Inne · 37 min czytania
Kwiat w butonierce
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Wszystkie prawa do tekstu zastrzeżone. Copyright © 2015 by Mariusz Zimoński. All rights reserved.
(Opowiadanie zostało opublikowane w kwartalniku literackim MIGOTANIA nr 2/2022.)
Mariusz Zimoński
"KWIAT W BUTONIERCE"
Spieszyłem się wtedy, jak zwykle zresztą, a zerwany rozkład jazdy na przystanku bynajmniej nie poprawiał mi humoru. Nie wiem po co tak biegłem, skoro tramwaj i tak się chyba spóźniał albo dawno już odjechał. Człowiekowi wydaje się czasem, że panuje nad tym wszystkim, zwłaszcza nad sobą, i każdy zaplanowany krok musi się wydarzyć. To "czasem" jednak, gdyby przybrało ludzką twarz, poruszyłoby swoje szelmowskie usta i błysnęło ironiczną iskierką w oku. Nie zawsze człowiek chce to sobie uświadomić od razu, choć może po prostu nie ma na to zbytniej ochoty. Utknąłem więc o świcie na tym peryferyjnym przystanku z mokrą od rosy ławką i jedyne, co mogłem robić, to czekać, chociaż cierpliwość nigdy nie była moją mocną stroną. Spacerowałem więc wzdłuż torów tam i z powrotem, kopiąc czasem jakieś kapsle czy kamyki. Wreszcie dostrzegłem zbliżający się po torowisku kształt, który powiększał się i nabierał niebieskawych kolorów. Tramwaj z uniesionym wysoko pantografem wypływał jak okręt z delikatnej mgły poranka, a strzelające spod trakcji iskry sprawiały wrażenie siarczystych przekleństw rzucanych przez pojazd na otaczający go świat. Dziwne to było odczucie, ale tak mi się to wtedy o poranku kojarzyło. Nawet uśmiechnąłem się na tę myśl, ale ostre spojrzenie motorniczej przywróciło mi moje chwilowo przygaszone odczucie pośpiechu. Nie zastanawiając się zbytnio, usiadłem przy drugich drzwiach. Tramwaj ruszył gwałtownie. Oprócz mnie nie było żadnych pasażerów, co mi odpowiadało, zwłaszcza, że poranne ludzkie oddechy potrafią skutecznie zniechęcić do wszystkiego. Chciałem dostać się do domu, w którym mieszkałem, i tylko o tym myślałem. Utkwiłem wzrok w oknie, patrząc na przesuwającą się za szybą panoramę, a muzyka w moich słuchawkach dawała mi właśnie to, czego w tym momencie potrzebowałem. Nawet delikatny urok nierównych szyn nie mógł wybić mnie z tego rytmu. W końcu pojazd dotarł do następnego przystanku, gdzie stał tylko jakiś starszy pan ubrany w marynarkę i kapelusz, oparty o laskę. Choć tylko przez sekundę na niego patrzyłem, rzucił mi się w oczy żółty kwiatek w jego butonierce. Staruszek musiał wsiadać tylnymi drzwiami, co chyba zajęło mu trochę czasu, gdyż tramwaj stał jeszcze dłuższą chwilę na przystanku. Przez moment wydawało mi się, że wzrok motorniczej ponownie kieruje się na mnie, ale to było chyba złudzenie wywołane kątem ustawienia jej lusterka. Krajobraz za oknem znów zaczął się przesuwać. Peryferyjne dzielnice, po których uwijały się pierwsze pojazdy do oczyszczania ulic, budziły się do życia. Świeże pieczywo roznoszone po sklepach, pierwsi spacerowicze z psami – to zawsze jest jakiś schemat pozornego spokoju, rozlewającego się powoli na miasto. Ja jednak nie zwracałem na to zbytnio uwagi. Tramwaj jechał i to uspokajało moje myśli, które napinały się wraz z kolejnymi promieniami przebijającego się przez chmury słońca. W pewnym momencie poczułem nagle jakieś delikatne uderzenia w lewe ramię. Automatycznie oderwałem wzrok od okna. Wychudła, pociągła twarz i siwa broda wisiały nad moją głową. Niebieskie oczy wpatrywały się we mnie spod kapelusza i mocno kontrastowały z żółtym kwiatem wpiętym w brązową marynarkę. Starszy pan w dość zaawansowanym wieku wyglądał nawet schludnie i elegancko. Coś do mnie mówił, ale przez ułamek sekundy miałem wrażenie, że śpiewa tekst piosenki, której właśnie słuchałem. Oderwałem się jednak od tego „videoclipu”, wyciągając słuchawki z uszu. – Tak? – zapytałem. – Przepraszam, młody człowieku, czy mógłbyś mi ustąpić miejsca? Zdezorientowany popatrzyłem na staruszka, po czym rozejrzałem się po pustym tramwaju. – Przecież wszędzie są wolne miejsca. Czego pan chce? – Ja tylko grzecznie proszę o ustąpienie mi tego miejsca. Poczułem jakąś nieokreśloną irytację i nie miałem ochoty się nad tym zastanawiać. – Siadaj pan gdziekolwiek i nie zawracaj głowy – burknąłem. – Ale w czym jest problem? To tylko miejsce – starszy pan był dość opanowany. – No właśnie. – Młody człowieku, wstań, jak starsza osoba prosi. Patrz, ile masz wolnych miejsc. Jakaś przekora mi się włączyła z powodu tej bezsensownej presji. Zapytałem więc szybko: – A czy nie uważa pan, że to komiczne? – Co jest komiczne? – staruszek spojrzał na mnie cwaniacko i podejrzliwie, a ta jego reakcja mnie dość zaskoczyła. Nie dałem jednak tego poznać po sobie. – Ta cała sytuacja – rzekłem. – Sytuacja jest taka, że młody siedzi, a starszy człowiek stoi. Dramat raczej. – Dramatem to pan jest – odwróciłem głowę w stronę okna. Traktowanie takich sytuacji z dystansu zawsze pomaga, ale jest trudne, kiedy ktoś stoi nad nami i nie chce się odsunąć. – A ty, młodzieńcze, jesteś niewychowany i nie masz godności. Teraz rozumiem, dlaczego nie ustąpisz starszej osobie – oznajmił wyniośle. Za tego „młodzieńca” tym bardziej nie miałem ochoty ustępować miejsca. Doświadczenie trzydziestoparolatka podpowiadało mi ironicznie, że i tak lepiej być siedzącym młodzieniaszkiem, nieutrudniającym nikomu życia, niż chwiejącym się bez sensu komuś nad głową świrniętym starcem. Czułem, że nie powinienem był już z nim rozmawiać, jednak coś mnie podkręciło i kontynuowałem ten bezsensowny dialog: – Moja godność obsikała to miejsce i jest moje. – To nic. Możesz wstać i mokre plamy wytrzeć chusteczką. Spojrzałem w jego oczy okraszone rzadkimi brwiami. Wydawało mi się, że gdyby tylko mógł, to rzuciłby się na mnie z tą swoją laską. – Odczep się, człowieku, bo zadzwonię na policję! – zagroziłem. – O nie, młodzieńcze, to ja zadzwonię na policję. I to natychmiast! Nauczą cię manier. – Phi... Śmieszne... A dzwoń sobie człowieku... Starszy pan oparł na chwilę laskę o pionową poręcz i zaczął wolną już dłonią przeszukiwać marynarkę. Jego ruchy stawały się coraz bardziej gorączkowe, zwłaszcza, że nie mógł chyba znaleźć swojego telefonu. – Niech to szlag trafi – zaklął po cichu. Nastąpiła chwila nerwowej ciszy i miałem nadzieję, że staruszek już sobie odpuści. Myliłem się jednak i otworzyłem szeroko oczy, po tym co miałem usłyszeć: – Czy będziesz miał na tyle honoru młody człowieku, aby użyczyć mi swojego telefonu? – Chwila! Aferę pan tu robi i jeszcze chce pan mój telefon, aby zadzwonić na policję na mnie? Tak? O to chodzi? – prawie wybuchnąłem śmiechem. – Dokładnie tak, z tym, że aferę to ty młody człowieku teraz robisz i proszę nie ustawiaj sytuacji pod siebie. To jak będzie z tym telefonem? – zapytał. – Niestety, proszę pana, wyładował mi się. Proszę iść sobie tam, do motorniczej – wskazałem mu kierunek z ironicznym uśmiechem. Nie miałem już zamiaru odpowiadać na zaczepki dziadka i odwróciłem się w stronę okna. W odbiciu szyby mogłem obserwować jego dalej wiszącą nade mną bezradność. W tej samej chwili zorientowałem się, że tramwaj wciąż przemierzał peryferyjne strefy miasta, choć przecież już dawno chyba powinien wjechać w śródmieście. Nie zatrzymał się również na najbliższym mijanym przystanku, choć stali na nim potencjalni pasażerowie, śledzący go obojętnym wzrokiem. Zacząłem się rozglądać, aby określić, gdzie właściwie jedziemy, bo nie poznawałem tych okolic. Wtem poczułem miarowe stukanie laski o moje siedzenie. Postanowiłem nie reagować, ale staruszek był coraz bardziej napastliwy. Uderzenia były wręcz chamskie i właśnie dlatego tym bardziej nie chciałem ustąpić wariatowi. Spojrzałem na niego z pobłażaniem, a on na szczęście zaprzestał. W jego niebieskich oczach mieszały się żal, nienawiść i coś jeszcze niedopowiedzianego, co unosiło się zarówno nade mną, jak i nad nim. – Nie masz dosyć, człowieku? - zapytałem spokojnie. – Zawału tu zaraz dostaniesz. – Ile? – Co ile? - zdziwiłem się. – Ile chcesz młody człowieku? Dziesięć, dwadzieścia złotych? Nie miałem pomysłu, co z tym dalej zrobić. Już nawet śmiać mi się nie chciało ale wstać z miejsca nie miałem zamiaru. Człowiek czasem zaczyna znęcać się nad sytuacją, która go irytuje, choć sam do tego nie chce się przyznać. Jest to rodzaj masochizmu, którego może potrzebuje, by potem mieć o czym opowiadać innym, w tym celu, aby ci inni klepali go za to po plecach. Brnąłem w to i nie chciałem ustąpić. Zresztą kto by mnie zapewnił, że staruszek nie pójdzie za mną i nie uderzy mnie swoją laską po głowie. – Daj pan spokój. To zaczyna być żenujące – stwierdziłem. – Ależ proszę, śmiało. Ile chcesz za ustąpienie miejsca starszemu schorowanemu człowiekowi? Emeryt da radę. I wtedy chyba znów odezwała się moja przekorna natura, bo nagle odpowiedziałem mu z uśmieszkiem na ustach: – Dobrze, skoro pana tak to kręci, to stówkę poproszę, ale w banknotach po pięćdziesiąt. – Trzeba było tak od razu, młody człowieku, a nie cudować i udawać wychowanie – staruszek uśmiechnął się triumfująco i zawadiacko. Znów oparł swoją laskę o pionową poręcz i sięgnął ręką do wewnętrznej kieszeni marynarki. Byłem ciekaw tej chwili, kiedy wyciągnie banknoty i zacznie mi je wręczać. Idiotyzm osiągał swoje apogeum i nabrałem ochoty, aby poznęcać się nad dziadkiem, choć ostatecznie może bym tego nie robił. Tego nie wiem. Niecodziennie przecież jesteśmy świadkami i uczestnikami dziwnych sytuacji, które potrafią wydobyć z nas to, czego sami nie lubimy w innych. Staruszek wyjął czarny portfel i już miał go zamiar otworzyć, kiedy tramwaj zakołysał się na nierównych torach. Jego laska poleciała z hukiem po schodach, pod same drzwi wyjściowe. – I gdzie ona tak pędzi? Wariatka jedna! – krzyknął, spoglądając w kierunku motorniczej. – Życie, proszę pana, życie – skwitowałem cynicznie. W tym momencie zauważyłem, że kierująca tramwajem przyglądała się całej sytuacji w lusterku, pewnie o tyle, o ile mogła w trakcie jazdy. Staruszek tymczasem, zamiast mi wręczać banknoty, schował portfel i ruszył po swoją laskę. Wcześniej nie zwróciłem uwagi na to, że miał problem z poruszaniem się. Trochę utykał na prawą nogę i wydawało mi się, że czynność podniesienia laski będzie dla niego nie lada wyczynem. Miałem rację, ponieważ zszedł z trudem, trzymając się kurczowo obiema rękami poręczy, na pierwszy schodek. Zatrzymał się na nim i czasem spoglądał w stronę kabiny motorniczej. Stał tak chwilę, zbierając zapewne siły do dalszych działań. Nawet próbował się schylić, ale widziałem jego wahanie i grymas na twarzy. Nie wiem czemu, ale żal mi się go nagle zrobiło. W sumie, choć wariat, to jednak starszy schorowany człowiek. Patrząc na niego, pomyślałem, że tendencyjne jest zakładanie, że każdy kiedyś taki będzie. Ja dopuszczałem tylko możliwość, że albo wcześniej umrę, używając za bardzo życia, albo będę jeszcze gorszy niż ten pan, z powodu tego, że używać życia już nie mogę. Uśmiechnąłem się w duchu na tę myśl, choć po chwili przeraziło mnie to, że nawet okruchy empatii potrafią być źródłem egoistycznej radości. Człowiek, aby być w pełni sobą, musi chyba się poczuć lepszy od drugiego człowieka, nawet w tak dziwnych okolicznościach. Pamiętam, że nagle wstałem i podszedłem do drzwi. – Proszę się cofnąć – powiedziałem do staruszka. Starszy pan, nic nie mówiąc i nie bez trudu, wszedł z powrotem na platformę, a ja zanurzyłem się pod schody. Kiedy podnosiłem laskę, dziadek niespodziewanym, dość energicznym ruchem wskoczył na moje miejsce, a zrobił to, jak rasowy kot w analogicznym wieku. – W końcu! Uff! – głos triumfu wydobył się z jego ust. Staruszek zaczął poprawiać sobie kapelusz, marynarkę, kwiatka w butonierce, nie zwracając już uwagi na nic dookoła. Jego twarz emanowała dumą i zadowoleniem. Przyglądałem mu się przez parę sekund, myśląc, że są takie chwilę, kiedy warto chwycić za karabin i zrobić coś dla społeczeństwa bezinteresownie. Jednak zamiast rzucić laskę z powrotem pod drzwi tramwaju, o czym pomyślałem w pierwszej chwili, powoli podałem ją starszemu panu. – Ależ proszę – powiedziałem ostentacyjnie, akcentując specjalnie pierwsze słowo. Dziadek odebrał swój kawałek drewna i utkwił wzrok w oknie. Myślę, że obserwował mnie w odbiciu szyby i teraz to ja byłem wiszącą nad nim bezradnością. – Dziękuję bardzo, to miłe z twojej strony, młody człowieku – powiedział, zerkając na mnie kątem oka, a kiedy odchodziłem na przód tramwaju, usłyszałem jeszcze za sobą: – Jednak jesteś dobrze wychowany. Pomyliłem się. Zająłem miejsce na początku, przy kabinie motorniczej, w dość bezpiecznej odległości od starca. Próbowałem znów pozbierać w myślach ten swój pośpiech, ten swój kop, bez którego nie mogłem sobie wyobrazić normalnego funkcjonowania. Spojrzałem na swoją lewą rękę, aby zobaczyć na zegarku, która właściwie jest godzina, a potem odwróciłem się jeszcze w stronę tego człowieka. Patrzył teraz dziwnym rozmarzonym wzrokiem na przód pojazdu, w kierunku miejsca obok mojego, ale w rzędzie siedzeń po przeciwnej stronie. Niewątpliwie był w swoim świecie – zamyślony, może gdzieś fruwający w absurdzie, kontemplujący zapewne wszystkie czasy swojego życia jednocześnie. Ponieważ sprawiał przy tym wrażenie dobrodusznego i poczciwego staruszka, to odwróciłem się od niego z niesmakiem. Po chwili zauważyłem, że tramwaj znów ominął jakiś przystanek, na którym stali zamyśleni ludzie. Chciałem podejść do motorniczej i zapytać o trasę, kiedy pojazd ponownie delikatnie zakołysał się jak łódka. – Ty wariatko jedna! Czy ja jestem workiem kartofli?! – usłyszałem głos starca. Zobaczyłem, że wstaje z miejsca i chwiejąc się, odgraża swoją laską. – Wyrzuć ją z tej kabiny! – krzyknął do mnie. W tym momencie motornicza otworzyła swoje drzwiczki. Średni wiek oraz krótkie, tlenione na blond włosy nie wyróżniały się szczególnie, w przeciwieństwie do jej mocnego głosu z charakterystyczną barwą. – Usiądziesz tam w spokoju, czy też nie?! – zawołała patrząc w lusterko - Na policję zaraz zadzwonię! – To dzwoń sobie! – staruszek dalej pohukiwał. – Może pan uspokoić tamtego pana? – motornicza niespodziewanie zwróciła się do mnie. – Ale co ja mogę? – odparłem, wzruszając przy tym ramionami. – Jeszcze ci pokażę! – głos z tyłu nie dawał za wygraną – Ty małpo! Ty...! – Widzi pan, co się dzieje? Przecież padnie nam tu zaraz, a ja nie mogę się zatrzymać. Trudno mi powiedzieć, dlaczego wstałem i wróciłem tam do niego. Może to sprawił głos motorniczej, który potrafił wydobyć ze mnie to „coś”, a może w głębi duszy miałem nieuświadomioną potrzebę zrewanżowania się starszemu panu za jego bezczelność. W każdym razie, kiedy tylko staruszek zobaczył, że zbliżam się, natychmiast usiadł z powrotem. Uśmiechnąłem się. Chyba się przestraszył, że go podsiądę. Zająłem więc miejsce równolegle do niego, po przeciwnej stronie tramwaju. Starszy pan zdjął kapelusz, wyjął grzebień i zaczął przyczesywać swoje siwe włosy, udając, że mnie nie widzi. – Po co te nerwy? Nie szkoda panu zdrowia? – zapytałem po chwili. – Nie szkoda. Ona zawsze tak jeździ. Złośliwa jest i tyle. – Chyba pan trochę przesadza. Jej wina, że tory są nierówne? – Ale pędzi na złamanie karku i skupić się nie można – skwitował staruszek, przygładzając włosy. Po chwili schował grzebień i założył z powrotem swój kapelusz. – Skupić się, to wie pan gdzie można... Ale w tramwaju? – Wypraszam sobie, młody człowieku. To moja prywatna sprawa, gdzie się skupiam – oburzył się i to mnie tym bardziej rozbawiło. – Dobrze, już dobrze, nie wnikam, gdzie się pan skupia. Ale panu to chyba ciężko dogodzić? Albo miejsce, albo wstrząsy, zawsze coś. – Jak będziesz w moim wieku, to sam zobaczysz – odparł zerkając na mnie. – Na razie to zobaczyłem jakąś dziwną akcję o miejsce i to mi wystarczy. – To mogłeś, młody człowieku, od razu ustąpić i nie byłoby o czym mówić. – Przecież to jakiś kretynizm jest – stwierdziłem poważniej. – Znowu sobie wypraszam. – A jak to nazwać inaczej? Tramwaj pusty, a pan się szarpie o miejsce i straszy policją. – Proszę mi nie dokuczać – obruszył się. – Po prostu zależało mi na tym, aby tu usiąść, i tyle. – To znaczy? – Przyzwyczajenia starego człowieka – rzucił na odczepnego. – Dziwne przyzwyczajenia. – Nie każdy musi rozumieć... A stąd na przykład lepiej wszystko widać: kto wsiada, kto wysiada... O! Nawet tę motorniczą widać w lusterku – wskazał na kabinę. – Patrz, młodzieńcze, jak łypie tym swoim okiem. Wariatka! – krzyknął niespodziewanie w jej kierunku. – Niech pan już da spokój z tym krzykiem – próbowałem go uspokoić, wiedząc oczywiście, że coś ściemnia – Stąd też wszystko widać, no i co z tego? Dla mnie to wszystko jest proste. Nudzi się pan i szuka atrakcji. – Mylisz się, młody człowieku. A zresztą, co ja się będę tłumaczyć – burknął na koniec z pretensją. Nie miałem zamiaru wypytywać na siłę kogoś, kto z dużym prawdopodobieństwem był wariatem. Co mógłbym od niego usłyszeć? Jakiś zbiór niedorzeczności, który by mi tylko zanieczyszczał umysł. Poza tym człowiek odkrywa się takimi pytaniami i traci wtedy tę bezpieczną przestrzeń, z której może zawsze spokojnie atakować otaczającą go trudną rzeczywistość. – Nie musi pan – stwierdziłem. – Ciekawy jestem tylko, jak reagują inni pasażerowie, na pana zaczepki. Są pewnie bardzo mili? – zapytałem. – Wypraszam sobie. Nikogo nie zaczepiam. Zazwyczaj nikt tu nie siedzi o tej porze. Tylko z tobą młody człowieku był problem. Odczułem tym razem zarówno groteskowość sytuacji, jak i pewną dezaprobatę wobec słów staruszka, więc wyjaśniłem: – Miałem prawo być zdenerwowany z rana, a do tego jeszcze pan mi tu wyskoczył z tym miejscem. – Wy młodzi zawsze jesteście zdenerwowani – rzekł. – Co to za czasy? – Nieważne – zbiłem temat natychmiast – Naprawdę chciał mi pan zapłacić? – Ale za co? – staruszek zdziwiony uśmiechnął się i spojrzał na mnie. – Za miejsce. – Wolne żarty. Rozumiem... urząd, szpital – tam to się smaruje, ale za miejsce w tramwaju? Niedoczekanie. – To po co pan portfel wyciągnął? – Zdawało ci się młody człowieku. Tramwaj tak pędzi, że twoje złudzenia optyczne są więcej niż murowane – skwitował, po czym odwrócił głowę w stronę okna. Teraz byłem już pewien, że staruszek bawi się w coś i nie ma sensu wdawać się z nim w dyskusje, które chyba bardzo lubił. Może robił to z nudów i wypełniał tak sobie czas rozrywkami, przy okazji irytując wszystkich dookoła. Niektórzy starsi ludzie mają ten szczególny „dar”. Wydaje im się, że coś tam więcej przeżyli i należy im się szacunek z racji samego wieku – taka tragedia antyczna, z której niby warto czerpać garściami. Co za absurd. Jak na razie, to staruszek był dobrym przykładem farsy, być może i śmiesznej, lecz chyba tylko dla niego…