Zbrodnia · 17 min czytania
Lajt Motiff (fragmnt)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Dzidek piął się przez ślimaka klatki schodowej w górę, wypierany od dołu przez bąbelki własnej ciekawości. Muzyka stawała się ze schodka na schodek coraz głośniejsza, intensywna na granicy rzeczy do zniesienia i rzeczy których znieść nie można. Nawet smród octu pochował się gdzieś po kątach. Pod podeszwami trampek zgrzytały okruchy szkła, przez które wbiła się do Dzidka życia parę dni temu Lidka, a potem twarde kamienie wbiły ją w dno ciemnego kanału. Dzidek okręcał się na półpiętrze wokół wykręconej secesją balustrady i był coraz wyżej i wyżej. Zostawiał pod sobą duszne partery, ciemne pierwsze piętra i coraz jaśniejsze kolejne nadbudówki, pierwsze rynny, nisko sklepione strychy, śpiące gołębie i polujące na nie koty. Stanął na progu ostatniej sali, która otwierała się kalekimi ścianami na Kraków z lotu ptaka. Nie słyszał już niczego poza namiętnym transem, techno od którego z miłości można zdechnąć. Dziewięciu muzyków tkwiło nieruchomo, kurczowo uczepionych do swoich instrumentów. Czy też wszystkie ustniki, struny, mostki i klawisze tkwiły kurczowo uczepione dziewięciu muzyków. Nikt nikogo puścić nie mógł, nie chciał, na czołach perliły się kropelki potu, zgrabiałe ręce z ponurą desperacją mocowały się z wciąż z tą samą skalą. Dzidek odszukał oczami Radość przykucniętego po drugiej stronie wyrwy ziejącej w podłodze. Oczy Radości na widok Dzidka rozjarzyły się ze zrozumieniem, i Radość wyszeptał bezgłośnie w stronę Dzidka. - Jesteś. Dzidek nabrał z całej siły do płuc powietrza i krzyknął w ścianę muzyki. - Co robisz?!!? Jego głos utonął całkowicie w morzu dźwięków, ale Radość uśmiechnął się, zupełnie jakby go usłyszał. - Przecież wiesz – mówiły jego wargi – czekamy na Nią. Zaraz będzie. Dzidek zachwiał się pod uderzeniem szczególnie silnego pasażu, zdołał się jednak wyprostować. - Chcesz ją tu ściągnąć podstępem!!! –wrzeszczał – Wiesz ze ona się temu nie oprze!!! Ona tu przyjdzie, a wtedy...wtedy... - Dostaniesz to czego chciałeś, Dzidek. Każdy dostanie to czego chciał. - Chciałem tylko jednego zasranego kadru!! Jednej klatki!!! Nie chciałem tego wszystkiego..- Dzidek urwał, ponieważ stracił równowagę i chwycił się w ostatnim momencie krawędzi muru. Zamajtał nogami w nocnym powietrzu, posyłając przez kilkadziesiąt metrów w dół okruchy tynku i cegły. Kiedy spojrzał za nimi, zobaczył tłum kłębiący się na ulicy pod kamienicą. Przez całą szerokość chodnika i jezdni stały setki dziewcząt, kobiet, matek i córek, i wszystkie patrzyły się na Dzidka, który majtał i posyłał. Były tam opalone na brąz smukłe kurwiszcze, błyskające w ciemnościach błyszczykiem do ust, tuż obok lśniących jak jeziora szkieł okularów studentek prawa. Brzydkie, sympatyczne jak ból w sercu dziewczyny opierały się na ramionach umalowanych na czarno nastolatek, gotyk obok disco. Obok nich stały kolejne pokolenia, pomiędzy których biodrami kiedyś płakali synowie i milczały córki. Teraz one same stały na środku ulicy i słuchały muzyki, w takt której ktoś wziął je kiedyś na ręce i zaniósł do zbyt małego łóżka. Lakierowane paznokcie, uszminkowane usta, zmarszczki w kącikach oczu i dłonie sparzone żelazkiem, wszystkie wypełniały ulicę pod Dzidkiem, który wisiał uczepiony kawałka muru. Z nadludzkim wysiłkiem podciągnął się z powrotem do sali. - Radość, musisz to przerwać!!! Powiedz im żeby przestali. Radość mówił bezgłośnie. - Nie mogą Dzidek. To jest silniejsze od nich. Tak naprawdę to oni nawet tego chcą. Tylko jeszcze o tym nie wiedzą. - Wyłącz zasilanie! Wyjmij stopki! Dzidek spojrzał w bok i zauważył wielką konsoletę tkwiącą w rogu sali. Rzucił się w jej kierunku, gdy po jego boku od ziemi oderwała się mała szczurza postać. Trzymaną w ręce strzelbę wbiła Dzidkowi z rozmachem w żołądek, Dzidek impetem przekoziołkował po zniszczonym parkiecie wzbijając obłoki kurzu. Wierzgnął spazmatycznie dusząc się za skutkiem wielkiej kuli bólu, która eksplodowała w jego żołądku, a nad nim stanął Ugryź przyciskając mu lufę do skroni. - Zrobisz krok w tamtym kierunku i znajdziesz swój mózg po drugiej stronie ulicy, Dzidek. Stojący obok nich chłopiec ze smutną bródką spojrzał na nich z udręką, uczynił daremny wysiłek, aby odrzucić swój saksofon, po czym przytknął go do ust i zagrał cały ten seks, i jeszcze raz. Z dołu dobiegła rosnąca wrzawa wielu głosów, na dole dziać się zaczęło cos jeszcze ważniejszego. - Jest. – powiedziały wargi Radości. – Przyszła. Całą kamienicą wstrząsnęło potężne uderzenie, pajęczyny osunęły się ze ścian, podłoga jęknęła ostrzegawczo. Gdzieś wiele pięter pod nimi potężna żelazna brama pofrunęła wyrwana z zawiasów i wbiła się w przeciwległą ścianę. - I przyprowadziła gości. Ugryź nerwowo podbiegł do wyjścia na klatkę schodową i spojrzał w dół. Odwrócił się do środka sali. - Jest Bestiariusz. Trochę, kurwa za wcześnie. - Bestiariusz jest w sam raz. Zdążysz. Ugryź, jest twoja. Ugryź szybkim ruchem wydobył z obszernej kieszeni na piersiach czarną tuleję optycznego celownika i przyczepił ją z trzaskiem do trzymanej w ręku strzelby. Podbiegł do krawędzi i przyklęknął na skraju muru. - Kontakt wzrokowy. Dzidek spróbował się podnieść na kolana, ale fala mdłości sprowadziła go w jednej sekundzie z powrotem do parteru. - Radość... dlaczego!!! Przemówiły urocze, niebieskie oczy Radości. - Niektórzy strzelają do Kennedy’iego, niektórzy podpalają biblioteki, inni wlatują samolotami w wieżowce. Ugryź jest ekscentryczny, chce zastrzelić senne marzenie. Musisz przyznać, że jest to trofeum, które nie ma siebie równych. I sława, której nie da się zdyskontować. Musisz go zrozumieć Dzidek. Jest po prostu psychopatą. - Odległość dwieście metrów. Słaby wiatr z prawej strony. Korekta trajektorii pół stopnia. - Ugryź...nie rób tego!!! Proszę cię!!! Zastrzel mnie!!! - Na ciebie bym nawet nie nasrał. Zamknij się i nie pozwól żebym zmarnował srebrny nabój. Odległość sto dziewięćdziesiąt metrów i się zmniejsza. Całą kamienicą wstrząsał potężne kroki, które odbijały się na coraz wyższych stopniach. Bestiariusz był coraz bliżej. - Przygotowany do oddania strzału – mruczał pod nosem Ugryź – Cel w polu rażenia. Strzał na komendę... pięć...cztery...trzy... Na dwa oczy Dzidka i chłopca ze smutną bródką spotkały się na krótką chwilę i przez mgnienie oka porozumiały. Dzidek rzucił się szczupakiem w stronę konsoli przycupniętej w rogu sali, jego ręka zacisnęła się na potencjometrze głośnika, do którego był podłączony mikrofon saksofonu. Na jeden stało się wiele rzeczy. Dzidek szarpnął pokrętło z całej siły w prawo, aż uchwyt z trzaskiem oderwał się od tablicy. Głośnik zakrztusił się falą energii, wybrzuszył, zamruczał, drgnął, wyczuł wszystkie pobliskie pola elektromagnetyczne i sprzęgnął przeciągle. Ugryź szarpnął za spust, a srebrna kula pchana nieprawdopodobnym stężeniem gazów poszybowała świergocząc poprzez lufę. A chłopiec ze smutną bródką całymi swoimi płucami zagrał n saksofonie cis. Dzidek poczuł jak ktoś w jego głowie detonuje drugą Hiroszimę, a za nią następną i następną, przed oczami przeleciały mu srebrne galaktyki. Wzmacniacz rycząc z bólu wyrwał swoje trzewia, a w powietrze poleciały płonące lampy i kable. Uderzenie dźwięku porwało Ugryzia znad krawędzi muru i rzuciło nim niczym szmacianą lalką o ścianę. Srebrny pocisk przebił powietrze obok łabędziej szyi, zmierzwił rozkołysany na wietrze lok i wbił się w serce dziewczyny, której i tak nikt nie kochał. - ...O kurwa – stęknął Ugryź, wypluwając fragment przygryzionego języka-...no to...narobiliście. Na progu sali zatrzymał się Bestiariusz, wypełnił szczelnie kwadrat jedynych drzwi swoją sylwetką. Uciekać można było tylko poprzez postrzępione klify muru, prosto w Kraków nocą zalany, szybując łagodnie w stronę twardego chodnika. Bestiariusz zdawał sobie z tego sprawę, rozluźnił się wyraźnie, uśmiechnął się krawędzią wielkiej blizny zajmującej połowę jego twarzy. - I znowu bawicie się beze mnie...nikt mnie już nigdzie nie zaprasza. Wszystko się skończyło po liceum.. Dziewięciu muzyków stało w spokojnej, stabilnej ciszy, konsoleta w rogu pryskała raz po raz snopem białych iskier. Muzyka trująca przestała płynąć już po kablach, głośniki zamilkły. - Dobra...powiedziałbym teraz „ niech nikt się nie rusza, wszyscy jesteście…