akcja · 9 min czytania
KWIATY DLA IZY
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
-Dzień dobry, panie Adamie. Kto to? Jakiś młody człowiek, ale czy go znam? Zauważył moje wahanie. -To ja-Tomek z Harzykowy. Kolonie, dwa lata temu. Ach, tak, prawda. Byłem wychowawcą na kolonii. To już dwa lata? Tomka bardzo dobrze pamiętam. To on wpadł na pomysł z kwiatami. -Trochę urosłeś. -Mam już 17 lat, panie Adamie – w jego wieku też się chwaliłem każdym przeżytym miesiącem życia. -Usiądź na chwilę. Spotkaliśmy się w parku, był czerwcowy poranek już od pół godziny wdychałem tlen z pobliskich drzew. -Nie mogę, już dziesiąta, a ja jeszcze muszę do szkoły wskoczyć. Rozśmieszył mnie tym zdaniem. Musiał do szkoły wskoczyć. No, tak, rok szkolny trwał w najlepsze, a on ma dopiero 17 lat, jest jeszcze uczniem. Jedno mnie jednak zastanowiło: -Co ty tu robisz? W Charzykowy mówiłeś, że mieszkasz na Chomiczówce, a … Może przerwał niegrzecznie, ale wyjaśnił dokładnie: -Rok temu przeprowadziliśmy się, właśnie z Chomiczówki, ale ja to chwalę … Ja naprawdę już muszę … Tak się śpieszyć do szkoły? Ha, nieprawdopodobne; w jego wieku? A może wagary, i to z koleżanką, co? Już go nie było. Powiedział Do widzenia? Może bał się, że mu coś przypomnę? Ten incydent z kwiatami …
Trzeba tu jasno powiedzieć: Tomek miewał dziwne pomysły. Ale może od początku. Harzykowy, mała wioska na Mazurach. Jak już mówiłem-byłem kolonijnym wychowawcą. Miałem dziesięciu chłopców; mieszkaliśmy w miejscowej szkole. Iza, moja znajoma z podwórka, pani magister wychowania wczesnoklasowego (klasy 0-4), opiekowała się grupą dziewczynek, oczywiście było ich dziesięć. Aha, nie przedstawiłem się, naprawiam błąd: student Akademii Pedagogiki Specjalnej, parę lat pracowałem w pewnej pracowni terapeutycznej, obecnie-wykonuję wolny zawód, czyli z bożej łaski pisarz, a jak to woli, literat. Marek Hłasko to mój idol, mistrz, ale jakoś nie pomaga przy ukończeniu tomiku opowiadań; a mój ulubiony wydawca czeka. Brakuje jednego jedynego opowiadania. Cha, cha, cha-jednego opowiadania, ale zmartwienie, no nie? Cha, cha, cha. Cha, cha, cha jak Charzykowy? Przepraszam - Harzykowy. Nie kłóćmy się o ortografię; zatem, panie literacie - jak to było? Iza była ładną dziewczyną. Znaliśmy się, jak już powiedziałem, z podwórka. Lubiłem ją i bardzo ucieszyłem się, gdy powiedziała, że będziemy wychowawcami na tych samych koloniach. To, że wychowywaliśmy się na tym samym podwórku-oczywiście nic nie znaczyło; powtarzam-lubiłem ją i tyle. Mieliśmy kilka wspólnych tematów: film, gry planszowe, siatkówka, ksiązki. Umiała we wszystkim, nawet w najmniejszej cząstce, zobaczyć sens życia. To mi się podobało; także inne zalety Izy sprawiały mi przyjemność. Była cicha, spokojna, a jednocześnie umiała trzymać się swojego zdania; nie popuszczała swoim dziewczynkom; jeżeli zobaczyła, że jej podopieczne oszukują w czasie zabawy, potrafiła z nimi tak rozmawiać, że następnego dnia dziewczyny dawały z siebie wszystko, co najpiękniejsze. Czy to był flirt? Moi drodzy, proszę znaleźć mężczyznę, który by przeszedł obojętnie obok ładnej dziewczyny? Iza przecież była ładną, mądrą dziewczyną. Tak, to był flirt, zaczęło się wszystko od słów. Kupowała te moje słowa; wszystkie słowa: banalne zapewnienia o urodzie, trele słowicze na temat jej inteligencji, libretto operowe pod tytułem Skromność Izy na tle wypadków dziejowych. Wygłupiałem się? Może, ale lubiłem to, po prostu lubiłem nadskakiwać dziewczynie. Co prawda, jak teraz myślę, cierpieli na tym moi chłopcy, którzy woleliby grać w piłkę z panem, niż spoglądać krzywym okiem na parę zakochanych, bo tak nas nazywali. Dziewczynki Izy też w pewnym momencie odczuły brak dostatecznego zainteresowania ze strony pani. Oczywiście-nie można powiedzieć, aby dzieci chodziły samopas po terenie ośrodka wczasowego; nie - znaliśmy swoje obowiązki, tylko te nasze zaangażowanie nie było już takie, jak w pierwszych dniach kolonii. Rozumiecie - można strzelić drużynie San Marino siedem bramek, a można tylko dwie.
Trzy dni do końca kolonii. Popołudnie. Iza wpadła na pomysł, aby połączyć obie nasze grupy, i zagrać w dwa ognie. Chłopcy trochę marudzili, ale przekupiłem ich wiadomością, że bez względu na wynik mają zapewnioną zieloną noc. Po zabawie, a trzeba dodać, że chłopcy wygrali, pokłóciłem się z Izą. Teraz wiem: niepotrzebnie, ale cóż robić? Powód kłótni błahy-nie chciałem uznać pewnego punktu dla dziewczynek (Iza była sędzią), ten punkt o tyle był ważny dla chłopców, że przedwcześnie zakończył…