Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 7 min czytania

Lanca

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Lancę odnalazł w wysokiej, pożółkłej trawie. Przybudzona ziemią, nie zdradzała żadnych oznak poważniejszego zniszczenia; grot, nie bardzo wyszczerbiony, lśnił w słońcu. Pomyślał o szczęściu, albo o niebywałym zbiegu okoliczności. Albo o jednym i drugim równocześnie. Zgrabnym ruchem - mimo palącego bólu pulsującego pomiędzy żebrami - poderwał drzewiec z ziemi i efektownym wywijasem umieścił broń na ramieniu, dzięki temblakowi. "To jest temblak, patałachy, nie żaden sznurek ani pętelka. Temblak kurwa, zrozumiano?" - zaszeleszczało mu wśród nadwątlonych zwojów pamięci. Zaklął cicho i ruszył w stronę drzew. Smród popalonych na węgiel ciał mdlił go i mroczył, mieszając się z zapachem spalonych drzew i zarośli. Szedł wolno, cieżko sapiąc. Przetarł wierzchem dłoni czoło, sperlone kroplami potu i przecięte strużką krwi. Skrzep polepił mu zresztą już włosy, więżąc pomiędzy nimi grudki ziemi niczym stwardniała lawa. Krwawo zachodzące słońce rzucało na suchą ziemię długie, zniekształcone cienie. Zmierzchało. W powietrzu wisiał kurz, tańczył leniwie na truchłami i resztkami faluącej roślinności. I opadał na wszystko cienką warstwą. Z czasem, zasypie wszystko, pomyślał. Szedł, mimo wszystko, na północ. Teraz i tak było to już kompletnie bez znaczenia. Zza krzywych zębów zaśnieżonych szczytów górskich wychodziły z wolna księżyce, oba barwy lekko czerwonej. Babka zawsze mówiła, że to wróży wojnę. Nic dziwnego, że już od miesiąca nikt nie widział księżyca innego, niż czerwony. Zresztą, mało kto patrzył jeszcze z nadzieją w niebo. Nie było już tam żadnej pomocy. Rozejrzał się za miejscem. Na nocleg. Możliwie wygodnym i bezpiecznym. Umieszczonym gdzieś wysoko nad powerzchnią ziemi, na drzewie na przykład, albo wśród skał. Zwłaszcza po tym, jak minął pierwsze ślady ghuli. Opatrzył stopę, najpierw zatamował krew i oczyścił ranę. Papatrzył na bagnet badawczo. Nie był raczej magiczny, nie wyglądał też na wysmarowany żadną trucizną. Słyszał, że czasem maczają je także i w zwykłym gównie, kiedy rozmieszczają je w pułapkach. Możliwe że nigdy się nie zagoi, albo zanim się zagoi wda się zakażenie. Na jedno wyjdzie, teraz i tak będę musiał iść wolniej, pomyślał, więc pewnie zdechnę z głodu zanim złapię zakażenie. Poprawił się na szerokiej, starej gałęzi. Zasypiał bez problemu. Był przyzwyczajony. To przecież jak spanie na grzbiecie. Burza. Waliło niemiłosiernie, przemókł już po kilku sekundach ulewy. Gdzieś na szczycie pagórka, w płomieniach stanęło stare drzewo. Noc rozmazała cienie, deszcz rozmył noc. A cienie... Cienie ciągle się przemieszczały, cicho i delikatnie. Ale słyszał je. Mimo wszystko. Słyszał mlaskania i pochrupywania, słyszał mruczenie i rozdrapywanie ciał. Zacisnął rękę na mieczu, podciągnął lancę. Pociągnął też nosem. Zimno, cholera. Błoto. Grzęzawisko. Stopa znów zaczęła krwawić. Nie miał jej czym oczyścić. Dygotał i sapał na przemian, rozpinał się, to znów ubierał. Lepił się od zimnego potu, od starego i nowego brudu, śmierdział. Najbardziej bał się tego, że właśnie śmierdzi. Intensywny smród przy mocnym wietrze mógł nieść się daleko i ściągnąć bestie nawet z wschodnich wąwozów. Kulał i kuśtykał, słońce nabierało…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%