Pisarstwo · 21 min czytania
Kusalagupagup
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Raz. Dwa. Raz, raz, raz, raz. Wdech, uderzenie serca, wydech, uderzenie, wdech. Ciągle jeszcze ktoś się kręci, uwija. Ludzie krążą bezsensownie w napiętej atmosferze z drżącymi kolanami wmawiając sobie, że „wszystko będzie dobrze”. Każdą klamerkę sprawdzają po tysiąc razy. Nerwowo wygładzają niewidzialne zmarszczki materiału. Machinalnie zapinają sprzączki. Odchodzą dwa kroki. Stają – czy na pewno dobrze? Wracają, sprawdzają. Zapięte idealnie. I tak poprawiają. Wszystko musi być zapięte na ostatni guzik. Słabo mi. Chyba udziela mi się ich nastrój. Paranoja. Otrząsam się, chcę poczuć się swobodniej. Z każdej strony pokrzepiające dłonie, głosy, dźwięki. Wcale nie pokrzepiają. Cicho! Przez megafon słychać moje imię. Poczułem drgnięcie stojącej obok mnie Mari. Krótki całus w nos i wsiada na siodło. Czuję ją na grzbiecie. Ten dobrze znany ciężar pozwala mi się skupić. Nie oślepił mnie blask reflektorów, nie rozproszył głos komentatora. Przeszkody, piach, trybuny. Najpierw koło marszem, żeby się zaprezentować publiczności. Pewny siebie szept Mari : „Wyjdzie nam, Kusy.” Czas biegnie za szybko. Już ruszam truchtem, teraz galop. Najazd na pierwszą przeszkodę. Ściśnięcie boków – sygnał do skoku. Widzę, czuję, ufam, myślę. Przesadzam stacjonatę jednym susem. Parskam zadowolony. Rozluźniam się, teraz już wszystko będzie dobrze. Okser. Długi skok. Skręt w prawo, na mur. Skok. Kopyta wysoko. Lądowanie. Dobrze znany układ, tyle razy ćwiczony. Słucham uważnie poleceń Mari. Lewy bok, teraz w lewo. Trochę mocniej – przyspieszyć. Widzę dlaczego – trzy stacjonaty. Hop! Krótki krok i w górę! Wyżej nogi! Ledwo dotykam ziemię i mocne wybicie, szybki skok! Wyżej, jeszcze wyżej! Dobrze. Skupiam się mocniej. Uda się. Jestem pewien. Teraz to zauważam - wokoło panuje cisza. Tylko moje parskanie, oddech Mari i szuranie kopyt po piasku. O... oh. Zakręciło mi się w głowie. Prawie niezauważalnie stanąłem mocniej na prawej nodze. Dalej, skok przez kopertę. Znowu to samo. Świat zamigotał jaskrawymi barwami. Zamykam oczy na ułamek sekundy. Nie teraz! Na pewno nie zawiodę. Mari myśli, że to moje fanaberie. Ściska mocniej, siada jeszcze głębiej. Otwieram oczy i nagle tuż przede mną wyrasta przeszkoda! W głowie zaszumiało a serce przebiła chłodna igła. Chcę się zatrzymać i jednocześnie skoczyć. Wyrzuciłem nogi do przodu i wpadam z rozpędu na drewniane belki. Miotam się szaleńczo, usiłuję wstać. Nie da się. Tracę przytomność. Przepraszam, Mari. Boli. * Czarny mercedes z piskiem opon zajechał przed dom. -Popisy. - Mruknął przysadzisty mężczyzna siedzący na miejscu pasażera i ścisnął mocniej trzymaną na kolanach ciemną teczkę. -Oh, no wiesz Stanley! - Udał oburzenie kierowca i dodał z szyderczym uśmieszkiem, dzwoniąc wysoko kluczykami: - Ale to ja mam prawko. Pierwszy nic nie odpowiedział, tylko wywrócił wymownie oczami. Gdy obaj wysiedli z auta, można było zauważyć ogrom różnic panujących pomiędzy nimi. Dystyngowany kierowca miał smagłą, pociągłą twarz zakończoną ostrą kozią bródką i był tak długi, że nie można się było nadziwić, jakim cudem zmieścił się on do samochodu. Nosił elegancki, prążkowany garnitur, wysoki czarny cylinder i wypastowane buty bez ani jednej plamki. Prezentował się dostojnie i wyniośle niczym jeden z tych staroświeckich dżentelmenów przedstawianych w czarno-białych filmach. Drugi natomiast, zwany Stanley'em, był niskiego wzrostu człowieczkiem o wiecznie spoconej, pulchnej twarzy. Czerwone policzki prawie całkowicie zasłaniały niewielkie oczka o świdrującym spojrzeniu. Jego chód przypominał dreptanie kaczki, a za mały surdut opinał się na jego wysuniętym daleko w przód, potężnym brzuchu. Za nimi znajdowała się stajnia, oni natomiast ruszyli w kierunku niewielkiego domu. Wysoki elegant wszedł pajęczymi nogami po schodach i podkręcając sobie szarmancko wąsa, wcisnął krótko dzwonek. Za nim doczłapał, stękając i dysząc z wycieńczenia, pulchny jegomość. Stanął i oddychając ciężko wyjął jedwabną haftowaną chusteczkę i otarł sobie z potu purpurowe czoło. Drzwi otworzyła im młoda, około dwudziestoletnia, krótko ostrzyżona blondynka. Workowaty podkoszulek włożony był niedbale w krótkie, kratkowane spodenki. Jedna szelka zwisała smętnie z ramienia. W ustach trzymała niedopałek papierosa a pod oczami miała sine cienie. Na jedną gołą nogę włożyła duży, ciężki bucior, podziurawiony bezlitośnie przez ząb czasu, a drugą zdobił jasnoniebieski, puchaty kapciuszek z pluszowym pomponem na czubku. Dziewczyna opierała się przedramieniem o framugę i marszcząc brwi spojrzała badawczo na przybyłych. -Słucham. -Nie było to pytanie, raczej stwierdzenie, i zostało wypowiedziane z takim wstrętem jak najgorsze, najbardziej plugawe przekleństwo. -Pozwoli pani, że się przedstawię. -Zaczął „pajęczak” zdejmując cylinder i kłaniając się zamaszyście. - Ja nazywam się Gallant Tyka a to mój współpracownik, S. Chabb. Jesteśmy przedstawicielami... -Niczego nie kupuję. -Ucięła dziewczyna tonem tak jadowitym, że kwas skapujący z jej słów przepaliłby blat stołu kuchennego, następnie podłogę, piwnicę i wtopiłby się tak głęboko w glebę, że dotarłby do jądra ziemi. Już zamierzała zatrzasnąć im drzwi przed nosem, gdy Chabb zablokował je zręcznie, odzianą w wypolerowany trzewiczek, stopą. -Droga pani, my niczego nie sprzedajemy. -Rzekł gardłowo Stanley. - Sugeruję więc, żeby szanowna pani zechciała zabrać swoją zacną rączkę z tej klamki i wpuścić nas do środka, gdyż moim skromnym zdaniem chciałaby pani z pewnością wysłuchać tego, co mamy do powiedzenia. Poza tym, jeżeli zmiażdży mi pani stopę, mogę panią pociągnąć do sądu o naumyślne uszkodzenie ciała. - Dodał przesadnie, tonem znawcy. Dziewczyna spojrzała na niego spod byka i zmarszczyła nieufnie nos. Otwarła drzwi, niedbałym gestem zapraszając gości do środka. -Tylko proszę zdjąć buty! * Ta kępka trawy wygląda zdecydowanie zachęcająco. Zrobił krok w prawo by spojrzeć na nią z innej perspektywy. Tak, zdecydowanie prezentuje się całkiem nieźle. Obszedł ją jeszcze dwa razy, by mieć pewność, że jest odpowiednia. Schylił się by ją ugryźć, gdy tuż przed jego pyskiem wylądowały ciężko czyjeś kopyta. Uniósł głowę i ujrzał kasztanowego ogiera grzebiącego zawzięcie w jego posiłku. -Figo, czy możesz mi wytłumaczyć, co ty wyprawiasz? -zapytał sceptycznie i zmrużył oczy. -Nic takiego, nie przeszkadzaj sobie. - odparł koń nazwany Figiem, nie zaprzestając szaleńczego skakania po smakowitej koniczynie. Z nastroszonym ogonem i rozszerzonymi chrapami raz po raz kopał w trawę, parskając i rżąc co chwila. Gdy murawa była już całkowicie zorana i zmieszana z ziemią, stanął z boku patrząc dumnie na swoje dzieło. Zerknął na stojącego obok konia. -No, i co o tym sądzisz? -O czym? - zapytał tamten. -No... O tym! Widziałem jak to wstrętne zielsko blokuje ci drogę i postanowiłem ci pomóc, żebyś nie musiał iść na około. - Figo był z siebie ogromnie zadowolony, jakby właśnie dokonał jakiegoś wspaniałego czynu. Kary ogier zapatrzył się na kasztana zastanawiając się, czy on tylko udaje idiotę by go zdenerwować i czy byłoby wielką niesprawiedliwością dziabnąć go w ucho. Nie miał okazji by się dłużej nad tym zastanowić, bo rudzielec zaczął się użalać: -Wiesz co, Kusy, zawsze taki jesteś! Zero wdzięczności! Mógłbyś raz na jakiś czas powiedzieć „dziękuję” gdy zrobię coś dla ciebie, albo czasem spytać, czy nie wyskoczyłbym na siano. Ale nie, bo ty zawsze jesteś najważniejszy! A możesz mi naskoczyć, panie skoczek! -Właśnie zdeptałeś mój obiad, Figaro. - Powiedział dosadnie kary, jakby tłumaczył coś wyjątkowo mało lotnemu źrebakowi. -O, widzisz? Znowu to samo. „Zdeptałeś mój obiad, Figaroo!” -powiedział zarzucając zabawnie zadem i naśladując Kusego. - Fle, fle, fle, ble, ble, ble... Wiesz co ci powiem? Zachowujesz się jak kucyk! Nawet nie potrafisz przyznać się do błędu! -Figo, Figo! Już, uspokój się i zacznij oddychać, bo bez tlenu długo nie pociągniesz. Jeżeli cię to uszczęśliwi, to mogę cię poznać z tą siwą klaczą z sąsiedniego pastwiska. Figaro od razu się rozpogodził. Przeszedł obok ogiera i nieudolnie starając się ukryć swoją radość odparł: -No, ostatecznie niech ci będzie. Przeprosiny przyjęte. -To co, idziemy na siano? -zapytał Kusy popychając kasztanka zaczepnie bokiem. -I na owies! - przytaknął ochoczo Figo. Dwa konie, jeden potężny i czarny oraz drugi, miedziany chuderlak o kościstych kolanach, pocwałowali po padoku rżąc radośnie w niby – gonitwie. * Długi, ostry gwizd przeciął wieczorne powietrze. Słońce chyliło się ku zachodowi, mieniąc się ciepłymi barwami nadchodzącego lata. Dwa ogiery nastawiły uszy nasłuchując. Gwizd dobiegł od ogrodzenia, od strony stajni. Oba poznały ten dźwięk. To wołała ich Mari – ich właścicielka. Ruszyli galopem w stronę ogrodzenia. Gdy dobiegli parskając pokazowo, blondynka doskoczyła do obu i obsypała ich całusami w nos, policzki i szyję. Z jej oczu ciurkiem spływały łzy, a na ustach malował się ogromny uśmiech. Nieco zdezorientowane, mimo, że niepomiernie zadowolone, konie stały rżąc cichutko z zadowolenia. Szeptała ciągle do ich uszu: -Jedziemy, Kus-kus, jedziemy! Do Anglii. Rozumiecie to? Cud, po prostu cud! Nic z jej gadaniny co prawda nie zrozumieli, jednak już od następnego dnia dało się odczuć, że coś się zmieniło. * Mercedes odjechał sprzed domu. Dwaj mężczyźni siedzieli w milczeniu. Ciszę przerwał Stanley. -Mimo wszystko, muszę ci powiedzieć, że nigdy bym się sam z siebie nie domyślił, że taka niepozorna osóbka ma za sobą takie osiągnięcia. -Oh, no wiesz, Stan! -żachnął się Gallant. - Też nie prezentowałbyś się szczególnie wyjściowo w kraciastych portkach na szelkach i papciu z pomponem. Mężczyźni się roześmiali, po czym Tyka ciągnął dalej. -Ah, jak ona się ucieszyła gdy się dowiedziała, że jedzie na olimpiadę... - rzekł wspominając jej niepohamowany wybuch radości. -Cóż, niecodziennie zdarza się taka szansa. -Odparł Chabb wzruszając ramionami. -Dobrze wiesz, o czym mówię. * Oni może i wiedzą, ale specjalnie dla Ciebie, drogi czytelniku, załączę tu krótki opis całego zajścia, które miało miejsce po wkroczeniu dwóch…