Fantasy · 15 min czytania
La Cammona Tong rozdział drugi (cz.1)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Rozdział 2 Maleńka Hlodala biegła po świeżo wypalonym polu. Starała się ze wszystkich sił przebierać nogami jak najszybciej jednak było to wyjątkowo trudne. Świeżo spalona ziemia parzyła jej nagie stopy a z każdym oddechem jej płuca wypełniał dym. Czarny smolisty dym wydawał się wypełniać całą przestrzeń wokół Hlodali. Unosił się leniwie niczym mgła wypełniając sobą wszystko, co napotkał na drodze. Mimo to biegła przebijając się przez ostępy czarnej mgły i brodząc w kruchej wypalonej ziemi. Chciała uciec jak najdalej od miejsca, w którym właśnie rozgrywało się piekło. Rozwścieczone stada Argoniańskich i Khajiitckich niewolników podniosły bund na farmie Tresów, na której mieszkała wraz z bratem. Szybko dołączyli do nich ludzcy i elfi niewolnicy pełniący służbę na dworze, właściciela. Wpierw zapłonęły pola, na których Argorianie i Khajiitci podłożyli ogień a potem cała ta zgraja ruszył na dwór. Hlodala nie wiedział, jakim cudem udało jej się przemknąć między tymi potworami i w duchu dziękowała Vivekowi za łaskę, jaką ją obdarzył podczas tej ucieczki. Mijała walczących, widziała jak te zwierzęta rozrywają dunmerów na strzępy i ryczą triumfalnie nad każdym zabitym wrogiem. Bała się, lecz starała się opanować. Jeśli chciała przeżyć musiała uciekać stąd jak najdalej. Prócz strachu o siebie samą odczuwała jeszcze strach o brata. Uciekła zostawiając Sarandasa samego w epicentrum buntu. Ale ma przecież tylko dziesięć lat – mówiła sobie w myślach – musiała uciekać by ratować życie, musiała zostawić brata samego. Instynktownie wiedziała, że Sarandas da sobie radę był w końcu o dwadzieścia lat starszy od niej a na dodatek silny jak Ogrim. Mimo to strach o jego życie wciąż pozostawał. Na własne oczy widziała jak zginął Vehmin przyjaciel jej brata. Nic nie pomogło mu jego bojowe doświadczenie, gdy trzech Khajiitów skoczyło na niego i swymi ostrymi pazurami rozerwało na strzępy. Ten amok i okrucieństwo walk przerażał małą. Choć tyle razy w swoim krótkim życiu widziała już śmierć to sceny, które rozgrywały się tutaj miały pozostać w jej pamięci na zawsze. Im dalej biegła w pole tym odgłosy walk stawały się coraz słabsze i znikały w gęstej czarnej mgle, która zewsząd ją otaczała. Nie widziała, dokąd biegnie, ale był to kierunek na pewno lepszy niż to, co pozostawiała za sobą. - Paniusiu wstawaj! – nieprzyjemny głos odbił się echem po polu – No już wyskakuj z wyrka, bo nie mam całego dnia! Poczuła jak czyjaś wielka łapa ląduje na jej ramieniu i mocno nią potrząsa. Spalone pole znikło w oka mgnieniu a w jego miejsce pojawił się jakże swojski, choć lekko rozmazany obraz jaskini. Potężny ziew wydobył się z Hlodalowych ust jako oznaka buntu organizmu przeciwko tak rannemu wstawaniu. Przetarła oczy i podrapała się po długiej bliźnie na prawym policzku. Próbowała przypomnieć sobie sen, który śnił jej się przed chwilą. Jakie to zabawne – pomyślała – że sny umykają nam z głowy szybciej niż wszystkie bzdurne myśli. - Obudzona! – przypomniał o sobie nieprzyjemny głos. Hlodala spróbowała skupić wzrok na źródle owego skrzeczenia, co okazało się niezwykle trudne gdyż z jakiegoś powodu jej oczy odmawiały jej posłuszeństwa. Obraz był zamglony i mocno falował tak, że osobę chorą na chorobę morską na pewno doprowadziłby do wymiotów. Nie wyraźna sylwetka, której rysy powoli się zarysowywały również nie chciała się ustabilizować. Nie dość, że falowała szybciej od reszty przestrzeni to oprócz tego dzieliła się raz na dwie, raz na trzy a czasem nawet na cztery postacie. Hlodala potrząsnęła głową podobnie jak Ogar, który otrzepuje się z błotnistej kąpieli. Następnie otwartą dłonią trzy razy uderzyła się w bok głowy i ponownie spojrzała na źródło swej porannej pobudki. Jej oczom ukazał się nieco krępy i otyły dunmer. Jego tęgie policzki zdobiła formacja pryszczy a twarz była żywo zdjętą maską starej przekupki z targu. Szczyt głowy zdobił ogromny kok siwych włosów, spod którego łypały długie skośne oczy. Wciśnięty był w pancerz strażnika miejskiego niczym zębacz w konserwę. Całości widoku dopełniał grymas, jaki właśnie pojawił się na jego twarzy. -, Co się tak gapisz!? – zapytał jakże grzecznym tonem – wstawaj, ale już! - Lehmar – zawołała Hlodala siląc się, aby swój słodki głos zasilić jak największą nutą złośliwości – jak nie miło cię widzieć. - Mi ciebie również – zrewanżował się starając wyciągnąć Hlodalę za łokieć z hamaka – no podnoś się szef nie będzie czekać całą wieczność! – powiedział, gdy jego próby spełzły na niczym. - Zaczekaj najpierw muszę wyjść z szoku po kontakcie wzrokowym z twoją twarzą. - Co!? - Och no nie udawaj aż tak głupiego – zaperzyła się – wyobraź sobie budzisz się rano i widzisz twoją facjatę. - Okropne – przyznał Liet, który właśnie przechodził obok nich, – ale trzeba go usprawiedliwić ma to, na co dzień – dodał, po czym uciekł przed ciosem Lehmara śmiejąc się głośno. - Jak zawsze mili i elokwentni – warknął Lehmar i po raz kolejny spróbował ściągnąć Hlodalę z hamaka. - Dobra, dobra już schodzę – powiedziała z gracją uskakując przed jego ręką – a tak w ogóle to gdzie twój braciszek? – zapytała. - Czeka z Bovyanem na zewnątrz – odpowiedział popychając jej plecy – no ruszaj się, ruszaj. - To już południe? – spytała zdziwiona próbując zerknąć przez oddalone wyjście na niebo. - A niby, dlaczego ma być południe? -, Bo Odgen mówił, że zjawicie się po towar dopiero po południu. -, Ale jesteśmy wcześniej – skwitował Lehmar wypychając Hlodalę z jaskini. Tego ranka słońce prażyło wyjątkowo mocno. Po spędzeniu całej nocy w zimnej i ciemnej jaskini skóra Hlodali zareagowała nieprzyjemnym pieczeniem na ostre promienie słońca. Przyłożyła rękę do czoła by oślepiające światło nie ograniczało jej widoku. Rozejrzała się uważnie po zebranych przed jaskinią. Odgen i Liet dwaj nieodzowni towarzysze w przemytniczym boju stali nieopodal wielkiego głazu. Sarandas siedział przy ognisku i pichcił poranne śniadanko, co jakiś czas rzucał ukradkowe spojrzenia w stronę niewolnika. Wspomniany Argonianin wydawał się w ogóle nie przejęty całą sytuacją, spał smacznie, rozwalony na stercie pudeł nieopodal wejścia. - Dzień dobry – wesoło przywitała wszystkich Hlodala. Odpowiedziały jej jedynie ciche pomruki Odgena i Sarandasa oraz głośne chrapanie jaszczura. Przyczyna tak wczesnej pobudki stała natomiast nieco dalej. Niezbyt wysoki, ale niezwykle umięśniony dunmer o lśniącej łysinie i długich za kolczykowanych uszach. Jego poznaczona bliznami twarz dziwnie kontrastowała z szerokim uśmiechem i eleganckim ubiorem. - Szefie – powitała go Hlodala kłaniając się lekko. - Ach, witaj moja droga – skinął jej Bovyan – mam nadzieję, iż nie jesteś zła z powodu mojej wczesnej wizyty. - Ależ skąd – skłamała. Zawsze dobrze było podlizać się szefowi. - To dobrze, tak bardzo dobrze – powiedział kiwając głową – Vemid przyprowadź guary! – zawołał w stronę lasu. Z gęstwiny otaczającej bagna wyłonił się wysoki i szczupły dunmer. Jego wyblakła skóra i liczne zmarszczki świadczyły, że miał już swoje lata. Niewielka kozia bródka i długie pomarańczowe włosy zdobiły jego…