Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

psychologia · 11 min czytania

Labirynt

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Wszystkie prawa do tekstu zastrzeżone. Copyright © 2011 by Mariusz Zimoński. All rights reserved.

(Miło mi poinformować, że opowiadanie zostało docenione po latach i opublikowane w kwartalniku literackim MIGOTANIA nr 3/2025, więc tym bardziej zapraszam do lektury mojego tekstu.)

Mariusz Zimoński LABIRYNT

Kiedy byłem mały, bardzo lubiłem rysować labirynty. Każdą wolną chwilę poświęcałem na to, aby tworzyć korytarze i ściany z kresek. Pamiętam, że zawsze dążyłem do tego, by taki labirynt był jak największy i jak najbardziej pogmatwany. Właściwie nie chodziło chyba do końca o to, by projektować labirynt z jakąś jedną drogą wyjścia, tylko by ilość odnóg, zakrętów i nieoczekiwanych przejść była nieskończona. Już samo rozgałęzianie tych korytarzy, moment, w którym zaczynałem rysować ich rozwidlenia w różnych kierunkach, fascynował mnie. Był to jakiś impuls, którego nie rozumiałem, ale któremu natychmiast ulegałem, tak jak i ołówek w mojej dłoni. Labirynt musiał być skomplikowany, nie było innej możliwości. To, co miało być z początku proste, automatycznie przekształcało się nagle w jakiś pokręcony i nieokiełznany splot. Gdy kończyłem rysować, od razu próbowałem przechodzić przez swoje labirynty. Wyobrażałem sobie wtedy, że jestem fizycznie w jakimś prawdziwym labiryncie, w którym brakuje oświetlenia, gdzie jedynym źródłem światła była albo paląca się pochodnia, albo latarka, którą trzymałem w dłoni, a która oświetlała tylko fragment tajemniczego miejsca, w którym się znajdowałem. Z jednej strony pociągało mnie to, że nigdy nie wiadomo było, co jest dalej, za najbliższym zakrętem lub rozwidleniem, ale z drugiej strony zawsze się bałem tej sytuacji zamknięcia w czymś tak nieokreślonym, z czego może nie da rady się wydostać. Ktoś mi kiedyś powiedział lub może przeczytałem o tym przypadkiem, że jeśli trzymać się tylko lewej lub tylko prawej strony korytarza to zawsze w końcu wyjdzie się na zewnątrz i nie ma takiej możliwości, by człowiek się zagubił. Zacząłem tak próbować i choć ten sposób pochłaniał dość dużo czasu i zwiedzałem przy tym prawie wszystkie odnogi korytarzy, to faktycznie zawsze znajdowało się wyjście z Labiryntu.

Pewnego dnia jednak zdarzyło się, że labirynt wymsknął się spod mojej kontroli. Sam zaczął się jakby rysować i nie można było w żaden sposób tego zatrzymać. Jak wmurowany stałem i patrzyłem na to dziwne zjawisko. Starałem sobie to jakoś wytłumaczyć, że może to jakaś niesamowita gra światła i cienia jest za to odpowiedzialna albo że może coś wcześniej wylało się na biurko i teraz zaczyna przebijać leżący na nim papier. Jakkolwiek się nad tym zastanawiałem, labirynt stawał się coraz większy i większy. Już dawno wykroczył poza arkusz papieru, z którego brał swój początek. Powoli oplątywał najpierw moje biurko, potem ściany oraz sufit. Wyglądał jak kłębek kwadratowego jelita grubego, który co chwila zdobywa coraz większą płaszczyznę w poziomie i pionie. Gdy opanował już cały pokój i mogłoby się zdawać, że to kres jego możliwości, labirynt nagle zaczął z sufitu skapywać na moją głowę. Kropla po kropli. Bardzo precyzyjnie mierzył w sam czubek. Choć próbowałem się odsuwać i unikać go, to zawsze we mnie trafiał, gdziekolwiek stanąłem. Przenikał przy tym przez moją czaszkę, wkraczając i opanowując każdy zakamarek szarości, który napotkał. Im bardziej próbowałem z tym walczyć i nie dopuszczać labiryntu do siebie, tym bardziej modyfikował się i rozrastał w moim umyśle, tworząc coraz więcej mniejszych i bardziej skomplikowanych układów. I tak pozostał. W pewnym momencie widziałem już tylko korytarze, w których tkwiłem, a które rozchodziły się we wszystkich kierunkach mojego organizmu. Chciałem ruszyć, spróbować wydostać się z tego, ale kiedy postępowałem parę kroków naprzód, to korytarze labiryntu zlewały się nagle ze sobą w jedną całość. Wydawało się w tym momencie, że każdy korytarz jest jakby wszystkimi korytarzami naraz i na odwrót. Kiedy się zatrzymywałem, korytarze ponownie rozchodziły się w swoich niby kierunkach, dając mi złudne poczucie określenia. Miałem przy tym wrażenie, że labirynt drwi ze mnie i nieźle się przy tym bawi. Na pewno obserwował mnie bardzo uważnie, do tego stopnia, że ściany korytarzy napinały się, tak jakby do skoku, przy każdym moim najmniejszym poruszeniu.

Patrzyłem beznamiętnie i długo w przestrzeń, oparty o porysowaną przez labirynt ścianę mojego pokoju. Pomyślałem nad tym, gdzie jestem, a gdzie chciałbym właściwie być lub „nie być”. Poza materią i czasem? Poza własną „ułomną” energią, z której nie ma wyjścia, a w której musimy istnieć i określać się wobec układów odniesienia? A może jest to wyjście, ale co wtedy? Dać się zwariować lub rozpaść się na części pierwsze, drugie lub trzecie? Impuls. Ołówek rysujący linie.

Cokolwiek się działo lub nie w korytarzach labiryntu, to jednak próbowałem nadal iść. Czułem, że coś mnie do tego popycha, jakiś mechanizm ukryty gdzieś tam, gdzie nie mam dostępu, gdzie nikt nigdy właściwie nie ma, chyba. Nie potrafię określić, jak długo to trwało. Pamiętam tylko, że byłem już mocno wyczerpany. W pewnym momencie coś poprzez powietrze wdarło się w korytarze. Na początku delikatnie, trochę nieśmiało, ale potem na tyle intensywnie i mocno, że nic już nie mogło tego powstrzymać. Jak echo odbijało się od ścian labiryntu i docierało do moich uszu. Przestałem krążyć

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Labirynt — czytnik · opowiadania