Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 41 min czytania

L.D.

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Bezsenność to coś obrzydliwego. Jeśli w końcu po długich zmaganiach oraz nie wiadomo ilu dymkach „na dobranoc” o trzeciej nad ranem uda mi się wreszcie przysnąć, prędzej czy później coś mnie z tego snu wyrwie. A to pisk opon auta na ulicy, a to szczekanie niedorobionego kundla babiny spod trójki (muszę sobie kupić wiatrówkę...), a to kolejny obrzydliwy koszmar. Chociaż... gdybym mógł wybierać, to nawet wolę złe sny od tych tak zwanych „słodkich”. Gdy budzisz się ze złego snu, przez pięć sekund nie wiesz o co chodzi, po czym przychodzi oświecenie, głęboki oddech i ulga. Natomiast gdy śnisz, że robisz to o czym zawsze marzyłeś, jesteś kim chciałeś być i z kim chciałeś być, zamiast ulgi czujesz rozpacz i rwiesz sobie włosy z głowy z żalu że jesteś jaki jesteś. Więc dla świętego spokoju wolę koszmary. W końcu to co się dzieje we śnie to tylko fikcja wyprodukowana przez twój zmęczony, na wpół aktywny mózg. Prawda...? Szedłem na cmentarz. Wosk z zapalonych zniczy napełniał otaczającą mnie, gęstą jak wata cukrowa mgłę zapachem wanilii. Mgła była tak gęsta, ze gdy wyciągnąłem rękę przed siebie nie widziałem własnej dłoni. Mimo to zobaczyłem Ją z oddali. Stała nad jakimś pomnikiem, patrząc w moim kierunki tymi jej ślicznymi oczami. - Fajnie że jesteś. Widziałeś coś takiego? – zapytała ze zdziwieniem w głosie, wskazując na nagrobek przed nią. W czarnym marmurze wyryte było nazwisko: Piotr Arthmański. Moje nazwisko. Przed tablicą ziała dziura w ziemi, z której wystawała drabina. Jej drugi koniec ginął w ciemności. - No nareszcie, myślałem że nie znajdę... - powiedziałem bardziej do siebie niż do niej, po czym zacząłem schodzić po drabinie do własnego grobu. Wsłuchiwałem się w odgłos jaki wydawały moje buty gdy schodziłem coraz niżej. Pik, pik, pik... denerwujący elektroniczny dźwięk. Pik, pik, pik... Pac! Obudziła mnie kulka papieru którą ktoś rzucił w mój łeb. Gdy otworzyłem oczy znalazłem się na powrót w moim boksie w mojej ukochanej pracy. Tajemniczym strzelcem który trafił mnie w głowę okazał się być Tomasz, mój towarzysz niedoli. Taki mieliśmy układ, budziliśmy się nawzajem na nocnej zmianie. Usnąłem opierając się o klawiaturę laptopa. Musiałem dość długo spać, ponieważ ekran wypełniło siedemnaście stron zapisanych literą „y”. Ciężkie jest życie konsultanta telefonicznego... Pik, pik, pik... dobiegało ze słuchawek wiszących na mojej szyi. Nałożyłem je na uszy, następnie pacnąłem ręką przycisk akceptujący połączenie. -‘bry wieczór, Piotr Arthmański, Centertel. W czym mogę pomóc? – wyrecytowałem standardową formułkę, patrząc na zegarek. Co za świr wydzwania o trzeciej w nocy? Tutaj się pracuje... -Czemu odcięliście mi telefon?! – Facet ryknął na powitanie. A może tak dobry wieczór i przepraszam że obudziłem? – Ech... - westchnąłem. – Pańska godność? -Faja. Lucjan Faja. – Powiedział z dumą w głosie. -Proszę chwilę poczekać. – Wpisałem nazwisko do komputera. Zaległy rachunek, 815 zł 23 gr. Jak można tyle gadać?! -Z tego co widzę w bazie danych, zalega Pan z zapłatą. -Jak to? Przecież są wakacje! – odpowiedział Lucek, a ja zaniemówiłem. A co to niby ma do rzeczy?! -Yyy... no tak, ale rachunki mimo to należy płacić w terminie. – wytłumaczyłem uprzejmie. -Aha... a kiedy mi odblokujecie telefon? -W ciągu 48 godzin od otrzymania wpłaty. -48 godzin?! Czemu tak długo?! – klient się oburzył. -Bo są wakacje! – Odpowiedziałem radośnie, a następnie przerwałem połączenie. Zrzuciłem słuchawki z głowy i przetarłem oczy. Do końca zmiany został mi jeszcze kwadrans. Tomek siedział z nogami na biurku czytając jakiś magazyn w stylu „Archiwum X”. Zjawiska paranormalne, ezoteryka, te sprawy. On brał te bzdety na serio. -Wiesz, byłbyś świetnym obiektem do badań. – Zwrócił się do mnie. -Jakich znów badań? – Zapytałem. Czy on coś mi zrobił jak spałem...? -Badań nad stanem umysłu podczas snu. Słyszałem jak coś bełkoczesz śpiąc. -Hehe... Wątpię. Mówiłem ci że źle sypiam... nawet te prochy od lekarza mało co pomagają. -Przejrzyj sobie to. – Powiedział, rzucając we mnie gazetą. Złapałem. Tytuł artykułu brzmiał „Świadome śnienie”. - „Śnienie”? Czy na pewno to się tak odmienia? – Pomyślałem. -Może spróbujesz? A nóż pomoże Ci to z tą twoją bezsennością. – Ciągnął Tomasz. - Na dole masz linki do stron internetowych z których możesz ściągnąć poradniki i muzykę relaksacyjną. Kiedyś się w to bawiłem, całkiem fajna rzecz. Pomyśl, że sam decydujesz co Ci się śni. Na przykład spotykasz jakąś laskę, i możesz ją we śnie... -Dobra, dobra, poczytam. – Przerwałem mu. Nie chciałem wiedzieć co robił napotkanym „laskom” we śnie. Do końca zmiany nie było już żadnych telefonów. Punkt trzecia wyszedłem z biura, na wyjściu podbijając kartę. Lubię tę porę nocy. Miasto śpi. Na nogach są tylko nieliczni. Piekarze, kierowcy ciężarówek, sprzedawcy w całonocnych sklepach... Za dnia po ulicach przewijają się setki obcych ludzi. Obcych, więc potencjalnie groźnych. Nie patrzysz im w oczy, omijasz ich jak i oni ciebie. A w nocy jest inaczej. Widzisz faceta który wyładowuje zgrzewki piwa z ciężarówki i wiesz, że jesteście z tej samej gliny. Oboje należycie do wąskiej, na swój sposób elitarnej grupy ludzi, którzy czuwają, aby ktoś inny mógł spać. Widząc go przystaniesz, porozmawiasz o pogodzie, on cię poczęstuje piwem ze swojej ciężarówki a ty go fajką ze swojej paczki i oboje rozejdziecie się w swoje strony z miłą świadomością, że nie jesteście jednak tak zupełnie sami na tym świecie. Wsiadłem do auta. Magazyn który dostałem od Tomka niedbale rzuciłem na fotel pasażera, a ten zsunął się pod siedzenie. Zignorowałem to. I tak rzadko kiedy miewałem okazję jechać razem z kimś. Dla sieroty i singla w jednym, Suzuki Vitara jest autem aż za dużym. Po drodze do mieszkania pojechałem na pobliską stację benzynową BP. Zatankowałem do pełna, odstawiłem autko na parking i wszedłem do budynku. Na tej stacji pracowała Monika, moja przyjaciółka z czasów szkoły średniej. Cóż, nie było to znowu tak dawno... Mimo iż według dowodu miałem 23 lata, przez to co się ze mną od jakiegoś czasu działo czułem jakbym miał 230. Poszedłem krótszą drogą niż ona: technikum telekomunikacyjne i do roboty. No i jeszcze po drodze łapówka by uniknąć zaszczytu służby wojskowej. Ona za to poszła na studia weterynaryjne, z których szybko wyleciała. Jej zmęczone oczy uśmiechnęły się na mój widok. -Sieeemka, Artie! – powitała mnie używając ksywki, której nigdy nie lubiłem. -Hej Moniś. Paliwo z trójki... no i może jeszcze wezmę hot-doga i kawę. – Wbiła co potrzeba do kasy. Jako że stacja była zupełnie pusta, po chwili wyszła zza lady i dosiadła się do mnie. Wyjęła mi kubek z kawą z ręki i pociągnęła solidnego łyka. Popatrzyłem na nią pytająco. -Muszę jakoś przeżyć do szóstej. – odparła z uśmiechem. Rozmowa jednak jakoś się nie kleiła. Może dlatego, że oboje byliśmy zbyt zmęczeni by myśleć, a może dlatego że wiedzieliśmy o sobie wszystko... Wsiadając do samochodu spojrzałem na chwilę w niebo. Niestety, przez łunę latarni ulicznych nie było widać żadnych gwiazd. Zapaliłem silnik i wyjechałem na drogę. Włączyłem radio i skakałem po stacjach, usiłując naleźć coś co by mi się podobało. -Relaaaax, take it easy... – szybko zmieniłem stację. -Witamy na antenie Radia Maryja... – przełączyłem jeszcze szybciej. -Chodź tu, do mnie, poczuj się swobodnie... – poirytowany przełączyłem radio w tryb odtwarzania CD. Z głośników popłynęły dźwięki albumu „Ostateczny krach systemu korporacji” Kultu, a konkretnie piosenka „Komu bije dzwon?”. -Znowu dziś widzę zachód słońca, znowu udało się doczekać końca... – Jechałem przez budzące się powoli miasto, nucąc razem z Kazikiem i myśląc jak długo moje życie będzie polegało na czekaniu „byle do zachodu słońca”. Pomyślałem o Monice. Teraz pewnie biegała z mopem po stacji. Gdyby kilka lat temu ktoś opowiedział nam jak będzie wyglądać nasze przyszłe życie wyśmialibyśmy go i kazali spier... oddalić się w szybkim tempie. Dojechałem pod moją kamienicę. -Więc głowa do góry, gdy dzień wstaje rano. Od tego są nogi by łazić na nich. We dni, czy gorsze czy lepsze, ten jest ostatni, który nie pierwszy... Moja głowa natomiast była oparta bezwładnie o kierownicę. Rozpamiętywała błędy popełnione w przeszłości. Te drobne i te które zmieniły wszystko. Piosenka jasno mówiła: „weź się w garść i walcz, bo jak nie to marnie skończysz”. Czegoś mi brakowało... -Brzdęk! Pękła czara pełna goryczy, rozlanych kropel już nie policzę... Wysiadłem z auta, trzasnąłem drzwiami, wszedłem do mieszkania, nalałem sobie wódki z sokiem pomarańczowym i walnąłem się przed telewizorem. Sen nadszedł sam nie wiem kiedy. We śnie spałem na fotelu, gdy nagle obudził mnie brzdęk tłuczonego szkła. Do mieszkania przez wybite okno wleciał telefon. Co ciekawe, stacjonarny. Stary, z szarego plastiku. Po chwili zaczął dzwonić. Wstałem z fotela, i powoli zbliżyłem się do aparatu. Odebrałem. Po drugiej stronie usłyszałem Jej głos. Powtarzała coś w kółko strasznie szybko. -Elem, elem, elem, elem, elem, elem... – Z jakichś względów to co usłyszałem mnie przeraziło. Poczułem wstrętny, pierwotny lęk, który sprawiał że jeżyły mi się wszystkie włosy na głowie. Rzuciłem słuchawkę na ziemię i cofnąłem się w panice do tyłu, upadając. W realnym świecie spadłem z łóżka i przywaliłem głową w szafkę nocną. -..rwa twoja mać! – Zakląłem trzymając się za czoło. Rozejrzałem się dookoła. Za oknem było już jasno. Nadal czułem to niezdrowe uczucie jakie wywołał we mnie ten sen. Co to było? Drżałem. Wygrzebałem z kieszeni wymiętą paczkę papierosów i włożyłem jednego do ust. Już miałem go zapalić, gdy nagle zastygłem w bezruchu gapiąc się na pudełko. W głowie kołatało mi „elem, elem, elem...”. elem... a może „L M”? jak L&M, marka fajek które trzymałem w ręce... Potrząsnąłem głową. Nawet jeśli, to co z tego? Głupota, o czym ja myślę... Zaciągnąłem się głęboko i zacząłem się zastanawiać, czemu ten idiotyczny sen tak mnie przeraził. Nie znalazłszy odpowiedzi na to pytanie wstałem i przeszedłem się do kuchni. Z zamrażalnika wyjąłem pizzę i wrzuciłem ją do kuchenki mikrofalowej, a sam zdecydowałem że przydałby mi się prysznic. Ciepła woda i pachnący płyn mnie orzeźwiły, spłukały chore uczucie. Dalej dzień przebiegał zgodnie z rutynowym planem. Mrożonka z biedronki na śniadanie, piwko przy komputerze, fajka, prochy nasenne, drzemka, telewizja, irytacja na skutek obejrzenia wiadomości, więc następna fajka. I o magicznej godzinie siódmej wyjście z domu do miejsca kaźni jakim była praca w biurze obsługi. Ja chciałem niczym znicz olimpijski nieść możliwości komunikacji ciemnym ludom z najodleglejszych zakątków ziemi, aby stali się nieco mniej ciemni. A nie odpowiadać na głupie pytania w stylu „Czemu jak moja komórka dzwoni spada mi krzyżyk znad telewizora?”. Bijąc się z podobnymi myślami zauważyłem że moje życie zaczyna przypominać film „Dzień świra”. Wsiadłem do samochodziku. Zapaliłem silnik, i powolutku ruszyłem w kierunku biura. Z głośników sączyło się „Fields of gold” Stinga. Starałem się zrelaksować. Wjechałem na skrzyżowanie. Wtem nagle przede mną mignęła pomarańczowa plama. Pisk opon. Nie zdążyłem zahamować i ŁUP! Uderzyłem w bok pomarańczowego Daewoo Tico. Małą osobówkę zarzuciło na środek drogi. Poczułem jak wzbiera we mnie wściekłość. Poczułem że mimo iż stalowa rura osłaniająca przód mojego auta sprawiła iż nic mu się nie stało, zaraz wyjdę i wywlekę idiotę na zewnątrz. W taki sam sposób zginęli moi rodzice. Tylko że to ojciec wymusił pierwszeństwo... no i był pijany, a zamiast maleńkiej terenówki trafili pod Kamaza... Szybko wycofałem ze skrzyżowania, stanąłem przy chodniku i podszedłem do sprawcy wypadku. -Jak jeździsz, ty fiucie?! – ryknąłem. – Nie widzisz znaku stopu?! – Na szczęście uderzenie nie było zbyt mocne, i jedynym skutkiem były wgniecione drzwi od strony pasażera, kierowcy nic się nie mogło stać. Otworzyłem drzwi. Za kierownicą siedziała młoda dziewczyna, więc okrzyk „ty fiucie” okazał się chybiony. Miała czarne, kręcone włosy do ramion, jeansy i brązową bluzkę. Okulary zasłaniające zapłakane oczy przekrzywiły się. Spojrzała na mnie. -Nic ci się nie stało? – zapytałem siląc się na spokój, widząc że mam do czynienia z kobietą. -Nnnie, ja ppprzepraszam bardzo, ja nie zauważyłam... – była roztrzęsiona. -Może niech pani zjedzie na bok, blokujemy ruch... – zapaliła silnik i przestawiła swój samochód, parkując go zaraz za moim. -Naprawdę bardzo pana przepraszam, nie zauważyłam, ze miał pan pierwszeństwo... -Dobrze, to nie ma znaczenia... ważne ze nic się nie stało nikomu. – widząc jak bardzo był roztrzęsiona zrezygnowałem z początkowego planu wywlekania sprawcy wypadku na asfalt. Wyjąłem telefon z kieszeni. Połączyłem się z Tomkiem. -Ę? – dał znać, że odebrał. -Piotrek mówi. Uprzedź Wójcika ze się spóźnię odrobinę. Miałem stłuczkę. -Ooo, coś poważnego? – zapytał. Wyczułem że bardziej chodzi mu o sensację niż o to, czy mi się coś stało. -Nie, nie bardzo. Ale trzeba spisać papiery dla ubezpieczyciela. -Okej, jakby się pluł to mu powiem. Narka! – rozłączył się. Ja natomiast ze schowka w aucie wyjąłem notatnik, by spisać potrzebne zaświadczenie. Postanowiliśmy załatwić to bez policji. -Dokąd się Pani tak spieszyła? – zapytałem, by przerwać niezręczną ciszę. -Och, praca... - uśmiechnęła się słabo. Nadal była roztrzęsiona. – I jaka tam ze mnie pani... jestem Liliana. – podała mi dłoń. Niespotykanie imię... ale ładne. -Piotr. – Przedstawiłem się lakonicznie. Oparła notatnik o maskę swojego Tico i zaczęła spisywać oświadczenie, potrzebne do wypłaty odszkodowania. Obok leżała karteczka od firmy ubezpieczającej. Było na niej wydrukowane jej nazwisko. Liliana Mikołajczyk. Nagle ogarnęło mnie deja vu. To dziwne uczucie które miałem po przebudzeniu się ze snu powróciło. Liliana Mikołajczyk. L.M. elem! To tego dotyczył mój sen! Ale jak to możliwe?! Nie, to bzdura... przymknąłem oczy. We śnie gdy usłyszałem kobiecy głos w słuchawce, coś mnie przestraszyło, tak bardzo że rzuciłem słuchawką i w panice odsunąłem się od aparatu. Atawistyczny strach przed zranieniem. To uczucie było mi znajome... tylko skąd? Przypomniałem sobie niedawne zdarzenie. Wypadek. Sprzęgło i hamulec wciśnięte do podłogi, i odruchowe wbicie się w fotel najgłębiej jak się dało. To było to... dokładnie takie samo uczucie. Zdziwiło mnie to i namieszało w głowie. Przecież to musiał być czysty zbieg okoliczności. Moje rozmyślania przerwał dźwięk dzwonka telefonu Liliany. Był wpięty do zestawu głośno mówiącego, więc słyszałem o czym rozmawiała. -Liliana? Co się z tobą dzieje? Spóźniasz się, boss zaczyna już panikować, wiesz jak mu zależało na tym projekcie... - Powiedział męski głos. -Wybacz Robert, miałam stłuczkę. Nic poważnego, jakoś dojadę... a projekt mam gotowy, o nic się nie martwcie. -Aaa... OK, dobra. Jedź ostrożnie, Elem. -Nie nazywaj mnie tak... To co usłyszałem dotarło do mnie dopiero po chwili. Elem... kumpel z pracy czy kto tam do niej dzwonił zwrócił się do niej używając ksywki. Elem, od jej inicjałów. Nie wierzyłem w takie rzeczy jak „prorocze sny”, ale to było bardzo zastanawiające... Kwadrans później zaparkowałem moje auto pod biurowcem. Na ramię zarzuciłem torbę z laptopem i już miałem zamknąć drzwi, gdy spojrzałem pod fotel pasażera. Magazyn który Tomasz dał mi zeszłego wieczora nadal tam leżał. Podniosłem go i włożyłem do kieszonki torby. Wszedłem do budynku i wjechałem windą na ósme piętro. Tomek siedział przed komputerem pisząc coś niespiesznie. Nie podnosząc głowy zwrócił się do mnie: -Wójcik wypytywał o ciebie. Sapał że nie podoba mu się twój stosunek do klientów i te spóźnienia. Aha, i że nie wierzy w te bzdury o bezsenności, żebyś lepiej zapisał się do anonimowych alkoholików. - Westchnąłem cicho. Czemu trzy czwarte ludzi dookoła mnie to idioci? Usiadłem na swoim miejscu, uruchomiłem komputer i założyłem słuchawki na uszy. Jak na razie nie było żadnych telefonów. Bawiłem się grając w „Sapera”, jednak myślami nadal krążyłem wokół tego co spotkało mnie w drodze do pracy. Realność snu, fakt że po przebudzeniu czułem to samo co w chwili wypadku, no i „elem”... nie dawało mi to spokoju. Kliknąłem na wirtualną minę, tym samym ginąc. Widząc że Tomasz też ma wolne, zwróciłem się do niego. -Ty się interesujesz takimi różnymi dziwnymi sprawami, prawda... -Jakimi dziwnymi sprawami? - Zapytał, najwyraźniej nie wiedząc o czym mówiłem. -No wiesz... - zacząłem, ale on przerwał mi machnięciem ręki, dając znak że ma przychodzące połączenie. Odwróciłem się z powrotem w stronę mojego komputera. Postanowiłem nie poruszać tematu więcej. Sam się sobie dziwiłem. Każdy chyba przeżył coś takiego, sen który zdaje się nieść jakieś przesłanie... Normalnie zignorowałbym to, uznał za ciekawostkę, jak każdy, ale tym razem było to coś innego. Właśnie po raz drugi zginąłem w „Saperze”, gdy usłyszałem znajome pipczenie w słuchawkach. Prawą ręką odebrałem, a lewą wcisnąłem Alt i F4, zamykając grę. Trzeba poudawać że robię to, za co mi płacą... Jak zwykle, punkt trzecia nad ranem opuściłem budynek. Pracowałem w cztery noce w tygodniu, z wolną środą, co znaczyło, że jutro miałem wolne. Nie cieszyłem się z tego. Dzień wolny oznaczał snucie się po mieszkaniu, jazdę bez celu po mieście, picie w otwartych do późna barach i w końcu turlanie się po łóżku nie mogąc zasnąć. Na razie o tym nie myślałem. Wsiadłem do auta i pojechałem w kierunku centrum, a z głośników leciała jak najbardziej odpowiednia do tej chwili muzyka. „And we keep driving into the night, it’s a late goodbye...”. Zatrzymałem się na opustoszałym parkingu całonocnego sklepu. Ze stoiska z alkoholami wziąłem litrową butelkę Cachasy. Brazylijskiej wódki z trzciny cukrowej. Do tego paczkę żelek, paczkę fajek, mrożonkę na śniadanie i „rozkład zajęć”, czyli gazetę z programem. Na wpół śpiąca kasjerka obsłużyła mnie bez słowa i pojechałem do mieszkania. Tam zająłem się sporządzaniem drinka o wdzięcznej nazwie Caypilinha. Pół szklanki Cachasy, lód, woda gazowana, cała limonka pokrojona w plasterki i cukier. No i jakoś można przeżyć. Przeszedłem do drugiego pokoju. Chwilę pomyślałem nad muzyką na która mam ochotę. Wybrałem album „The dream of the blue turtles” Stinga, nagrany na starej, winylowej płycie. Włączyłem adapter, usiadłem w fotelu, na prawym kolanie postawiłem drinka a na lewym popielniczkę. Zamknąłem oczy i delektując się używkami pogrążyłem się w bezmyśleniu. Patrzyłem na kręcącą się płytę jeszcze długo po tym, jak igła doszła do jej końca. Wstałem dopiero wtedy gdy w szklance pokazało się dno. Nie chciało mi się znów bawić w przyrządzanie wymyślnego drinka, więc po prostu dolałem sobie wódki do starej szklanki. Po chwili wahania zabrałem ze sobą do pokoju całą butelkę. Barwione szkło miało lekko pomarańczowy kolor. Jak auto Liliany... Kilka godzin później błogą bezmyślność wstający świt zamienił w śmiertelne umęczenie. Zasłoniłem okna i w pokoju zapanował przytulny półmrok. Wziąłem do ręki dwie tabletki nasenne, przez chwile zastanawiając się czy mi nie zaszkodzą, biorąc pod uwagę fakt że trochę wypiłem. Doszedłem do wniosku że mam to gdzieś. Połknąłem je i walnąłem się do chłodnego łóżka, nakryłem świeżą kołdrą i... i nic. Jak zwykle błogi sen odszedł w niebyt w momencie przyłożenia głowy do poduszki, a zastąpiło go zmęczenie i frustracja. Leżałem twarzą do ściany, wgapiając się w nią bezmyślnie. Strasznie nie lubiłem tego stanu. Każdy dźwięk rozprasza, każda plamka na ścianie przykuwa uwagę. I nie pomoże nakrywanie sobie głowy poduszką, bo wtedy rozproszą cię własne myśli. I może to trwać godzinami. Po pół godzinie dałem za wygraną i sięgnąłem po papierosa. Ubrawszy się pobieżnie wyszedłem na balkon, bo strasznie nie lubię zapachu dymu w pościeli. Do mieszczącej się tam kolekcji petów w puszce po konserwie dodałem dwa następne. Pomogło. A może to leki akurat zaczęły działać? Zawinąłem się w kołdrę i zapadłem w sen. I nie przeszkodziło mi nawet to, że w mieszkaniu na górze akurat komuś zachciało się wiercić w ścianie. Sen zaczął się podobnie jak poprzedni. Tylko że tym razem siedziałem na fotelu w sypialni. Brzdęk tłuczonego szkła. Taki sam aparat telefoniczny jak ostatnio wpadł do mieszkania, wybijając dziurę w zasłonie. Zaczął dzwonić, wydając z siebie melodię „Fields of gold”. Wstałem i zacząłem się do niego podkradać, jakby był żywą istotą której nie chciałem spłoszyć. Odebrałem i po chwili wahania przyłożyłem słuchawkę do ucha. W tle było słychać szum rozmów. Kobiecy głos po

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%