bezsens. Lokator postanawia opuścić lokal.
W drodze powrotnej, lokator zatrzymuje się na moście. Spogląda w dół, w odmęty rzeki. Widzi zawirowania... Takie same, jak te, które targają jego duszą... To w jedną, to w drugą stronę. Czy dziecko, które