Fantasy · 39 min czytania
Kuźnia Gniewu
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 5
Kuźnia Gniewu
Autor: Damian Bartosik © 2003
Dwa stulecia temu krasnoludzki kowal Durgeddin Czarny wybudował tajemną twierdzę w jaskiniach pod wzgórzem znanym jako Kamienny Kieł. Bezustannie pracując w korytarzach pod górą, klan Durgeddina wykuwał zaczarowaną broń, by użyć jej w zemście przeciwko orkom. Około stu pięćdziesięciu lat temu horda dzikich orków i trolli wypędziła Durgeddina z ojczyzny. Najeźdźcy splądrowali jego rodzinne jaskinie i zabili wszystkich jeńców. Durgeddin uciekł swym prześladowcom i poprowadził ocalałych członków klanu w poszukiwaniu nowej siedziby. Po latach wędrówek krasnoludy odkryły system wielkich jaskiń pod Kamiennym Kłem, poszarpanym, zalesionym wzgórzem, zakończonym skalną granią. Tam Durgeddin i jego zwolennicy założyli ukrytą twierdzę Khundrukar – Lśniącą Przełęcz. Mniej więcej sto lat temu jeden z członków klanu Durgeddina został schwytany przez orków i ich potężne plemię poznało tajemnicę twierdzy wrogów. Wodzowie orków stworzyli wielką armię i ruszyli na Khundrukar. Po miesiącach ciężkich walk i oblężenia fortecy orkowie podkopali się zza linię obrony krasnoludów i wtargnęli do środka, zabijając wszystkich. Potwory opuściły fortecę wywożąc furgony łupów. W latach po wielkiej bitwie Lśniącą Przełęcz zajmowały różne bandy goblinów i orków, które wykorzystywały ją jako bazę dla swoich rozbójniczych wypadów. Innym razem jaskinie były zupełnie puste, jeśli nie liczyć bezrozumnych i krwiożerczych potworów, które je czasem nawiedzały. Do dzisiaj na ziemiach otaczających Kamienny Kieł krążą legendy o zemście Durgeddina, Wojnie Kowala i niezwykłych mieczach wykuwanych w gniewie.
Ten dzień nie należał do najprzyjemniejszych. Za oknem padał deszcz, a jego pojedyncze krople wpadały do pokoju Ajamisa. I te właśnie krople go obudziły. Ajamis był synem Maldgaura, najbardziej mężnego wojownika Blasingdell. Jego marzeniem było pójść w ślady ojca, jednak matka się na to nie zgadzała - myślała, że cały czas ma w domu potulnego dzieciaczka. Ajamis obudził Helgarda (swego przyjaciela)
- Co chcesz? Po co mnie budzisz w środku nocy? – spytał - Środek nocy? Za oknem świeci już słońce. – gdy to powiedział, Helgard spojrzał w okno i kiwnął potwierdzająco głową - Rzeczywiście. Idziemy do baru? - Kufel miodu jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodził!
Ajamis wraz z Helgardem udali się do baru „Blasingdell”. Była to jedyna możliwość rozerwania się w Blasingdell, nie licząc oczywiście corocznego jarmarku na północ od osady. Swego czasu w tej tawernie był Volo, znany poszukiwacz przygód. Zrobił dużą furorę, jednak odjechał, nie żegnając się nawet z burmistrzem. Zatułaczył się tutaj, bo chciał oczyścić ze zła pobliską kopalnię, jednak był zdrowo nie na czasie, ponieważ ponad miesiąc temu problem ten zlikwidował niejaki Abdel Adrian wraz z drużyną. O nim też ostatnio głośno było na Wybrzeżu Mieczy. Wraz z kompanami przychylił się walnie do upadku tajnej organizacji zwanej Żelaznym Tronem.
Ajamis wraz z towarzyszem zajęli miejsce przy ladzie, by jak zwykle zamienić kilka słów z karczmarzem.
Część 22 / 5
- Witajcie, chłopcy! Dawno Was tu nie widziałem – karczmarz mówił bardzo słabym i cichym głosem, w końcu skończył już 321 lat i jego krasnoludzkie zmysły wyraźnie się przytępiły. – przyszliście odwiedzić starego Mirttuka? - Owszem, ale nie pogardzimy kuflem miodu. - Miodu! – krzyknął karczmarz do swego sługi. - Słyszeliście chłopcy o Kuźni Gniewu w Khundrukar? Podobno dzieją się tam dziwne rzeczy. Już od dawna miejsce to jest nawiedzane przez okoliczne potwory, a naszemu burmistrzowi chce się tam osiedlić, he he, ale heca, co? – Ajamis spojrzał na Helgarda z niedowierzaniem i spytał karczmarza - Jak to? My, ludzie z Blasingdell w Kuźni Gniewu? Byłoby dobrze, gdybyśmy się tam osiedlili, ale kto oczyści ją z potworów i demonów? – spytał Helgard - Burmistrz Berrun już o to zadbał. – zapewnił karczmarz – wysłał w tamte rejony ponad 100 żołnierzy. - Postradał zmysły... przecież nasze wojsko liczy tylko 400 żołnierzy, toż to cała ćwierć ma iść na pewną śmierć? - Niby czemu na śmierć? Może im się uda! - Nie Mirttuku. Na pewno im się nie uda. Helgardzie! Jeszcze dziś musimy się spakować i wyruszyć pod Kuźnię Gniewu. Pomożemy naszym! Ku chwale Amn! - Czyś ty oszalał, chłopcze? Przecież ty ledwo miecz potrafisz utrzymać w dwóch rękach a pchasz się pod tak trudne zadanie! Możesz zginąć... - Prędzej czy później i tak bym zginął. Przecież każdy ma w sobie taką chęć, choćby nie wiem jak małą, żeby się wykazać. A ja się nauczę władać mieczem, Helgard też i wyruszymy na pomoc naszym. – oznajmił Ajamis - Wasza sprawa... – równo ze słowami karczmarza do rąk Ajamisa i Helgarda przywędrowały kufle z miodem. Helgard wypił cały kufel w przeciągu niecałych dziesięciu sekund. – Masz chłopie zapęd – powiedział ironicznie karczmarz
Obydwoje wypili kufle do końca i pożegnawszy się z Mirttukiem wyszli za karczmy.
- Ajamisie, jesteś pewien co do tej wyprawy? – spytał Helgard - No oczywiście! - Na moje oko jesteś zbyt pewny siebie. Ale jeśli tak bardzo chcesz iść, to grzechem byłoby dla mnie nie towarzyszyć Ci w podróży. - Jeśli nie chcesz, nie musisz jechać. Ja Cię do niczego nie zmuszam. - Jadę z Tobą. Tyle że musimy to zrobić szybko. Załatw w mig pancerze, tarcze, hełmy i miecze, a ja zajmę się końmi.
Po chwili ponownie spotkali się w tym samym miejscu, Ajamis ciągnął za sobą pancerze, a Helgard swobodnie prowadził dwa duże, śniade rumaki. Obydwoje założyli na siebie zbroje, a były one bardzo lekkie, bo zrobione z ankhegów. Ankhegi to duże stwory, przypominające troszkę wiwernę, a trochę ślimaka. Mają bardzo solidny pancerz i niełatwo je zabić, jednak ojciec Ajamisa, za swego młodu zrobił to wraz ze swoimi kompanami. Następnie założyli na głowy hełmy i wsunęli tarcze w pas obok siodła. Pochowali miecze do pochew i wsiedli na konie. Mieli szczęście, że ulice były puste, a to za sprawą ciągle padającego deszczu. Kto zresztą wychodziłby z domu, kiedy to za oknem deszcz leje się litrami? Nic nikomu nie powiedziawszy podjechali pod bramę miasta, a tam zatrzymał ich klucznik, Ruhh.
- Mości Ajamisie, gdzie się wybieracie? – spytał - Ruhh, jedziemy w kierunku Khundrukar. Wspomożemy naszych żołnierzy w walce o Kuźnię Gniewu. - Co? I tak po prostu wyjeżdżacie, nikomu nic nie mówiąc? - Jak dotąd tylko ty o tym wiesz. Wybacz, nie mamy czasu zaraz przestanie padać i zobaczą nas ludzie, a tego chcemy uniknąć. - Dobrze. I niech Helm ma Was w swojej opiece. I co ja powiem Waszym rodzicom!?
Powiedziawszy to Ruhh otworzył bramę, po czym Ajamis i Helgard natychmiast wyjechali. Rzeczywiście, zgodnie z zapowiedzią Ajamisa, po kilku minutach przestało padać i na widnokręgu pojawiło się słońce. Obydwoje dobrze znali drogę do Khundrukar. Wprawdzie nigdy tam jeszcze nie byli, jednakże Mirttuk zawsze snuł im niestworzone opowieści o Durgeddinie, odważnym krasnoludzie. Wraz z każdym przejechanym calem robiło się coraz ciemniej, aż spośród drzew wyjechali na kolistą wolną przestrzeń. Nad sobą zobaczyli ciemne niebo. Liście drzew splotły się w zbitą ścianę; pośrodku rosła trawa oraz rośliny typowe dla łąk: trawa, pokrzywy, mlecze. Miejsce było ponure, ale i tak wydawało się przytulne w porównaniu z lasami, które kilka chwil temu minęli. Od Kuźni Gniewu dzieliło ich zaledwie 9 godzin drogi, (była ona położona 2 dni wędrówki od Blassingdell). W oddali widzieli już trzy wzgórza, a na tym środkowym zauważyli ogromny głaz – Kamienny Kieł, po którego zboczu biegła stroma ścieżka prowadząca na szczyt. Minęły dwie godziny, a słońce zdążyło już się odsłonić i trochę rozjaśnić widok. W pewnym momencie zza drzew wyskoczyło czterech łowców. Dwóch było ludźmi, a kolejne dwóch elfami. - Stać! Kim jesteście? – spytał najwyższy z nich, odsłaniając ramię i pokazując przy okazji swój tatuaż przedstawiający martwego goblina. - Jesteśmy podróżnikami z Blassingdell. Kierujemy się do Khundrukar, na Lśniącą Przełęcz, aby pomóc naszym oddziałom w oczyszczanie Kuźni Gniewu. - Świetnie! – wykrzyknął kolejny człowiek – My też mamy ten sam cel, jednak pochodzimy z Nashkel. To dwa dni drogi na północ od Amniańskiej granicy. - Wiem, gdzie leży Nashkel. – odpowiedział Helgard – może dołączycie do nas, bo niełatwo we dwójkę przeżyć trudy podróży... - Będzie nam bardzo miło. Ja jestem Aaron, ten niższy to Bronathan, a elfowie zwą się Cecilian i Dariaus. - Do mnie mów Helgard, a tamten to mój przyjaciel, Ajamis. Jeśli więc mamy razem podróżować, to muszę Wam powiedzieć, że najpierw przejdziemy przez Górską Bramę. Tamtędy będzie najbliżej i najbezpieczniej, choć i tak pojawiają się tam czasami orki i gobliny. - Nie wiem czy Ci o tym znajomo, ale Górska Brama to wejście do Kuźni Gniewu. Wygląda jak średniej wielkości jaskinia, w istocie jednak jest wejściem do potężnej twierdzy. – zaznajomił innych Aaron
Grupa Ajamisa po kilkunastu minutach drogi stanęła przed Górską Bramą. Wejście do Kuźni Gniewu wyglądało potwornie. Drzwi jaskini wyrzeźbione były na kształt czaszki, co mogłoby odstraszać potencjalnych turystów. Z wnętrza dobiegały ryki potworów, najwyraźniej orków lub ogrów. Ajamisowi przeszło przez myśl, że oddziały Blassingdell wcale tu nie dotarły, no bo przecież wybiłyby bestie już dawno.
Część 33 / 5
Kompania przekroczyła próg jaskini. Stłumione odgłosy kroków coraz bardziej się zbliżały i pojawiały się równolegle z wyciem stworów. W pewnym momencie z jaskini wybiegł żołnierz. Ajamis wyjął ostrzegawczo miecz, jednak żołnierz pokiwał ręką.
- Ludzie, nie mam złych zamiarów. – jego głos był wyraźnie wyczerpany – orki wraz z ogrem na czele blokują przejście do Krasnoludzkich Wrót. Nie wiemy, co robić, zginęło już dwóch naszych ludzi. Co prawda zostało jeszcze 98, ale nie chcemy się narażać na kolejne straty. - Ile jest orków? – spytał Cecilian - No... cztery. – odpowiedział zdyszany żołnierz - Co takiego? I wy nazywacie siebie żołnierzami? Prawie setka rundaszyrów nie poradzi sobie z czwórką starych, słabych orków? - Zależy nam na ludziach. Nie wiemy, co czai się w czeluściach Kuźni. Wracam do Blassingdell po wsparcie! - Ku chwale Amnu! – odkrzyknął Helgard
Kompania wbiegła do środka. Wnętrze było jasne, na ścianach płonęły pochodnie. Ajamis szedł przodem. Po kilku krokach zatrzymały ich okrzyki orków. Nie było ich czterech, a sześciu. I rzeczywiście, dowodził Ogr.
- Wark was zabić. Wy naruszyć teren Warka. Dlatego Wark być wściekły i Was zabić.
Ajamis uśmiechnął się ironicznie i dał swoim kompanom rozkaz ataku. Sam pobiegł na lewą stronę pomieszczenia i odbijał miecze z jednym orkiem. Zgrabnym cięciem pozbawił go ręki, i wbił mu ostrze w tułów. Odwrócił się, i orków już nie było. Został Ogr. Ogry znane były z wielkości i wytrzymałości, jednak Ajamis miał przewagę liczebną. Elfy wraz z Aaronem wystrzeliły ze swych kusz bełty w kierunku ogra. Wtedy ten ruszył na Helgarda, trzęsąc przy okazji ziemią. Swoim wielkim, oburęcznym mieczem zamachnął nad głowami elfów, Ci jednak puścili z kusz kolejną salwę. Ta tylko dodatkowo rozwścieczyła ogra. Niespodziewanie nadeszła pomoc. Zza głów kompani Ajamisa powędrowało ponad czterdzieści strzał, i większość utkwiła w ciele stwora. Tym razem ogr upadł, dyszając jeszcze. Jeden z wybawców, krasnolud podbiegł niezgrabnie do potwora i bojowym młotem zakończył jego żywot. Dowódca żołnierzy podszedł do Ajamisa.
- Jestem Elfrad, a oto moi ludzie. Jesteśmy z Blassingdell. - Wiem, wiem. Nie potrafiliście w setkę zabić czterech orków, bo musiało przyjść pół tuzina wojowników, aby Was wybawić. I wy nazywacie siebie wojownikami? Toż to hańba dla Amnu! – powiedział Ajamis, a Elfrad wyjął miecz z pochwy. - Nie obrażaj nas. To my ratowaliśmy Ci dupsko kiedy na Blassingdell napadły gobliny. Chyba nie powiesz mi, że tego nie pamiętasz? Nadal myślisz że marni z nas żołnierze? - Przepraszam. Rzeczywiście, masz rację. Ale to nie zmienia faktu, że tak nie zachowuje się prawdziwy żołnierz. - Dobra, skończmy tą gadaninę! Powinniśmy wypełniać naszą powinność. Jesteśmy dopiero przy wejściu do kuźni, a przecież chcemy zdobyć całe Khundrukar, no nie? Wy idziecie do Sali Szczelin na wschód a my do Wielkiej Sali. Ku chwale Amn! – Elfrad nie pozwolił nic powiedzieć Ajamisowi tylko kontynuował podróż.
Gdy to powiedział, poprowadził oddział na zachód, kiedy to Ajamis wraz z grupą poszli na wschód. Szli krętym korytarzem, aż dotarli do schodów, po których musieli się wspiąć. Gdy to zrobili, zobaczyli duże kamienne drzwi. Miały one mniej więcej trzy metry wysokości, a dwa i pół szerokości. Na północnej ścianie widniały dwa otwory strzelnicze, na szczęście zamknięte, bo inaczej mogliby stać się celem ataku goblińskich snajperów. Przeszli przez wrota i znaleźli się w ogromnej sali, oświeconej blaskiem pochodni. Stali na wąskiej półce, i patrzyli w głęboką, mroczną przepaść, która ciągnęła się w poprzek pomieszczenia, uniemożliwiając przejście na drugą stronę. Jej krawędzie łączył wąski, niebezpiecznie wyglądający i postrzępiony most linowy. Z dołu dobiegał huk wody. Po obu stronach wrót jasną płonęły dwa miedziane kosowniki, oświetlające tę część sali. Dariaus i Cecilian byli elfami, tak więc mogli widzieć lepiej niż zwykli ludzie. Dojrzeli oni po drugiej stronie sali następne kamienne drzwi, których pilnowały dwa paskudnie wyglądające humanoidy. Elfie oczy oceniły, że były to istoty-mieszańce goblinów, orków no i miały co nieco z ettercapów. Wymawiały jakieś przekleństwo, odsłaniając swoje żółte zębiska i mierzyli do Aarona z łuków.
Część 44 / 5
- Aaronie, na ziemię! – wrzasnął Cecilian
Aaron natychmiast się położył, a lecące nad nim strzały przeleciała mu po hełmie zostawiając na nim małą rysę.
- Z czego robicie te strzały, ścierwa!? – ironicznie wykrzyczał Aaron, po czym ruszył do ataku, a za nim reszta grupy.
Elfy natychmiastowo zastrzeliły pierwszego humanoida, trafiając po dwakroć w brzuch, a drugi błyskawicznie podbiegł na most i chciał się rzucić na Bronathana, który jeszcze nie przekroczył mostu. Natychmiast przebiegł na koniec mostu, w stronę wyjścia z jaskini. Most jednak nie wytrzymał pod ciężarem potwora i runął w przepaść. Bronathan nie mógł już dołączyć do swych przyjaciół, ponieważ coś, co przed chwilą było mostem, miało ponad dziesięć metrów długości. Popatrzył na Aarona:
- Chłopaki, jak ja teraz do Was dołączę? – krzyknął, aby dobrze go usłyszeli - Musisz cofnąć się do wyjścia! Nie ma innej rady! Powiadom żołnierzy o tym, co tu się stało i powiedz, by sprowadzili maga, który byłby wstanie odbudować most. I niech Helm ma Cię w swej opiece.
Bronathan pobiegł w kierunku korytarza, którym przed kilkoma minutami podążał oddział żołnierzy z Blassingdell.
W tym czasie Ajamis wraz z kompanią podszedł do ogromnych drzwi i wszyscy razem pchnęli je w przód, aby ukazały oblicze galerii łuczniczych. Były to niewielkie balkoniki, z których dwieście lat temu ludzie Durgeddina ostrzeliwali najeźdźców. Z dużą ostrożnością wszyscy przestąpili próg, i weszli do pomieszczenia z galeriami. Cecilian spojrzał w górę, i zauważył orka, który nawet nie zauważył pojawienia się na sali gości. Włożył pomiędzy cięciwę dwie strzały i napiął ją. Dariaus dał kompanom znak, aby się zatrzymali i nie szli dalej. Cecilian w dalszym ciągu mierzył w orka. W końcu uznał, że dobrze wycelował i wypuścił strzały. Tylko jedna z nich trafiła w potwora, a druga odbiła się o jego zbroję. Ork zawył, i sprowadził na galerię czterech kompanów, którzy mieli już przygotowane kusze do ataku. Elfy natychmiast poczęły strzelać w kierunku stworów, a Aaron przygotowywał się do rzucenia zaklęcia Unieruchomienie. Układał dłonie w różne kształty, aż w końcu po piętnastu sekundach skomplikowanej gestykulacji z jego rąk wypłynęła czerwona kula, która rozbiła je o orków. Stwory na chwilę pożółkły, po czym straciły możliwość poruszania się. Wtem elfy poczęły strzelać do nich, póki był na to czas. Natychmiastowo pozbawili życia wszystkich orków, które spadły z balkoniku, robiąc duży hałas. Aaron po raz kolejny zaczął dziwnie gestykulować i mówić niezrozumiałe wyrazy, by już po kilku sekundach oświetlić całą salę. Rozejrzawszy się po niej, Ajamis zauważył naprzeciwko siebie wejście do następnej jaskini.
Część 55 / 5
- Aaronie, widzisz ten właz? – spytał – prawdopodobnie tamtędy prowadzi droga. - Tak, zauważyłem go. Jednak teraz tam nie wejdziemy. Powinniśmy odpocząć, jestem wyczerpany rzucaniem zaklęć. Na rzucenie jednego muszę stracić naprawdę sporo energii. - Niech się dzieje Twoja wola. Helgard, elfy! Zatrzymujemy się tu. - Nareszcie! Tyle wędrówki, tyle walki, że w końcu musiało to nastąpić. - Kto idzie na pierwszą wartę? – spytał Dariaus - Ja! – powiedział z zadowoleniem Cecilian. – ja chcę iść na warte. - W takim razie siedź tu i rozglądaj się czy nic nam nie grozi.
*
Bronathan dostał już lekkiej zadyszki, jednak widok żołnierzy motywował go do dalszego biegu. W końcu jednak już nie mógł i krzyknął: „Ludu Amn! Zatrzymajcie się!”. Żołnierze odwrócili się, a Bronathan zobaczył na ich twarzach oczy i nosy charakterystyczne dla orków. Zaczęły porykiwać, a mniej więcej tuzin z nich ruszył biegiem na Bronathana, by go zabić, zostawiając za sobą pół kopy towarzyszów. Ponad sześćdziesiąt orczych pysków gapiło się w kierunku Bronathana, z żądnym krwi wzrokiem. Ten jednak wyjął miecz i czekał, aż pierwszy tuzin uderzy o niego. Po kilku sekundach Bronathan miał już jednego zabitego orka, a po następnych drugiego. Usłyszał zza głowy świst strzał, które pozabijały większą część orków. Odwrócił się na ułamek sekundy i doszedł do wniosku, że to ludzie Balssingdell ratują go po raz kolejny. Z uśmiechem na twarzy począł ciąć kolejne orki, w końcu rozgramiając cały ich tuzin. Gdy wszystkie stwory leżały na ziemi, Elfrad podbiegł do Bronathana i z ironią w głosie powiedział
- już drugi raz ratuję Ci tyłek. Gdzie twoi towarzysze? - Most się zawalił. Ten z Sali Szczeliny, no a ja nie zdążyłem przez niego przebiec. – odpowiedział Bronathan - No to w takim razie teraz podróżujesz z nami.
W tym momencie jakaś zabłąkana strzała trafiła Bronathana w plecy, w miejsce, które nie było osłaniane zbroją. Grot strzały przebił mu plecy na wylot, tryskając przy tym krwią. Ponadto w momencie wystrzelenia była podpalana, a w ciele Bronathana zdążył wydobyć się ogień. Jego oczy zrobiły się czerwone, a twarz zupełnie blada. Krew wypływała mu ustami. Poniektórzy żołnierze odwracali się tyłem od niego, nie chcąc patrzeć na tę scenę. Nic już nie mogło mu pomóc – przyklęknął, a następnie z braku sił upadł bez ducha. ludzie! Łapcie plugastwo, które to zrobiło! Uczynimy mu to dokładnie to samo, ku chwale Amn! – krzyknął. – trzeba natychmiast posłać po ludzi, by naprawili most... - pomyślał
Odpoczynek minął spokojnie. Żaden z kompanów Ajamisa nie dopatrzył się wrogów, i żaden hałas nie przerwał im snu. A spali prawie sześć godzin. W trzeciej godzinie Cecilian zmienił się z Ajamisem. Odpoczynek jednak dobiegł końca i wszyscy musieli wstać, by kontynuować wyzwalanie Khundrukar. Zgasili ognisko mokrą szmatą, którą prawdopodobnie niedawno zostawił tu jakiś ork i skierowali się ku wejściu do komory, która była jedynym wyjściem z tej sali. Komora ta była…