Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Erotyka · 38 min czytania

Kwadratura

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

W kinie panował zmysłowy mrok. Zanurzeni w fotelach widzowie gołębim wzrokiem gapili się na ekran, oczekując rozpustnej rozrywki. Film był erotyczny z domieszką dramatyzmu. Rzecz działa się na farmie w Kentucky, gdzie z kurtuazyjną wizytą przyjechał dawny przyjaciel właścicieli, majętny prawnik nowojorski. Mężczyzna w sile wieku, po dwóch rozwodach i jednym pogrzebie. Wrażliwy, głęboko przeżywający rzeczywistość. Farmerzy oprócz farmy posiadali również dwie wyuzdane, zdrowe jak stóg siana córki. Wszetecznice omotały samotnego wdowca, nęcąc go skutecznie swoimi nastoletnimi wdziękami. Właśnie nadchodziła kulminacyjna scena konsumpcji jednej z dzierlatek, kiedy Karolina Jasnowąs źle się poczuła. Ekran, aktualnie ukazujący namacalny dowód zepsucia farmerskich córek, zawirował jej w oczach i opadł. Kobieta pochyliła się do przodu i wyglądała, jakby miała zwymiotować. Siedzący obok mąż, Mikołaj, zaniepokojony jej stanem chciał wyprowadzić ją z seansu. Prawie wciskał ją pod ramię, kiedy Karolina zaprotestowała szeptem: - Już mi lepiej, dzięki. Oglądaj film, wyjdę na chwilę się przewietrzyć. - Na pewno? – Mikołaj lustrował z niepokojem wątłą fizjonomię żony. – Może jednak wyjdziemy razem, jeszcze zemdlejesz. - Nie, nie, zostań. Jest dobrze – wyszeptała i poklepała męża po kolanie. – Za minutkę jestem – zadeklarowała i zaczęła gramolić się do wyjścia. Sala kinowa tonęła w ochach i achach nowojorskiego prawnika, który wygłaszał kluczowy dla filmu monolog, będący jednocześnie apologią życia na farmie i przenikliwą analizą życia seksualnego mężczyzn po pięćdziesiątce. Mikołaj zaklął pod nosem i również zaczął przedzierać się przez poręcze i kolana innych widzów. W hallu usłyszał jednak od żony, że powinien zostać na sali. - Ale kochanie. Martwiłem się o ciebie. Już kiedyś zemdlałaś i do tego uderzyłaś się w głowę – Mikołaj użył w tym momencie swojego ulubionego tonu łagodnej perswazji. Prawdopodobnie tak właśnie zwracają się pracownicy Tatrzańskiego Parku Narodowego do małych niedźwiadków, które notorycznie włażą na turystyczne szlaki. - I to jest według ciebie powód do traktowania mnie jak jakiejś upośledzonej, wymagającej specjalnej troski i jeszcze nie wiem jak. Prosiłam cię przecież. - Tak, ale, przyniosę ci coś do picia – cokolwiek Mikołaj chciał przynieść do picia, wiadomo było, że posłodzi to słowami tak, aby dostarczyć Karolinie jak najwięcej energii. Karolina skapitulowała. Kiedy jej mąż wrócił z dwoma kubkami krzepiących napojów, wyszeptała z wzrokiem wbitym w Mikołaja: - Dziękuję, jesteś taki kochany. Przepraszam za to, co powiedziałam przed chwilą. - Nie szkodzi. To ja przepraszam, że się narzucałem, ale naprawdę się o ciebie wystraszyłem. Wyglądałaś marnie. - Wiem, wiem. Mikołaj przysiadł się bliżej, wziął jej dłonie w swoje. - Wydaje mi się, że za dużo trenujesz, zupełnie nie dbasz o swoje zdrowie – powiedział. - Tak – Karolina ożywiła się – ale konkurs jest tak blisko. Wiesz jak dużo od niego zależy. Po za tym kocham to, co robię, Mikołek, wiesz o tym – głos miała miękki i bardzo kobiecy. Używała go z uroczą wprawą. - A ja kocham ciebie i nie pozwolę żebyś się zamęczyła. Tak poza tym film już nam chyba przepadł. Wracamy do domu? Karolina uśmiechnęła się tylko i wyszli z kina. Mieszkali na starym i zabiedzonym osiedlu w neorenesansowej plombie z końca XVI wieku. Słońca tam było tyle, na ile pozwalały nasadzone w hurtowych ilościach buki, dęby i klomby. Latem. Zimą nie było go wcale, chociaż nasadzone w hurtowych ilościach buki, dęby i klomby pozbawione były wtedy liści. Rejon był generalnie ponury i niebezpieczny. Po bramach wystawały bezzębne staruszki wróżące z fusów wystygłych miliony lat temu herbat. Podwórka pełne były psów urządzających sobie parady i szczujących dzieciaki z sąsiedztwa. Na płotach wisiały starodawne hasła, opiewające doniosłe czyny minionych bojówkarzy. Obszarpane wrony dopełniały obraz. Karolina przygotowywała akurat solo z utworu „Na rozstaju dróg” Proppa i Knechtenwelda, który napisany był specjalnie na jakąś okazję. Buńczuczne dźwięki wypełniały przytulne i urządzone z niebywałym smakiem mieszkanie państwa Jasnowąsów. Grube zasłony z satyny szczelnie okrywały okna, wychodzące na obrzydliwe, zagracone i ponure podwórko. Dwa piękne antyczne fotele pyszniły się ramionami w niezbyt obszernym salonie. Kotka-nioska przechadzała się sprężystym krokiem po wyliniałym nieco, ale nadal pięknym i cennym dywanie z sierści krokodyli, na którym swoje nogi opierał niewielki stolik, całkowicie zawalony nutami. Mikołaj siedział w fotelu, był całkowicie zasłuchany. Muzyka, szalenie dziarska i nieprzejednana, trafiała do niego przez nos, usta, oczy, uszy, wciskała się pod paznokcie (od czego te lekko się jarzyły). W sposób szokujący kontrastowała z subtelną i wyjątkową postacią Karoliny. Dziewczyna wyglądała, jakby przeszył ją snop światła. Jej drobna sylwetka drobniejsza się jeszcze zdawała na tle masywnych, ciemnych zasłon, które sięgały samej ziemi. Mikołaj wstał i podszedł do niej, delikatnie położył jej dłoń na biodrze. Dziewczyna nie przestawała grać. Dopiero kiedy Mikołaj zaczął całować ją po szyi, do muzyki wkradły się pewne niechciane dźwięki. Karolina strząsnęła delikatnie pocałunki Mikołaja, dając mu do zrozumienia, że musi sobie znaleźć inne zajęcie. Przynajmniej do czasu, kiedy skończy grać. W zasadzie chłopak miał ponurą chętkę połamać te skrzypce i po ich trupie znaleźć właściwą drogę, ale przecież nie... - Kochanie, wiem, że grasz, ale... jakby... – mimo coby, dłoń w końcu znalazła się tam gdzie chciał. I później jeszcze: - Już się natrenowałaś, Karolinko... Ostatecznie, bez wdawania się w szczegóły, zagrywki Mikołaja znalazły swój finał na bujnym dywanie, pod czujnym okiem popękanego sufitu. Karolina jakoś tak miękła, te wszystkie tony skrzypiec jęły się łamać i krzyżować, ostatecznie i ona poszła ich śladem, składając się w ramionach Mikołaja. Chłopiec elegancko i cywilizowanie zlizał z niej ubranie i zakradł się na paluszkach do środka. Kochali się spokojnie, bez jątrzeń i wewnętrznych tarć, delikatni jak słodzik. Słońce rozlazło się po mieście. Szykowne auta rozpoczęły swoje manewry po głównych alejach, paleniska czyszczono z popiołu, uruchamiano kołowroty. Mikołaj leżał obok Karoliny i pozwalał światłu odkrywać ciało swojej żony. Głęboko uśpiona dziewczyna nie zdawała sobie sprawy z tej porannej lustracji, niemo ukazując wszystko, co Mikołaj chciał ujrzeć. Ramiona zamieniały się w mgliste piersi, te przechodziły w kołdrę, kołdra z kolei, na zasadzie niepojętych algorytmów, układała się w mroczne sploty łonowego owłosienia, którego korzenie budowały wilgotny miąższ kobiecego seksu. Przy tym zawrocie głowy bezkres nóg dawał obraz wszystkich pustyń świata, których piaski pogrążały każdego nieuważnego wędrowca. Mikołaj nie był nieuważny, dotarł wszędzie. Pocałował Karolinę w biodro i poczuł, jak nachodzi go ochota na to młode, rozświetlone ciało. Zwalczył chęć, przypomniał sobie tę niekończącą się litanię rozmów o porannym seksie, który nadmiernie Karolinę wyczerpuje, utrudniając jej rozpoczęcie dnia. Mężczyzna wstał z łóżka i zaczął przygotowywać się do wyjścia do pracy. - Chciałem się z tobą dzisiaj rano kochać – powiedział Mikołaj, odkładając sztućce na talerz. Właśnie kończyli jeść kolację. Była wykwintna, droga, uroczysta. Mikołaj i Karolina obchodzili trzecią rocznicę ślubu. Karolina wytarła usta serwetką. Świece nadawały jej skórze dziwnego blasku. - Więc czemu mnie nie obudziłeś? – zapytała. - Prosiłaś, aby tego nie robić. Poza tym mieliśmy mało czasu. - Skoro tak, dlaczego mi o tym teraz mówisz? Mikołaj nie odpowiedział od razu. Patrzył na Karolinę jakiś czas. - Nie wiem – odrzekł w końcu. – Może podświadomie chciałem poczekać do wieczora. Swoją drogą, wybrałaś niesamowity lokal. Karolina ożywiła się. Odstawiła kieliszek. - Prawda że świetne miejsce? Chodaczkowie mi go polecili, mówili, że drogi bardzo, i faktycznie, ale warto. Szczególnie przy takiej okazji – uśmiechnęła się promiennie. Mikołaj jakoś lubił, kiedy tak gadała. Nie musiał jej wtedy słuchać. Patrzył tylko, jak się urzeczywistnia i cieszył się tym. - Kocham cię, powiedz mi lepiej jak się czujesz przed coraz bliższym koncertem – przerwał jej tyradę. Karolina jednak dalej, tym samym żartobliwym tonem: - Jaaaasne, będzie dobrze, jestem w najlepszej formie ever, spokojnie sobie poradzę – mówiła. Ewidentne było, że jest już wstawiona. Mikołaj wcale – prowadził. Kolacja nie potrwała już długo. Może po godzinie, półtorej, byli już w domu. Wleczeni sobą weszli do mieszkania. Słodko-amarantowe im się wydało. Po nocnej przeprawie przez miasto oślepieni światłem upadli na podłogę.

Mikołaj już leciał do kuchni po nóż, przedostawał się przez pocięty płaszcz i sukienkę do skutego bielizną ciała Karoliny. Na tym pierdolonym alabastrze, jebanym marmurze dekoltu zostawił kilka czerwonych szram. Nóż kuchenny. I ciągle tylko pragnienia, które nie dawały żyć.

- Domek, domek – piszczała zadowolona Karolina, rozpinając guziki płaszcza. – Napijesz się herbaty? – wołała z kuchni. Czknęło jej się. Mikołaj rzucił klucze od mieszkania na stolik z nutami, buty rzucił w kąt pokoju. Kocur-miauczur przepadł do kąta, spłoszony lecącym obuwiem. – Poproszę – zawołał..

Stół przyjął ciężar ciała Karoliny jakby tylko do tego był stworzony. W wypełnionej przedmiotami kuchni Mikołaj darł z żony sukienkę i spomiędzy fałd płaszcza wydobywał jej piersi. Pierdolił, jebał, rżnął i ruchał. Oboje wrzeszczeli: - !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

- Podobno wreszcie udało się ustalić autorstwo tej melodii, którą ci ostatnio grałam – Karolina siedziała po jednej stronie stołu, Mikołaj po drugiej. Ponieważ dopiero weszli z zimnego zewnątrz, kobiecie zrobiło się gorąco i rozpięła dwa guziki od bluzki. Mikołaj pił herbatę i słuchał. Wrzask wypełniał mu głowę. - Izman Kiryłło. Wyobrażasz to sobie? – Karolina w zdumieniu kiwała głową. Herbata parzyła ją w usta, dłonie miała zaczerwienione od różnicy temperatur. Na dekolcie i twarzy wystąpiły rumieńce. - Dziwne. Przecież jakoś tę melodię datowano na grubo przed Kiryłłem – dla Mikołaja ten fakt również był trudny do zrozumienia. Po wygłoszeniu tej kwestii dopił herbatę jednym wielkim łykiem. Gorący napój wniknął w niego jak kometa i eksplodował w żołądku.

Szklankę Karoliny po prostu odstawił i poprowadził żonę do pokoju, gdzie pchnął ją na łóżko. Rozbierali się jakby byli po długim rozstaniu, nie chcąc marnować ani jednej kolejnej chwili. Mikołaj trzymał ją mocno za szyję i pocałunkiem zabierał resztę oddechu. Wszedł w Karolinę pomimo, że nie była jeszcze przygotowana. W jej oczach zobaczył, nie miał pojęcia co zobaczył. Było tego zbyt wiele.

Karolina leżała uśmiechnięta, Mikołaj na niej. Rozpinali wszystko co się dało. Kochali szarmancko. Mikołaj szczytując ugryzł ją mocno w szyję. Było to wszystko, na co było go stać, jedyna wyżyna, na jaką kiedykolwiek się wzniósł. Tej nocy Karolina zasypiała dziwnie, Mikołaj delikatnie i ze zwyczajnym szacunkiem. W parku było praktycznie pusto o tej porze. Nieliczne starsze panie szydełkowały siedząc na starych workach i leniwie sączyły herbatę. Kwaśny deszcz gdzieś bębnił o asfalt. Mikołaj, oparty o drzewo, gapił się w gałęzie i robił bańki ze śliny. Pyk puk puk. Dziecinne to zajęcie zawsze pomagało mu rozbroić wewnętrzne napięcie. Myślał o Karolinie i nowym linoleum. Nie pomagał tutaj nawet fakt, że nie sposób nie kochać dźwięków skrzypiec. Klucz wiolinowy był jak ostrze gilotyny. Sterylny jak gladiator. Marzył, żeby znaleźć choć jedną, która się nie goli. Rozalinda przeszła alejką jak po wybiegu, spłoszyła wszystkie wiewiórki. Koszmar jej kroku polegał na przegięciu nogi i usztywnieniu podbródka. Od nosa do ud biegła ukośna glista elektryczna. Migotała i spawała. Kobieta wybrała ostatnią ławkę, rozkopaną po brzegi, wypełnioną złożonym systemem rur i kurków, przez które przepływała ciepła woda. Wełna jej nóg ukształtowała chryzopaz, zwracając powszechną uwagę. Usiadła. Następnie przekrzywiła torebkę i wysunęło się z niej coś, ni to suszarka, ni to podręczny galwanizator. Zaczęła czytać i co rusz, jak automatron genimetyczny, dmuchała niczym słoń w niesforne kosmki włosów garnących się do jej oczu i uszu. Była zanurzona, zaabsorbowana, koherentnie wyobcowana ze świata. Mikołaj sfrunął bezszelestnie i stanął, milczący, w bezpiecznej odległości. Pulsując gapił się na Rozalindę. Jej fałdki kusząco wznosiły się i opadały, tworząc w powietrzu Wieczny Łuk, przypominający o starej prawdzie. - Przepraszam, ale... czy gra pani na jakimś instrumencie? – Mikołaj bezwiednie bawił się kluczami w kieszeni. Jakby szukał tego właściwego, który będzie pasował. Rozalinda oderwała się od studiowania ekranu galwanizatora i spojrzała na mężczyznę. W nieco mętnym świetle pochmurnego przedpołudnia dojrzała tylko dwoje jarzących się oczu i cień sunący za Mikołajem. Chciała sobie pójść, ale nie wiedzieć czemu powiedziała tylko: - To zależy. Na alejce para ptaków wyrywała sobie wzajemnie jakąś damską torebkę. Skrzeczały przeraźliwie, aż interweniowała straż miejska. Skute odprowadzono na komisariat. - Głupia odpowiedź. W moim kraju wyrywano za takie rzeczy paznokcie i wstrzykiwano zjadliwe kwasy do stawów kolanowych – Mikołaj odparował. - Dobrze proszę pana. Jeśli chce mnie pan obrazić proszę bardzo. Śmiało, śmielej, będzie padać – kobieta poprawiła się na ławce, rozhuśtała przybraną w czerń łydkę. - Więc chodźmy na kawę. - Więc dobrze. Ukryci za szybą kawiarni wyglądali na ulicę. Szarzało, robiło się przytulnie, miejsko. Szum uliczny pokrywał chodniki delikatnym nalotem błota. Latarnie mrugały, wnosząc powiew świeżości. Rozalinda delikatnie podkpiwała: - W moim świecie nigdy nie było klasycznych głupstw. Ani takich, których można się wstydzić. Nie nawiedzają mnie wyrzuty sumienia, bo ich nie pragnę. Nie pragnę zresztą niczego, na nikogo nie czekam. Gardzę opowieściami, wyśmiewam się z odruchów miłości. Słodycz kolan i ramion to jedyne zjawisko, które do mnie trafia. Mikołaj kołysał papierosem, słuchał z ukrytym zażenowaniem. - Nawet jak zdzierasz sobie skórę palców do krwi, wałęsając się po spelunach i miejscach zbrodni, nie znaczy to, że jesteś istotą pewną swego, zwolnioną od tego wszystkiego, o czym mówisz – powiedział spokojnie, wkładając w to wiele swoich naturalnych przymiotów. - Szokujące. Zamieniliśmy ze sobą ledwie kilkadziesiąt słów, a ty, mroczny harcerzu, usiłujesz powiedzieć mi, kim jestem – Rozalinda słała długie spojrzenia wynaturzonych oczu. Kłębowisko cienia i papierosowego dymu. - Bo jeszcze żyjesz złudzeniem, że się nigdy nikomu już nie oddasz. Rozalinda głucho zachichotała, na moment zakneblowała się włosami. Gesty miękkie, pozbawione znaczenia. - Oddanie, nieoddanie, takie bzdurki. Przecież nie ma czegoś takiego zły chłopcze przed chwilą poznany. Ludzie muszą być czyjąś własnością, a tutaj, teraz, nikt nie należy nawet do siebie. Żyjemy w bardzo mądrej, wypełnionej duchami, cienistej, lodowatej otchłani. Pozbawieni wszystkiego, odkształceni, próbujący coś z tego wszystkiego wynieść. Jakoś się ugryźć. - Jesteś większą dziewczynką niż ci się wydaje. Obrzydliwie kobiece pojmowanie. Świat nie jest rojowiskiem podłych, pasywnych bytów, tylko strzelających wysoko w niebo promiennych istot, wiecznie głodnych, wiecznie spragnionych, wszystkochcących. Świat jest gigantycznym pragnieniem i nie jest to nic nowego pod słońcem – Mikołaj prawie wołał o pomstę do nieba. Myślał trochę o Karolinie i jej jasnych włosach. Ta tutaj, też wołała. Rozalinda chwilowo wstrzymała dech, postukała obcasikiem. Mikołaj powiedział: - Wyręczę cię w tym. Do mnie czy do ciebie, tak? Odpowiedź: nie dziś. Do zobaczenia – wstał, rzucił zagryzmolony zwitek na stół i wyszedł. Rozalinda była szczerze rozbawiona. Takiego zachowania to się po nikim nie spodziewała. Karolina właśnie ćwiczyła. Mikołaj wszedł do domu i wymierzył żonie pocałunek w policzek. Odmruknęła rozwijająco. Światło świeciło, było niedaleko popołudnia, pokój się iskrzył. Mikołajowi było markotno, ale trzymał się wesoło. Nagle w kuchni pojawiła się Karolina. Było to o tyle dziwne, że w pokoju dalej słychać było dźwięk skrzypiec. - Jest już późno, powinniśmy iść spać – powiedziała Karolina tuląc się do męża. Mąż łykał kolację, nie chcąc się spóźnić. - Oczywiście kochanie, tylko dlaczego dalej słyszę skrzypce, kiedy ty stoisz tutaj i się do mnie tulisz? - Chwilowy rozstrój, nic więcej, nie przejmuj się takimi rzeczami. Karolina śniła. Była na jakiejś posępnej, targanej kosmicznymi wiatrami planecie. Trzy księżyce oblewały jej powierzchnię jasnym blaskiem, ale pomimo tego było tam prawie zupełnie ciemno. Jakby światło zatrzymywało się na jakiejś bezsensownej barierze, nie mogąc dosięgnąć sedna. Gdzieś w oddali majaczyły potężne, pokryte śniegiem góry, dużo bliżej były oceany wrzącej lawy, wyglądające jak gigantyczne wrzody, wylewające całe rzeki cuchnącej ropy. Cisza w pobliżu Karoliny była całkowita, wręcz namacalna. Łażące tu i tam bardzo piękne konie przykuwały uwagę kobiety. Jeden z nich był całkowicie pozbawiony skóry. Obnażone mięśnie i ścięgna napinały się i ruszały zgodnie z prawami zwierzęcej anatomii. Obok lądował wielki statek-rzeźnia, ponieważ była pora zbiorów, a konie miały lada chwila dojrzeć. Sen dobiegł końca. Poranek był jaśminowy. Podsuszone kwiaty parapetowe z radością witały komplementy, wdzięcznie prostując kończyny. Karolina stała w oknie, pijąc kawę. Stała sobie w koszulce przenikając się z dniem. Mąż dołączył do kompozycji, wyrównując biele z czarnościami. Wynikają czasem z tego bardzo manieryczne kłopoty. Mąż wcale o niczym nie myślał, żona to już w ogóle. To ich stanie takie niezwykłe było. Życie ich obrysowało, obrys utrwaliło. „W ogóle to jakoś nam nie idzie” jakby powiedzieć chciał Mikołaj. „W ogóle się do mnie ostatnio nie dobierasz, muzyka mi od tego umiera” myślała jakby ona. Wieczór kwitł, dzień przebrzmiał (zaginął). Karolina siedziała wśród ruin jakiegoś wielkiego metamorficznego pałaczyska sprzed setek lat. Rozpełzłe draby wynikały spośród kamieni, swoje legowiska miały też dzikie koty, uciekające przed zgiełkiem cywilizacji i wyścigiem szczurów. Kobieta przychodziła tu dla ciszy, nabrać dzięki niej energii potrzebnej do grania. Tym razem jednak coś łomotało z uporem, ale i niepozbawionym wdzięku rytmem. Karolina przeskoczyła hyc hyc z murka na murek, żeby zobaczyć jak tępe młode chłopię rozwija prędkości i rozbija się o murek podskakując wzwyż i w dół, a słońce kończyło swój bieg, zostawiając kończyny i długie cienie pętające sylwetki na scenie. - Nie tłucz się ośle. Nie możesz sobie gdzie indziej poskakać bałwanie! – wydarła się na niego subtelna, delikatna, mójbożebna Karolina. - Mogę nie mogę moja pani – odwrzasł młodzian bijąc raz kolejny głową w mur. Tylko to tylko powiedział, chwytając zręby ruin i hałaszcząc żeby…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Kwadratura — czytnik · opowiadania