Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Pisarstwo · 45 min czytania

Labirynt snów (1-4)

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

1. Cynamon, ulica i płacząca wierzba

Powietrze wypełniał przyjemny aromat starej kanapy. Dlaczego? Przecież stoję nagi, zanurzony po pas w wodzie, szturchany przez zimne morskie fale. Wpatruję się w czyste błękitne niebo, po którym przed chwilą przebiegł czarny kot. Jednak teraz stracił się gdzieś za horyzontem pozostawiając jedynie białe ślady i cichy pomruk niesiony przez wiatr. Fale pieniąc się zawistnie, napierają z coraz większą siłą. Ledwo utrzymuje równowagę, obraz zaczyna rozpływać się i zlewać w jedną bezkształtna plamę. Upadam.

Z trudem podniosłem zmęczone powieki i jakby zawieszony na granicy światów, przyglądałem się zmaganiom bladego staruszka, o nieprzyjemnym zapachu taniego cygara. Wytrwale potrząsał moim nie przebudzonym ciałem, usiłując wydobyć z niego chociaż odrobinę, pogrążonej jeszcze w głębokim śnie świadomości. Chłonąc cichy szum wiatru, który przedostawał się do wnętrza przez uchylone okno, wpatrywałem się w nieznajomego, ubranego w granatowy mundur. Mężczyzna okazał się niewysokim konduktorem o nieco tępym spojrzeniu. Na jego prawie łysej głowie przy akompaniamencie świstu chłodnego powietrza, kilka siwych włosów tańczyło ostatnie tango wieczoru. Zacząłem przywoływać myślami melodię Calambre Astora Piazzolli i rozkoszując się komicznym przedstawieniem, wiwatowałem na cześć pokracznych wygibasów, powtarzając bezgłośnie - Tańcz, tańcz, tańcz. Z transu wyrwał mnie trzask zamykanego okna. Staruszek dumny, że zwrócił na siebie uwagę obdarował mnie szczerbatym grymasem zadowolenia. Dopiero widok jego wykrzywionej miny uświadomił mi, że znajduję się w pociągu i najprawdopodobniej przegapiłem swoją stację. - To już koniec trasy, proszę wysiadać ! - Jego tytoniowy odór z każdym słowem przedzierał się przez myśli, grabiąc i paląc pozostałości spokojnego snu. – Niechże się pan obudzi! - Konduktor wytrwale walczył z bezwładnym ciałem, podczas gdy ja bezradnie przyglądałem się jego próbie przywrócenia mnie do rzeczywistości. Za oknem kilka latarni, ostatkiem sił rozświetlało niewielki bezludny peron, który jednak zanurzając się coraz bardziej w mrok, wydawał się jakby nieskończony. Kilka masywnych filarów podtrzymywało dach, który miał chronić ludzi przed deszczem, jednak teraz dawał schronienie jedynie pustym ławkom. - Poszukałby pan lepiej klucza! – nie wiem czemu, ale te słowa podziałały jak kubeł zimnej wody. Nagle poczułem dziwne mrowienie na karku. - Klucza? – spytałem nie mając bladego pojęcia o co mu chodzi. - Co? – odparł równie zaskoczony, a ja zdziwiony jego zdziwieniem poczułem się zaskoczony jeszcze bardziej. - Wspomniał pan przecież coś o kluczu – podrapałem się po karku, po czym dla pewności zrobiłem to ponownie. - Wspomniałem jedynie, byś się stąd wyniósł – czyżbym się przesłyszał? Właściwie to dlaczego miałbym szukać jakiegoś klucza, skoro to nie ja go zgubiłem. Dla własnego dobra postanowiłem o tym zapomnieć. Z rozbrzmiewającym w uszach chropowatym głosem konduktora, zacząłem powoli odzyskiwać panowanie nad ciałem. Podpierając się o ścianę, wstałem starając się utrzymać na nieco zdrętwiałych jeszcze nogach. Przetarłem odruchowo oczy pozbywając się zaschniętej ropy, która zebrała się w kącikach i na rzęsach, jednak nie udało mi się pozbyć zmęczenia. Podniosłem z kanapy zwinięty czarny płaszcz, który przez całą podróż służył mi za poduszkę i narzuciłem go na siebie. Pod nim schowana była stara skórzana torba zamykana na dwie stalowe klamry. Zarzuciłem ją na ramię wsłuchując się w przyjemne brzęczenie zapięć. Wychodząc z przedziału owinąłem szyję szarym szalikiem, który wyjąłem z torby i wolnym krokiem zacząłem podążać za tytoniowym odorem. Wszystkie mijane przedziały były puste, najwyraźniej tylko ja i konduktor zostaliśmy w pociągu. Staruszek klnąc i narzekając doprowadził mnie do wyjścia, po czym z trzaskiem zasunął drzwi gdy tylko wysiadłem z wagonu. Na zewnątrz od razu uderzyła we mnie fala świeżego cynamonowego powietrza, którą dobrze znałem z dzieciństwa. Wujek przez długie lata pracował na kolei i całkowicie przesiąknął tym zapachem. Gdy nas odwiedzał zawsze przytulał mnie mocno, pozwalając chłonąć przyjemny zapach. Pamiętam, że po jego śmierci nieczęsto miałem okazję upajać się jego barwą i smakiem.

Na peronie podszedłem do podniszczonej ławkę, z której odpadały duże płaty zielonej farby, obnażając spróchniałe drewno. Przez chwile chłonąłem jej uspakajający aromat. Wyjąłem z kieszeni płaszcza mały scyzoryk, i delikatnie wyryłem w drewnie napis proszę, odszukaj mnie, po czym ruszyłem dalej. Zastanawiałem się nad pozostawionymi słowami, jednak nie potrafiłem znaleźć wyjaśnienia dla tego co zrobiłem. Za radą małej tabliczki z napisem Na dworzec zszedłem po schodach do podziemnego przejścia. Ściany tunelu pokryte były żółtą wyblakłą farbą, gdzieniegdzie dało się zauważyć odpadający tynk. Cynamonowy wiatr wiał w plecy i mieszał się z atakującym od przodu powiewem ciepłego powietrza. Po chwili wspiąłem się po kamiennych stopniach i trafiłem do niewielkiej jasnej sali. Dworzec był opuszczony, a jego ściany pokryte równie nieprzyjemną żółcią co tunel. Zdziwił mnie brak kolejki przy kasie, która zresztą – co jeszcze bardziej mnie zaskoczyło - była zabita deskami. Okienko informacji zamurowano czerwoną cegłą. Nad drzwiami wyjściowymi widniał napis Witamy w domu, jednak nie sprawiło to, że poczułem się lepiej. Wnętrze Sali rozświetlał masywny żyrandol podwieszony pod sufitem, sprawiając wrażenie pocisku, który lada moment runie z hukiem. Tu także dało się wyczuć wyraźną woń cynamonu, jednak słabszą niż na peronie. Wyszedłem z dworca na mały placyk, gdzie pod dwiema wysokimi latarniami, w dużych kamiennych donicach rosły nieznane mi kwiaty. Ich równie obca woń, nie kojarzyła się z żadnym znanym kolorem czy smakiem. Malutkie różowe listki zakończone małymi igiełkami podtrzymywane były na cieniutkiej zielonej łodyżce uzbrojonej w prawie niewidoczne ostre kolce. Przekonałem się o tym jednak dopiero gdy ukłułem się w palec. Niewielka czerwona kropelka pojawiła się na opuszku kciuka. Wyjąłem z torby paczkę chusteczek jednorazowych i owinąłem jedną z nich wokół palca. W kieszeni płaszcza znalazłem cienką czarna gumkę do włosów, którą nałożyłem na kciuk, tak by przytrzymywała prowizoryczny opatrunek. Krwotok co prawda nie był śmiertelny, jednak nie chciałem poplamić się krwią. W powietrzu unosił się znajomy aromat. Przebijał się przez cynamonową aurę dworca tworząc coś w rodzaju zapachowego tunelu. Woń wydawała się znajoma jednak próby odgadnięcia jej pochodzenia, smaku bądź barwy, okazały się daremne. Aromat był bardzo mocny, więc zdziwiłem się, że nie poczułem go wcześniej. Nie mając pojęcia gdzie jestem i bez pomysłu w którym kierunku podążyć, postanowiłem pójść jego śladem.

Oddalając się od dworca usiłowałem przypomnieć sobie świat, z którego zostałem zbudzony, jednak w pamięci nie odnalazłem niczego poza paroma niewyraźnymi obrazami. To musiał być dobry sen, skoro tak ciężko było konduktorowi mnie z niego wydostać. Dworzec znajdował się na jednym z końców długiej brukowanej uliczki, wzdłuż której po obu stronach wyrastały niemal identyczne powykrzywiane domy. Przed nimi sterczały latarnie nachylone do ziemi pod różnymi kątami, sprawiając wrażenie zmęczonych, ciągłym rozświetlaniem drogi. Domy zbudowane były w jednakowym upiornym stylu przypominającym nagie ludzkie żebra, pomiędzy które upchano różnej wielkości kamienie. Całość przykryta była czerwoną dachówką, na której gdzieniegdzie dało się zauważyć połyskujące w świetle latarni kępy trawy. Ze zdumieniem przyglądałem się krzywym ścianom, z których wystawały pionowe drewniane belki stanowiące żebrową konstrukcję budynków. Pomiędzy nimi znajdowały się małe okienka z ciemnego, jakby okopconego szkła, nie pozwalające zajrzeć do środka. Nad drzwiami spoczywały pokryte dachówką malutkie daszki, każdy podtrzymywany przez dwie masywne belki. Domy różniły się jedynie kolorem. Niektóre były białe, inne brązowe, dalej dało się zauważyć żółte, a nawet niebieskie. Zapachy budynków atakowały moje myśli, wdzierały się do głowy by po chwili zostać przegnane przez inne, znacznie intensywniejsze. Gdy doszedłem do końca uliczki przede mną był już tylko mrok i wynurzający się z niego aromat lasu. Postanowiłem zawrócić i rozejrzeć się za noclegiem. Pozamykane drzwi nie były dla mnie zaskoczeniem, jednak nadal liczyłem, że ktoś wpuści mnie do środka. W połowie drogi, zniechęcony niepowodzeniami znów poczułem tajemniczy zapach. Tym razem jego barwa i smak były znacznie intensywniejsze, ale nadal nie potrafiłem przypomnieć sobie skąd go znam. Nie zwracając uwagi na inne domy, podążyłem w kierunku tego, do którego należał aromat. Chwilami zapach wilgotnego drewna zbijał mnie z tropu, jednak szybko odnajdywałem właściwy szlak. Po chwili gdy woń była już bardzo wyraźna, zatrzymałem się i zacząłem rozglądać się po szyldach budynków. Gdy zobaczyłem słabo oświetlony czerwony napis, od razu zrozumiałem skąd znałem ten zapach. Natychmiast przypomniał mi się dziadek, który przychodził wieczorem i siadał na skraju łóżka z grubą księgą w ręku. Jako mały chłopiec dostrzegałem coś magicznego w jego rytuale wertowania kartek i przesuwania palcem po tekście. Potem zaczynał czytać na głos wybraną legendę, a ja słuchając z przejęciem chłonąłem każde jego słowo, zanurzając się przy tym w delikatnym zapachu pożółkłych stronic. Po wysłuchaniu opowieści o dalekich krainach, przerażających stworach i zapomnianych ludach, wyruszałem na samotne wędrówki w głąb wyobraźni, gdzie co noc przeżywałem inną przygodę. Mama uważała, że legendy dziadka tylko mi szkodzą, jednak on nadal przychodził i czytał. Budynek antykwariatu nie różnił się niczym szczególnym od pozostałych, był może nieco bardziej powykrzywiany. Gdy nacisnąłem klamkę, drzwi ustąpiły, a fala ciepłego powietrza zachęcająco zaprosiła mnie do środka.

Wewnątrz rozbrzmiewała Sweet Georgia Brown Nat Kig Cola, której w dzieciństwie słuchałem często na starym gramofonie ojca, ze względu na wpadającą w ucho melodię. Jednak mimo starań nie udało mi się dostrzec źródła dźwięku, stanowił on jakby integralną część wdychanego powietrza. Ściany antykwariatu zasłaniały wysokie po sam sufit masywne regały, wypełnione ciasno upchanymi książkami. Niektóre z drewnianych konstrukcji jakby nie potrafiąc znaleźć dla siebie wystarczająco miejsca, wyrastały ze ścian tarasując przejście. W oczy rzucał się chaos panujący na półkach, gdzie książki zdawały się być w totalnym nieładzie. Na pierwszy rzut oka nie dało się tu dostrzec porządku alfabetycznego, segregacji według gatunku, tematu czy autora. Większość z nich była zniszczona, tylko gdzieniegdzie dało się zauważyć nowe, bądź bardzo zadbane egzemplarze. Książki, które nie znalazły dla siebie miejsca na półkach, leżały na ziemi poukładane w wysokie stosy. Niektóre z nich kiwając się delikatnie na boki, sięgały podwieszonych pod sufitem staromodnych żyrandoli o prostych niewyszukanych kształtach, rzucając długie cienie na podłogę z ciemnych desek. Regały wypełniały każdą możliwą przestrzeń, pozostawiając jedynie tyle miejsca, by można było między nimi przejść. Czułem się jak pasażer w zatłoczonym pociągu starający się dostać na drugi koniec wagonu. Im bardziej zanurzałem się w głąb antykwariatu, tym większe miałem wrażenie, że znajduje się w dziwnym labiryncie, pełnym niekończących się uliczek i ślepych zaułków. Między niektórymi regałami przeciskałem się z trudem, strącając przy tym kilka książek z półek. Usiłując przebrnąć przez jedno z takich przejść zrzuciłem kolejne. Podniosłem książki i nie starając się nawet odgadnąć gdzie dokładnie leżały, odłożyłem je w wolne miejsce. Były to Czasy zapomniane w twardej żółtej okładce, Dom w środku lasu w miękkiej oprawie oraz Samotność nad jeziorem. Pod butem wyczułem jeszcze jedną, która jak się okazało była, malutką książeczką pod tytułem Podróż pana Acri. Zacząłem przerzucać strony czytając przy tym wybrane fragmenty tekstu, co początkowo przychodziło mi z trudem gdyż styl autora był przerażająco słaby. Zdania raziły ilością błędów oraz ubogim słownictwem, jednak przyjemny zapach płaczącej wierzby, który towarzyszył lekturze, zachęcał do dalszego czytania. - Jest pan tu pierwszy raz, prawda? – usłyszałem za plecami piskliwy głos. Odwróciłem się i ujrzałem zgarbionego starca w okularach. - Tak – odpowiedziałem, ściskając w dłoni malutką książeczkę – pracuj tu pan? - Jestem właścicielem tego antykwariatu – odparł jakby było to mało istotne. Wyglądał raczej jak sprzedawca w sklepie mięsnym, a przynajmniej takie miałem wrażenie. Ubrany był w niebieską wymiętą koszulę wciśniętą w wąskie szare spodnie. Na szyi zawieszony miał ciemnozielony fartuch sięgający do kolan i zawiązany dodatkowo w pasie. - Dziwne miejsce – dawniej często odwiedzałem antykwariaty, księgarnie i biblioteki, jednak żadne z nich nie było podobne do tego co właśnie widziałem. - Można przywyknąć – Antykwariusz zdawał się nie wydzielać zapachów, w powietrzu unosiła się jedynie woń wierzby – szuka pan czegoś? – spytał, zerkając to na mnie, to na małą książeczkę w mojej dłoni. - Nie, tylko przeglądam – starzec najwyraźniej oczekiwał, że coś kupię, natomiast ja nawet nie wiedziałem ile mam przy sobie pieniędzy. – Ile za Podróż pana Acri? – zaryzykowałem. - Słucham? – odparł zdziwiony. - Chciałbym kupić tę książkę – powiedziałem zdecydowanie, chociaż nie byłem przekonany by była to najlepsza inwestycja. - Kupić?! – powiedział z obrzydzeniem i podnosząc nieco głos, tak jakbym chciał zrobić coś paskudnego, godnego największej pogardy. Być może była to jego ulubiona książka i nie chciał się z nią rozstawać, jednak nie jest to chyba powód by od razu atakować ludzi. Zresztą w ogóle mi na niej nie zależy, wystarczy powiedzieć, nie mam nawet zamiaru się targować. Właściwe starzec wyświadczyłby mi tylko przysługę. - Tak, przecież to antykwariat, prawda? – mimo to starałem się wybronić się z sytuacji. Z kupna książki zrezygnowałem na dobre, jednak pomyślałem, że miło będzie podroczyć się trochę z antykwariuszem. - Tutaj może pan jedynie czytać, nie sprzedaję książek – odparł jakby było to oczywiste - Gdybym sprzedawał książki każdemu kto chce je kupić to zamiast antykwariatu wie pan co bym miał? – spytał patrząc mi głęboko w oczy zza grubych szkieł okularów. - Pieniądze? - Puste pułki! – krzyknął przysuwając swoją twarz jeszcze bliżej mnie. - A czy można je wypożyczać? –spytałem starając się wyjść z zasięgu jego oddechu. - Ma mnie pan za głupca? – im dłużej wpatrywałem się w starca, tym ciężej było mi odpowiedzieć. Zdecydowanie było z nim coś nie tak. - Nie, nie mam – powiedziałem w końcu, jednak bez przekonania. - Może pan przychodzić do antykwariatu i czytać, jednak nie można wynosić książek na zewnątrz – antykwariat był bezludny, nikt najwyraźniej nie chciał tracić czasu na czytanie książek w takim miejscu. - Zawsze jest tu tak tłoczno, czy tylko o tej porze? –spytałem z ironią w głosie, jednak w chwili gdy wypowiedziałem te słowa za jednym z oddalonych regałów przeszła jakaś postać, po czym zniknęła za wysokim stosem książek. Nie zdołałem zauważyć czy był to mężczyzna czy kobieta. - Widzę, że jednak ktoś jeszcze odwiedza to miejsce – dodałem zdziwiony. - On tu mieszka – powiedział jakby był to jakiś natręt, którego od dawna nie może się pozbyć. - Jak to mieszka? – czułem, że z każdym pytaniem coraz bardziej się pogrążam. - Pisze powieść, więc mieszka – odparł, jakby mając mi za złe, że nie zapoznałem się z panującymi tu zwyczajami. Starzec patrzył na mnie jak durnia. Sprawy, które do tej pory wydawały mi się oczywiste, w antykwariacie nagle się komplikowały. - Każdy kto pisze powieść, może tu mieszkać? – pomyślałem, że to może być moja szansa na nocleg. - A czy ja mam garba? – nie ważne, jak bardzo starzec starałby się go ukryć, nie udałaby mu się ta sztuczka. Pomimo tego, że cały czas stąpał z nogi na nogę ustawiając się do mnie pod coraz to innym kątem, garb był nadal widoczny. Odpowiedź była oczywista jednak postanowiłem nic nie mówić. - Ja też piszę powieść – zaryzykowałem - czy w takim razie mogę zostać? – oczywiście nigdy nie napisałem nawet opowiadania, jednak nie mogłem przepuścić takiej okazji. - Tak, o ile znajdzie pan wolne łóżko – przez chwile poczułem odrobinę sympatii do antykwariusza, a moje ciało zaczęła ogarniać radość. - Ile kosztuje wynajęcie pokoju? – spytałem dla pewności by nie obudzić się rano z rachunkiem na gargantuiczną kwotę. - Pokoju? – sympatia do starca prysła jak mydlana bańka. - W takim razie, gdzie są łóżka? – zaryzykowałem kolejnym pytaniem, bojąc się jednocześnie nadciągającej odpowiedzi. - Wszędzie, wystarczy się tylko rozejrzeć. 2. Rzodkiewka, łóżko i zatruty kolec.

Mijając kolejne masywne regały i sterty książek walające się na podłodze, wypatrywałem wolnego łóżka. Jednak w zasięgu wzroku nie dostrzegałem nawet takiego, które byłoby zajęte. A wystarczyło się rozejrzeć, tak przecież powiedział. W młodości niemal wszyscy powtarzali mi bym szukał własnego celu. Jednak zawsze byłem słaby z geografii i z tego powodu miałem problemy z odnalezieniem się w rzeczywistości. Czasem traciłem się nawet we własnych myślach i nie ważne jak bardzo się starałem, zawsze czułem się zagubiony. Gdy dorosłem mama podarowała mi kompas mając nadzieję, że to pomoże mi odnaleźć się w życiu. Następnego dnia wyszedłem z domu i nigdy nie wróciłem, zostawiłem jedynie kartkę z informacją, że poszedłem szukać przyszłości. Niestety w antykwariacie nawet kompas nic nie pomoże, przecież nie wiem który kierunek jest właściwy. Przechodziłem właśnie obok Opowieści znad smutnego urwiska, a następnie skierowałem się w stronę żółtego grzbietu okładki. Książka okazała się Wspomnieniami pani Rzodkiewki. Zaciekawiony tytułem, otworzyłem ją by sprawdzić kto jest autorem. Wewnątrz zamiast nazwiska znalazłem pod tytułem jedynie informację o tym, że jest to wydanie trzecie poprawione, a na nim, odciśniętą czerwoną pieczęć z napisem Wydanie cofnięte. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że książki można cofać. Co to właściwie oznaczało? Autor nie był zadowolony ze swojego dzieła i postanowił wycofać je z obiegu? A może nie spodobało się ono krytykom i kazali je poprawić? Czy gdybym odbił sobie pieczęć na czole również został bym cofnięty? Ale dokąd? Czy cofnąłbym się w czasie czy w rozwoju? A może stałbym się po prostu mniej ważny, a moje dotychczasowe funkcje przejąłby ktoś inny. Odłożyłem książkę na miejsce i sięgnąłem po inną, również w żółtej oprawie, znajdującą się na niższej półce. Tym razem było to dwunaste wydanie poprawione Wspomnień pani Rzodkiewki, ale tak jak i w pierwszym przypadku, zostało ono cofnięte. Idąc żółtym szlakiem natrafiłem na kilka kolejnych cofniętych wydań tej samej powieści. Zatrzymałem się dopiero przy wydaniu dwudziestym, znacznie grubszym niż pozostałe, jednak również naznaczone czerwoną pieczęcią. Odstawiłem książkę na miejsce i ruszyłem dalej, przedzierając się pomiędzy regałami. Chwilami miałem wrażenie, że kręcę się w kółko, jednak po chwili natrafiłem na pierwsze łóżko, które szczęśliwie dla mnie, stało puste. Było wciśnięte pomiędzy regały tworzące coś w rodzaju ślepej uliczki. Łóżko było niewielkie, stalowe, przypominające wojskową prycz. Twardy materac został starannie przykryty żółtym grubym kocem, od którego na sam widok robiło się ciepło. Na ziemi leżała mała puchowa poduszeczka w poszewce w dziwne zygzaki. Podniosłem ją i odłożyłem na łóżko, po czym zdjąłem torbę i położyłem obok. Podręczny bagaż nie był ciężki, mimo to poczułem znaczną ulgę gdy tylko zdjąłem go z ramienia. Ciesząc się ze znaleziska, zdjąłem szalik i rzuciłem go na torbę po czym zacząłem ściągać płaszcz. - Ładnie tak podkradać czyjeś łóżko? – marzenie o spokojnym śnie nagle zaczęło się rozpływać. Głos należał do młodej niskiej dziewczyny, prawdopodobnie w moim wieku. Nie była atrakcyjna, ale jej specyficzna uroda sprawiała, że mogła się podobać. Jej krótkie czarne włosy sterczały we wszystkich możliwych kierunkach, tylko niektóre opadały na twarz o delikatnych rysach. - Przepraszam, myślałem, że jest wolne – odpowiedziałem szczerze. Dziewczyna wydzielała przyjemny zapach malin. - No to teraz już wiesz, że nie jest – ton jej głosu zdradzał wyraźne rozdrażnienie. – No już, wynoś się, na co czekasz – powiedziała ponaglająco. - Nie chciałem zająć twojego łóżka, to naprawdę niechcący – powiedziałem spokojnie podnosząc z łóżka torbę i szalik. - Nie ma się o co wściekać, to tylko głupia pomyłka- dodałem, starając się załagodzić sytuację. Jednak dziewczyna nadal wpatrywała się we mnie z nieprzyjazną miną. Spojrzałem jeszcze raz na łóżko by upewnić się czy aby nie zostawiłem czegoś o co mogłaby mieć do mnie pretensje. Po chwili zastanowienia, strąciłem poduszkę na ziemię. - Widzisz, już wszystko jest jak przedtem – to było dobre posunięcie. Z twarzy dziewczyny zniknęła wroga mina, a zamiast niej pojawił się delikatny uśmiech. - Długo szukasz łóżka? – spytała z zaciekawieniem. W jej głosie pojawiła się nuta sympatii. - Chyba od godziny, nie wiem dokładnie – nigdy nie nosiłem zegarka. W antykwariacie również żadnego nie widziałem. - Tylko? Mi zajęło to znacznie więcej – odpowiedziała zdziwiona. - Antykwariat wydaje się mały, ale tak naprawdę jest większy niż się zdaje. Łatwo można się zgubić. –przekonałem się o tym na własnej skórze. Wiedziałem, że bez pomocy na pewno nie odnalazłbym teraz wyjścia. - Może wiesz gdzie jest jakieś wolne łóżko? – spytałem z nadzieją w głosie - Nie chciałbym znów się komuś narazić. - Ostatnio zwolniło się kilka, mogę cię zaprowadzić jeśli chcesz. Jedno z nich jest całkiem niedaleko.

Milcząc mijaliśmy kolejne regały. Dziewczyna musiała być tu już od jakiegoś czasu ponieważ szła pewnie, jakby doskonale orientowała się w naszym położeniu. Idąc jej śladem, zauważyłem, że do grubego czarnego swetra miała poprzypinane małymi agrafkami, żółte skrawki papieru. - Co to za karteczki? –spytałem zaciekawiony. - To nie karteczki, tylko inspiracje. - Inspiracje? – jej odpowiedź, wydała mi się niezrozumiała. - Jak każdy tutaj, piszę powieść, a do tworzenia…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%