Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 28 min czytania

La Cammona Tong rozdział pierwszy

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Rozdział 1: Zwykły wieczór w zwykły dzień. Tego wieczoru chłodny wiatr zagnał wszystkich mieszkańców wioski Hla Old do ich ciepłych łóżek. Nawet strażnicy miejscy schronili się w rozgrzanej ogniem Mordowni Grubego popijając brandy i ani myśląc o wyściubianiu nosa poza ciepłe pomieszczenie. Tak, więc jedyną osobą, która nie przestraszyła się zimna i ten wieczór postanowiła spędzić na dworze był pewien nie najwyższego wzrostu dunmer. Rozłożył się wygodnie na drewnianych schodach prowadzących na nabrzeże. Swoje wielkie czerwone oczy wlepił w niebo a w ustach żuł kawałek wyschniętej trawy. Ubrany był lekko i zwiewnie jak gdyby kpił z chłodnej pogody. O trzy numery za duże ubrania wisiały na jego ciele kompletnie nie pasując do chudej i drobnej sylwetki. Założywszy jedną rękę za głowę leżał tak wpatrując się w gwiazdy. Żuł trawę i tłukł koniuszkami palców po swoich żebrach w nerwowym geście. Czekał na kogoś a ta osoba właśnie zaczynała się spóźniać. Z pobliskich szuwar do uszu dunmera dobiegł cichy szelest wodnej trawy. Uniósł lekko głowę i wlepił wzrok w miejsce skąd dochodził dźwięk. Jego dłoń automatycznie powędrowała do rękojeści chitynowego miecza. Szelest nie ustępował z sekundy na sekundę stawał się coraz głośniejszy coś, co znajdowało się w krzakach najprawdopodobniej zbliżało się w stronę wioski. Wpierw z gęstych traw wyłonił się kawałek drewna by po chwili urosnąć do rozmiarów sporego drzewa. Drewniane czółno wypłynęło z szuwar prowadzone przez podstarzałego jegomościa oraz jego argoniańskiego niewolnika. - Spóźniłeś się – zawołał dunmer do starca płynącego w czółnie. - Przewoźnik nigdy się nie spóźnia – odrzekł spokojnie starzec – przybywa zawsze w najlepszym momencie. - Masz wszystko? – zapytał dunmer ignorując słowa starca. - Oczywiście wszystko zgodnie z umową. Argoniański niewolnik zeskoczył z czółna i ściągną płachtę okrywającą stos koszy i pudeł, po czym zabrał się do ściągania ich na ląd. - To twoje złoto – zawołał dunmer po czym rzucił starcowi sakiewkę z pieniędzmi – a ty rusz swoje śmierdzące łapy – zwrócił się do niewolnika. -, Co pan rozkazać – odparł usłużnie niewolnik. - Chwila – wtrącił starzec – brakuje dziesięciu septimów – powiedział wymachując groźnie sakiewką. - To kara za spóźnienie – odparł sucho chłopak – może na przyszłość to cię nauczy punktualność. - Ty gówniarzu! – ryknął starzec – ja spóźniony, trzy godziny płynąłem przez te cholerne trawy by nie zostać zauważonym przez łodzie patrolowe tych cholernych legionistów. Ledwo żeśmy się odgonili od bandy skrzekaczy, które roznoszą to bagienne paskudztwo. A ty sukinkocie nie chcesz wypłacić mi całej kasy? - Gówno mnie to obchodzi – zaśmiał się, dunmer – mogła cię gonić nawet banda Ogrimów. Nie ruszałeś swoim starym dupskiem dostatecznie szybko, więc zadowolisz się tym, co ci łaskawie dałem. - Jesteś pewny? – zapytał chytrze starzec wyjmując zza płaszcza krótki sztylet. - Tak jestem pewny – odpowiedział dunmer machając swoim krótkim mieczem – naprawdę sądzisz, że dasz mi radę dziadku? - A co taki z ciebie wielki szermierz? – zarechotał starzec. - Najlepszy po tej stronie wyspy. Starzec zrobił pół kroku do tyłu. W głosie młodego dunmer nie czuć było wcale strachu, był bardzo pewny siebie a to mogło nieco zbić z tonu jego przeciwnika. Spokojne ruchy i zimne spojrzenie takie drobne gesty były bardzo ważne przed każdą walką. Stary przewoźnik nie należał do osób zbyt odważnych i skorych do bójki wolał się wycofać i pogrozić młodzikowi. - Napytasz sobie jeszcze biedy chłopcze – powiedział grożąc mu palcem – inaczej będziesz śpiewał jak porozmawiam z Bovyan’em. - A proszę bardzo leć poskarż się szefowi! – krzyknął dunmer – droga wolna jednak, gdy to już zrobisz lepiej nie pokazuj się więcej w Hla Old. My tutaj umiemy policzyć się z kapusiami. - Jeszcze zobaczymy – powiedział starzec celując oskarżycielsko palcem w chłopaka – jeszcze zobaczymy. - Oho, ale się wystraszyłem. Lepiej się zamknij i pomóż temu potworowi wyładować towar, bo nie mam całego wieczoru na ślęczenie tutaj. - Chyba Vivek ci rozum odebrał smarkaczu. Sam se ściągaj te pudła jak ci tak śpieszno. Dunmer splunął gniewnie na ziemię, po czym wszedł do wody by pomóc niewolnikowi przenieść ładunek na ląd. - Ruszaj zwłoki parszywa jaszczurko! – wrzeszczał, co jakiś czas na Argonianina. Kiedy cały ładunek znalazł się już na lądzie młody dunmer usiadł na piachu i otarł czoło z potu. Dwanaście ciężkich skrzyń oraz sześć wielkich koszy leżało teraz na piaszczystym wybrzeżu, co jakiś czas podtapiane przypływem. Jaszczur niewolnik dłubał wielkimi pazurami w ziemi, podczas gdy jego pan zbierał się do odpłynięcia. Widząc to Argonianin podniósł się i próbował dogonić swego właściciela, gdy usłyszał za sobą głos młodego dunmera. - Ej zielona bestio ty tu zostajesz ze mną! Argonianin spojrzał pytająco na swego pana. Starzec kiwnął jedynie głową odpychając swoje czółno w stronę głębokiej wody. - Żegnaj Pazurze – zawołał do niewolnika z oddali nim zniknął za horyzontem. - Żegnaj Pazurze – zaśmiał się do siebie dunmer – jakby to, to miało uczucia. Jaszczur udał, że nie słyszy rasistowskiej uwagi z ust jego nowego pana ostatecznie jako niewolnik był do nich przyzwyczajony. Tu, na Vvarvdenfell nikt nie traktował z szacunkiem ras zwierzęcych. Pazur patrzył jeszcze przez dłuższą chwilę na horyzont, za którym zniknął jego stary pan, po czym odwrócił się do młodego dunmera. - Pazur głodny – powiedział przyglądając się uważnie elfowi. - A co mnie to obchodzi – stwierdził oschle chłopak. - Pazur pójdzie sobie coś upolować. - Pazur nie ruszy stąd dupy – zaczął przedrzeźniać go elf – Pazur będzie tu siedział i pilnował towaru dopóki pan Odgen nie wróci tu ze swoimi kompanami. -, Ale Pazur jest głodny. - Stul ryj śmierdzielu – ryknął zdenerwowany Odgen – masz tu siedzieć i czekać, bo jak nie to porozmawiamy inaczej – zagroził jaszczurowi machając mu mieczem przed pyskiem. Była to dość dziwna groźba, jako że Argonianin był dwa razy większy od swego dunmerskiego pana. Posiadał do tego silnie umięśnione ciało i długi ogon, którym z pewnością złamałby kark mrocznego elfa jak zapałkę. -, Co pan każe Pazur zrobi – odparł przymilnie niewolnik kłaniając się lekko dunmerowi. - Widzę, że szybko się uczysz gadzie – zaśmiał się triumfalnie Odgen – siedź tu na swoim parszywym dupsku i nie pozwól nikomu dojść do tych skrzyń. Ja wracam niedługo, więc bez żadnych wyskoków. - Pazur rozumie. - Pazur nie ma mózgu, więc jak może rozumieć – rzucił mu na od chodne Odgen. Jaszczur odprowadzał wzrokiem swojego pana póki ten nie zniknął w ciemnej gęstwinie lasu. Rozejrzał się uważnie po okolicy, po czym mruknął pod nosem. - Pazur jest dostatecznie mądry by wiedzieć jak ci skręcić kark zasrańcu – powiedział do siebie niewolnik, – ale Pazur musi się najpierw dowiedzieć gdzie jest klucz do jego pawęży, o tak. Dopiero potem Pazur was wszystkich pozabija. Argonianiń uśmiechnął się do siebie myśl o odzyskaniu wolności była dla niego bardzo motywująca. Spojrzał na tafle wody, pod którą na pewno pływało stado dorodnych i soczystych zębaczy. Na myśl o posiłku, którego nie jadł od wczoraj zaburczało mu w brzuchu. - No cóż przecież Pazurowi należy się trochę pożywienia – pomyślał, po czym dał dalekiego susa do wody.

Po godzinie z mroków lasu wyłoniła się grupa dunmerów na czele, której dumnie kroczył Odgen. Zaraz za nim podążał osobnik, którego z powodzeniem można nazwać wielkoludem, przynajmniej jak na mrocznego elfa. Miał ze dwa metry wzrostu i potężną ciężką sylwetkę. Na ramiona i tors spływała mu gęsta kręcona broda a na głowie nosił wielką pomarańczową czapę. Można by go pomylić z dwemerem gdyby ta rasa nie wyginęła przed wiekami. Mimo to jego spojrzenie było łagodne i niezwykle ciepłe. - No to jesteśmy – zawołał wesoło wielkolud – przydało mi się trochę ruchu, bo już mi się kości zastały od siedzenia w tej jaskini – rozpostarł szeroko ramiona jak przy ćwiczeniach gimnastycznych – to gdzie te toboły, po które się tu wlekliśmy. - Tam Sarandasie – wskazał Odgen olbrzymowi – a gdzie do cholery podziało się to przeklęte zwierze!? -, Jakie zwierze? – zapytał dunmerska dziewczyna wychodząc przed szereg. Nie należała do zbyt wysokich osób, ale nie była też prawie karłowata jak Odgen. Szczupła o niezbyt wydatnych kształtach promieniała wesołością i pogodą ducha, która aż biła z jej twarzy. Brązowe włosy zwykle spięte w kok dziś wieczór rozpuściła sobie na plecach. - Niewolnik Hlodalo – odpowiedział Odgen – parszywy Argoniański potwór. Zapewne zwiał i buszuje teraz gdzieś po bagnach. - Nie denerwuj się Odgenie – powiedział tubalnie Sarandas waląc Odgena po przyjacielsku w plecy nie wyczuł jednak swojej siły i niziutki elf prawie się przewrócił – rano wezmę ze sobą Lieta i poszukamy go na wybrzeżu. - Daleko nie zwieje – zauważył dunmer stojący za nimi. Wyglądałby całkiem przeciętnie gdyby nie rude włosy i formacja cudacznych malunków na twarzy – wlazł do wody – wskazał na ślady łap, – więc na pewno płynie wzdłuż wybrzeża, bo wpław na kontynent raczej nie dopłynie. - Teraz to i tak już nie ważne – uznał Odgen – łapmy się za towar i ruszajmy do kryjówki nim się ociepli i strażnicy wyjdą od Grubego – wskazał brodą na starą szopę, w której mieściła się jedyna w mieście knajpa. - Zimno jak w ogarni – zauważył Liet zwracając się cicho do Sarandasa, – jeśli do rana temperatura nie wzrośnie nie wiem czy jest sens szukać tego niewolnika. -, Dlaczego? – zdziwił się Sarandas. - Ci niewolnicy to zwierzęta nie mają stałej temperatury ciała, jeśli nie znajdzie miejsca, w którym zdoła się ogrzać, – w co wątpię – zamarznie gdzieś na polanie. - No to chyba żadna strata – wtrącił Odgen – im mniej tych zawszonych obcych na naszej ziemi tym lepiej. Chodźcie tu i mi pomóżcie – powiedział podnosząc jedną ze skrzyń. Zbierając pakunki dunmerowie nie zauważyli bąbelków powietrza pojawiających się na powierzchni wody. Z każdą chwilą pojawiało się ich coraz więcej aż w końcu z tej małej kipieli wyłonił się czubek głowy Argonianina. -, Co to jest! – wrzasnęła Hlodala wskazując palcem na wyłaniającego się z wody Pazura. Wszyscy patrzyli na niego zszokowani, gdy wychodził niosąc w dłoni rozdarte ciało dreugh’a. - Pazur był głodny – powiedział widząc ich zszokowane spojrzenia, po czym rozłożył się na piachu i rozpoczął konsumpcję złapanego potwora wodnego. Zapanowała chwila ciszy, którą przerwał Odgen najwyraźniej wracając na ziemie po głębokim szoku, jaki przeżył. - Miałeś siedzieć i pilnować towaru parszywy śmieciu! – krzyknął. - Pazur był głodny – odpowiedział beznamiętnie jaszczur nie racząc swego pana nawet spojrzeniem. Z pełnym oddaniem oddawał się konsumpcji. - Mogłeś nawet tu zdychać – zawołał, – ale miałeś pilnować towaru! - Pazur był głodny – powtórzył cierpliwie Jaszczur. Mieszanina wściekłości i niedowierzania pojawiła się na twarzy Odgena. Rzucając głośno przekleństwami nerwowym ruchem zaczął wyciągać bicz do skarania niewolnika, powstrzymał go Sarandas kładąc swoją wielką dłoń na jego małym ramieniu. - Daj spokój Odgenie – powiedział swoim spokojnym tubalnym głosem – nie mamy teraz czasu na karanie niesfornych bestii. Musimy się zbierać zanim ktoś postanowi wyjść na zewnątrz. Odgen nieznacznie skinął głową, po czym spróbował się uspokoić. Zbyt bardzo liczył się ze słowem Sarandasa by upierać się przy karaniu przygłupiego niewolnika. Zreflektował się, po czym krzyknął w stronę jaszczura. - Ej śmierdzielu zostaw ten kawał padliny i rusz dupę. Łap się za wolne skrzynie i ruszamy.

Lasy i bagna spowijał gęsty mrok nawet dwa księżyce świecące jasno na niebie nie były w stanie rozjaśnić tych egipskich ciemności. Droga przez te tereny nie była łatwa, co róż można było natrafić na dziury, wystające korzenie bądź grząskie torfy a do tego noc skutecznie ograniczała zasięg widzenia. Niestety w takich oto warunkach nasza drużyna zmuszona była do podróżowania. Naprawdę dziwny był to pochód. Z przodu z pochodnią w ręku kroczyła Hlodala zgrabnie przeskakując nad dziurami i korzeniami drzew, tuż za nią kroczył Odgen obładowany licznymi pudłami i z przodu i z tyłu. Za Odgenem kroczył Liet sapiąc ciężko gdyż do jego pleców przywiązane były wszystkie kosze a w rękach trzymał jeszcze dwa pudła. Tuż obok Lieta dumnie wyprostowany szedł Sarandas najwyraźniej potężne pakunki uwieszone na jego plecach i klatce piersiowej nie robiły na nim żadnego wrażenia. Nucił sobie pod nosem, co jakiś czas skubiąc końcówki swojej brody. Na samym końcu przestępując z nogi na nogę człapał Pazur. On również nie odczuwał ciężaru wyprawy. Nonszalancko zarzucił wszystkie swoje tobołki na plecy a na ich szczycie uczepił martwe ciało dreugh’a. Szczypce martwego zwierzęcia szorowały po ziemi, co jakiś czas odbijając się od kamieni porozrzucanych na drodze. - Musimy sobie kupić guara – wydyszał Odgen spod ciężkiego ładunku, który go przygniatał. Szlachetnie ofiarował się, że będzie niósł pudła przeznaczone, dla Hlodali, choć powoli zaczynał żałować tej decyzji. - Się nie martw – pocieszał go Sarandas – zaraz będziemy na miejscu. - Oby, bo już mi nogi w dupę wchodzą od dźwigania tego ciężaru – wyznał Odgen – ta jaszczurka idzie za nami? – zapytał. - Wlecze się, wlecze – odpowiedział mu Liet. Sarandas rzucił okiem na niewolnika trzymającego się kilka kroków za nim. Ciekawiła go ta bestia. Jaszczur był silniejszy i znacznie zwinniejszy od swoich pobratymców. Sarandas znał zachowania ras zwierzęcych, przez dziesięć lat pracował na wielkich plantacjach solonego ryżu należących do rodu Tres. Tam liczba Argonian i Khajiitów przekraczała trzykrotnie liczbę…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
La Cammona Tong rozdział pierwszy — czytnik · opowiadania