Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Przyjaźń · 49 min czytania

Łańcuch

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

ŁAŃCUCH

KSIĄDZ Znasz ty Ewangeliję?

PUSTELNIK A znasz ty nieszczęście?

- Adam Mickiewicz, Dziady, cz. IV.

Padający z lampy jaskrawożółty strumień światła nadawał pokojowi przesłuchań niepokojący wygląd. Był on bardzo mały, z ledwością dało się w nim zrobić pięć kroków wzdłuż i cztery wszerz. Po lewej stronie od wejścia, niemal pod samą ścianą, znajdował się niewielki stolik z ustawionymi dwoma obskurnymi krzesłami po jednej stronie i trzecim po drugiej. Nic się na nim nie znajdowało, jeśli nie liczyć niewielkiej lampki. Na odrapanej, szarej ścianie nad nim zawieszony był prosty zegar wskazujący godzinę jedenastą trzydzieści. Poza tym pomieszczenie było całkowicie puste. Jedyną możliwością kontaktu wzrokowego ze światem zewnętrznym było niewielkie okno po przeciwległej stronie pokoju. Rozpościerała się za nim czerń nocy. Przy stoliku, z widokiem jedynie na ścianę, siedział siedemnastolatek. Wątła budowa - był chudy, mizerny i trochę mniej niż średniego wzrostu - kontrastowała z pięknymi rysami pociągłej twarzy, ładnymi czarnymi włosami i dużymi, brązowymi oczami. Jednak w tym momencie nawet twarz chłopca nie wyglądała zachęcająco - włosy były w nieładzie, sama twarz zaś miała nienaturalnie blady kolor. Na lewym policzku widniał duży, purpurowy siniak, najwyraźniej po niedawnym uderzeniu. Ubrany był w czarne dżinsy i kamizelkę, narzuconą na granatową koszulę pod spodem. Rzeczą zgoła niepasującą do tego okrycia były szare, rozpadające się trampki. Od dziesięciu minut chłopiec nie poruszył się i siedział nieruchomo na krześle z opuszczoną głową. Z dłońmi opartymi o swobodnie wyciągnięte nogi pod stolikiem, wpatrywał się niewidzącym wzrokiem w jego powierzchnię. Trudno było jednak określić, jakie emocje wyrażała bądź ta poza, bądź też sam wyraz twarzy - poza tym, że był zamyślony, nie wyrażał żadnych uczuć. Kolejne minuty mijały w kompletnej ciszy, niezakłócanej przez najmniejszy szmer, najcichszy dźwięk. Młodzieniec wciąż wpatrywał się w ten sam punkt szarej, szorstkiej nawierzchni stolika, nie poruszając się. Wyraźnie na kogoś czekał. Po kilku chwilach z zewnątrz dało się usłyszeć jakąś rozmowę i odgłosy kroków. Usłyszawszy to, młodzieniec zmienił pozycję - wyprostował się na krześle, założył nonszalancko nogę na nogę i spojrzał w kierunku drzwi. Po chwili otworzyły się - weszło przez nie dwóch młodych policjantów. - Na miłość boską, jestem tu od tygodnia, skąd mam wiedzieć gdzie to jest... - narzekał jeden z nich, wyraźnie zirytowany, gramoląc się przez drzwi i trzymając w ręku jakąś teczkę. Obaj mężczyźni, zobaczywszy człowieka siedzącego przy stoliku zaprzestali rozmowy i zatrzymali się w progu. Chłopak uśmiechnął się do nich z wyrazem lekkiego zainteresowania na twarzy. - Eeee.... Tak. Cześć. To ciebie mamy przesłuchiwać, tak? - rzekł ponownie ten sam policjant, jakby trochę zdezorientowany. Miał głęboki, ale łagodny ton głosu. - Na to wygląda - odparł ich rozmówca. - Aha. Ok, świetnie - mężczyzna zamknął za sobą drzwi i razem ze swoim partnerem zbliżył się do stolika. Stał on tak blisko ściany, że musieli go okrążyć z obu stron, aby usiąść na swoich miejscach. Mieli oni nie więcej niż po dwadzieścia kilka lat, aczkolwiek widać było, że jeden z nich - ten, który już się odezwał - był o kilka wiosen młodszy od drugiego. Był on wysoki, bardzo dobrze zbudowany, niemal o atletycznej budowie ciała. Okrągłą, niezwykle poczciwą twarz zdobiły krótko ostrzyżone czarne włosy. Drugi z nich, jakkolwiek równie wysoki, był o wiele chudszy, twarz miał pociągłą, chudą i krótkie blond włosy. W przeciwieństwie do swojego partnera jego oblicze nie miało nic z poczciwości - głęboko osadzone oczy, kształt nosa oraz warg nieodparcie przypominały mordę szczura. Obaj byli ubrani w mundury służbowe. - Przepraszam, że musiałeś na nas czekać - zaczął czarnowłosy mężczyzna, kładąc na stole teczkę z jakimiś papierami w środku - ale szukałem automatu do kawy. Zasypiałem już ślęcząc nad tymi papierami, a że jestem tu nowy to za cholerę nie mogłem go nigdzie znaleźć - uśmiechnął się. - Zdarza się, nic nie szkodzi. - Chłopiec również odpowiedział uśmiechem. - Ty, no patrz, jaki grzeczny. - zauważył z ironią czarnowłosy policjant, zwracając się do mężczyzny obok. - Kto by pomyślał, że zaatakował przedstawiciela władzy... - Pozory mylą. - odparł jego partner, patrząc w oczy młodzieńcowi. Nie uśmiechał się, a jego głos bynajmniej nie brzmiał przyjaźnie. - Taaa.... - Czarnowłosy również odwrócił głowę do chłopaka, uważnie obserwującego obu. - Nazywam się Mariusz, a to jest Rafał - powiedział, przedstawiając siebie i swojego partnera. Chłopiec lekko, szybkim ruchem skinął głową. - Sebastian, miło mi poznać - odparł, jakby nieśmiało, ale wciąż z uśmiechem. - Widzę, że Janek nabił ci niezłego siniaka - powiedział Mariusz patrząc na lewy policzek Sebastiana. - A, on się Janek nazywa? - zapytał chłopak z głosem wskazującym na lekkie zainteresowanie, delikatnie dotykając sińca na twarzy. - Proszę go ode mnie pozdrowić. I przeprosić za nos. - Przekażemy na pewno - odparł Mariusz wesoło. Zapalił lampkę na stoliku, otworzył teczkę i zaczął z niej wyjmować papiery. - Tak... No więc... W teczce znajdowały się informacje o danych osobowych Sebastiana. Przez następne kilka minut Mariusz przedstawiał mu je w celu ich potwierdzenia przez oskarżonego. - Świetnie, wszystko się zgadza - zakończył, chowając wszystko do teczki i odkładając ją na bok. - To teraz powiesz nam - odezwał się w końcu Rafał, świdrując Sebastiana wzrokiem - co ci się wczoraj przydarzyło. - No dobrze... - powiedział cicho oskarżony. Nachylił się w stronę rozmówców i, wciąż z założoną nogą na nogę, oparł lewą rękę na stoliku. - Skoro chcecie...

Strugi ulewnego deszczu przewalały się przez warszawskie Stare Miasto. Głośne, dudniące grzmoty raz po raz wtórowały jasnoniebieskim błyskawicom przecinającym pochmurne, wieczorne niebo. Wiatr złowieszczo wył pomiędzy foremnymi, kolorowymi budynkami, zrywając okiennice, reklamówki na słupach i szyldy w knajpach. Właściciele tutejszych barów już dawno kazali kelnerom schować stoliki do środka, zabrać parasole z reklamami piwa, krzesła i grzecznie zaprosić gości do wnętrza restauracji. Również wszyscy handlarze pamiątek, trefnisie, klauni i inni twórcy wielu turystycznych atrakcji pochowali swoje namioty, cały sprzęt i dobytek i czym prędzej uciekli do samochodów, aby wyruszyć do domu. Nie było widać nawet kolejki, która codziennie przewoziła turystów po całym Mieście, opowiadając o jego historii. W ten sposób w ciągu kilku chwil całe to zabytkowe miejsce opustoszało, na żadnym z rozległych placów nie było ani żywej duszy - wszyscy siedzieli u siebie w domach tudzież w ciepłych i bezpiecznych wnętrzach lokali. Prawie. Ze szczytu schodków pod kolumną Zygmunta III Wazy, pod samym monumentem, wyrastał jakiś kształt. Na pierwszy rzut oka za nic nie można było go rozpoznać czy scharakteryzować. Unoszone wiatrem siekające i tnące krople zimnego deszczu uniemożliwiały jakiekolwiek określenie chociażby i najbliższego terenu obserwatora, a co dopiero dojrzenie dalekiego i niewyraźnego kształtu. Jednak zbliżywszy się na odpowiednią odległość można było zobaczyć, że kształtem tym był człowiek, żywy człowiek, siedzący na śliskiej, czarnej powierzchni podstawy kolumny. Jego ciemny strój zlewał się zarówno z monumentem jak i z otaczającą nocą. Siedział opierając się o pomnik, z nogami wyciągniętymi przed siebie, lekko zgiętymi w kolanach, o które oparł ręce. Głowę miał spuszczoną w dół, tak, że nie sposób było dojrzeć wyrazu jego twarzy. Ulewny deszcz i przenikające zimno najwyraźniej nie robiły na osobniku żadnego wrażenia. Siedział tak już od wielu minut, zupełnie nie zwracając uwagi ani na pogodę ani na to, że wszyscy ludzie pochowali się pod ochroną dachów. Pozostając tutaj tak długo najwyraźniej stracił również poczucie czasu - w momencie, gdy świat jego aktualnych doznań zmienił się w jeden wielki, otaczający go ze wszech stron chłód i mrok, stan świadomości błyskawicznie przystosował się do niego. I tak, jak od wielu minut niezmiennie lał deszcz i wył wiatr, tak i umysł, niedoświadczający żadnych nowych bodźców czy wrażeń, był pogrążony w całkowitej niewrażliwości i stagnacji. Tak się wtedy złożyło, że przechodziło tamtędy dwóch funkcjonariuszy policji. Mieli oni wyznaczony patrol akurat na tę godzinę, a ponieważ byli bardzo oddani swojej służbie, toteż postanowili nie przerwać go nawet wtedy, gdy rozpadało się na dobre. Teraz jednak, zmoknięci i przemoczeni, uznali, że mają mimo wszystko dość i że najlepiej będzie się schować w jednej z pobliskich knajp na Starym Mieście i coś przekąsić. A że radiowóz zostawili dość daleko to nie mieli najmniejszej ochoty wracać się całą tę drogę. - A niech to szlag! - powiedział jeden z nich, nazwiskiem Strawiński, kichając potężnie. - Jeszcze się do tego zaziębię! Niech szlag trafi całą tę robotę! - Nie narzekaj! - odrzekł drugi, zwany Jankiem Czajkowskim, przekrzykując szum padającego deszczu. - Już blisko! - Jak tylko wrócę na komendę załatwię sobie tydzień urlopu! Cholerna jesień! - stwierdził i znowu kichnął tak, że gdyby nie hałas burzy to usłyszałoby go pół Starego Miasta. Mieli oni obaj koło trzydziestu lat. Strawiński był korpulentnym mężczyzną, dość przy sobie, średniego wzrostu, dodatkowo wyposażony w wielkie, krzaczaste wąsy. Dla odmiany Czajkowski był wyższy i o wiele chudszy. Podłużna twarz podziobana wieloma czerwonymi krostami nadawała mu raczej mało policyjnego wyrazu. Obaj skręcili już z głównej ulicy i minąwszy szeregi zaparkowanych samochodów zaczęli schodzić ku Staremu Miastu, przebijając się przez zwały ulewnego deszczu. - Ej, Robert!- naraz krzyknął Czajkowski, zatrzymując się. - Tam coś jest pod kolumną. Chyba ktoś leży. Strawiński zatrzymał się również i zmarszczył brwi, próbując się przebić wzrokiem przez ulewę. - No, coś widzę, faktycznie - rzekł po chwili. - Sprawdzamy? - No wypadałoby sprawdzić... - nawet ton głosu Czajkowskiego wyrażał niechęć ku temu przedsięwzięciu. Strawiński westchnął. - No skoro trzeba... I tak już przemokłem do suchej nitki... Mężczyźni zaczęli iść w stronę kolumny. Gdy zbliżyli się na odległość kilku metrów Czajkowski powiedział: - On nie leży, tylko siedzi... Obaj weszli ostrożnie po śliskich schodkach pomnika i przykucnęli przy siedzącym człowieku. Zauważyli, że jest młodym, najwyżej dwudziestoletnim mężczyzną. Siedział na marmurze, nie zwracając najmniejszej na nich uwagi, w kompletnie przemoczonym ubraniu. Pozycja, w jakiej się znajdował wskazywała, że był przytomny. - Hej, co ci jest? - zapytał Strawiński, a jego głos ledwo przebił się przez szum deszczu. Siedzący nie odpowiedział. - Hej, młody! - Czajkowski nachylił się tak, żeby zobaczyć twarz ich rozmówcy. - Dlaczego tak tu siedzisz? - zapytał, wolno, głośno i wyraźnie, tak żeby być pewnym, że chłopiec go usłyszy. Młodzieniec wymamrotał coś cicho w odpowiedzi, ale deszcz zagłuszył jego głos. - Co? - zapytał Czajkowski. - Powtórz, bo nie słyszeliśmy! - Nie możecie mi pomóc. Zostawcie mnie - powiedział Sebastian, tym razem trochę głośniej. - Co? - zapytał Strawiński, zwracając się do swojego partnera. - Nie zrozumiałem. - Powiedział, że nie możemy mu pomóc i żebyśmy go tu zostawili. Strawiński spojrzał na siedzącego i jęknął przeciągle: - Nie, stary, sorry, ale nie zostawimy cię tak... - Nie chcę pomocy - przerwał mu Sebastian, nie podnosząc głowy. - Poradzę sobie. Proszę, idźcie stąd. Mówił cicho, zupełnie nie przejmując się tym czy zostanie usłyszany czy nie, mówił po to, żeby mówić, żeby dać jakąkolwiek odpowiedź. Strawiński wyprostował się ciężko w krzyżu i bezradny spojrzał na Czajkowskiego. - A czy możesz nam powiedzieć, dlaczego tak tu siedzisz? - zapytał drugi policjant. - Nie. Policjanci spojrzeli po sobie, zastanawiając się, co zrobić. - Stary, nie możesz tak tu siedzieć - jęknął znów Strawiński, ponownie się nachylając. - Przeziębisz się... - Nic mnie to nie obchodzi. Sebastian wciąż trzymał głowę opuszczoną. - Czy piłeś dziś jakiś alkohol albo zażywałeś jakieś środki odurzające? - zapytał Czajkowski, próbując nie zostać zagłuszonym przez lejący deszcz i uważnie wpatrując się w oblicze swojego rozmówcy. - Nie, nic nie brałem - odparł chłopak, podnosząc trochę głowę i tym razem dało się słyszeć gniew w jego głosie. Z jego oczu biło zimno. - Po prostu siedzę tu sobie, nie wolno mi? - Ależ oczywiście, że ci wolno. Jak się nazywasz? - A jakie to ma znaczenie? - Sebastian pierwszy raz spojrzał na policjanta. - No ma, bo chcielibyśmy się z tobą normalnie porozumieć. - Ale ja nie chcę się porozumieć! Nie chcę żadnej rozmowy, nie chcę od was żadnej pomocy, nie rozumiecie?! Po prostu mnie zostawcie! Czajkowski westchnął i spojrzał na towarzysza. Chłopiec znów opuścił głowę. Minęła chwila ciszy, przerywanej hukiem błyskawic, wyciem wiatru i pluskaniem kropel deszczu o asfalt. - Nie wiem jak ty, ale moim zdaniem, on jednak coś brał - powiedział Strawiński, bynajmniej nie wysilając się na dyskrecję wobec Sebastiana. - Mi się też tak wydaje - zawtórował mu Czajkowski. - Chłopcze, chcemy ci pomóc. Zabierzemy cię na posterunek, dobrze? - policjant spróbował spojrzeć w oczy młodzieńcowi. - Możecie próbować. Policjanci znów spojrzeli po sobie. Strawiński bezradnie wzruszył ramionami. - Chodź, młody - powiedział jego towarzysz, wyciągając rękę w kierunku chłopca. - Zabieramy cię stąd. - Ostrzegam, że to błąd - odparł Sebastian, a Czajkowskiemu wydało się, że jakaś iskra zapaliła się w jego dotychczas pustych oczach. - Trudno, zaryzykujemy - skinął swojemu towarzyszowi i obaj schwycili chłopaka za ramiona, próbując podnieść go do pozycji stojącej. Błyskawica przecięła niebo. Naraz coś się stało. Znalazłszy się na nogach Sebastian nagle wyrwał się z uścisku policjantów, zgiął prawą rękę i robiąc szybki zamach uderzył Strawińskiego łokciem prosto w twarz. Głowa mężczyzny odleciała w tył, on sam zatoczył się i upadł na schody. Czajkowski próbował uchwycić chłopaka raz jeszcze, ale ten wyślizgnął mu się i obrócił wokół własnej osi, aby zadać kolejne uderzenie. Policjant jednak zachował przytomny umysł i nim Sebastian zdołał wyprowadzić następny cios, Czajkowski trafił go pięścią prosto w lewy policzek. Uderzenie posłało przeciwnika do tyłu i byłby upadł, gdyby nie wpadł na kolumnę Zygmunta, zasłaniając rękoma głowę przed marmurem. Zatoczył się i cudem utrzymał na nogach, ciężko opierając rękę o zimny pomnik. Czajkowski szybko wyciągnął zza pasa kajdanki i podszedł do przeciwnika, aby go skuć. Wtedy jednak, otrząsnąwszy się z uderzenia, chłopak z zaskakującą energią wyprostował się i lewą pięścią trafił centralnie w nos przeciwnika. Rozległ się grzmot pioruna. Policjant cofnął się, stracił równowagę na śliskiej nawierzchni i runął prosto na podstawę kolumny Zygmunta. Kajdanki z brzękiem upadły na mokry marmur. Chwiejąc się, Sebastianowi jakimś cudem udało się zejść ze schodów kolumny i, stanąwszy u ich podnóża, odwrócić się w kierunku przeciwników. Tymczasem Strawiński zdążył się już podnieść ze stopni. Widząc leżącego na marmurze kolegę, natychmiast wyciągnął broń z kabury i wycelował ją prosto w przeciwnika. - Nie ruszaj się! - krzyknął. - Stój w miejscu! Ale Sebastian nie miał najmniejszego zamiaru uciekać. Stał w strumieniach nieludzko zacinającego deszczu, chwiejąc się i na wpół szalonym wzrokiem patrząc na policjantów. Niespodzianie wyciągnął ku nim lewą rękę i trzęsącymi się palcami zaczął wskazywać to jednego, to drugiego z nich. - Nie chcę was skrzywdzić... - zaczął mówić ciężko, niemal szeptem, ale Strawiński w jakiś sposób go usłyszał. - Nie wiecie, o co chodzi... Zostawcie mnie... Proszę... Czajkowski w końcu podniósł się z ziemi, podniósł też kajdanki i, trzymając się za krwawiący nos, podszedł do swego partnera. - No, to teraz sobie przerąbałeś, stary - powiedział do Sebastiana. - Możemy to zrobić na dwa sposoby: albo dasz mi teraz grzecznie rączki, ja cię skuję i pojedziemy na komisariat albo Robert cię zastrzeli i pojedziemy na komisariat z twoimi zwłokami. Co ty na to? - Chcecie strzelić do niewinnego? - zapytał Sebastian cichym głosem, w którym dało się słyszeć jadowitą pogardę, wciąż z wyciągniętą ku nim ręką. Siniak na policzku puchł mu błyskawicznie. - Teraz już nie takiego niewinnego - szorstko uciął policjant. - Więc jak? Chłopak wpatrywał się w nich chwilę udręczonym wzrokiem. Po czym nagle opuścił rękę, jakby zwisł bezwładnie w jakichś niewidzialnych pętach i lekko skinął głową. Czajkowski szybko do niego podszedł i zakuł go w kajdanki, wyginając nadgarstki za plecy. Gdy obaj policjanci poczuli się bezpiecznie, Strawiński schował broń. Teraz już porzuciwszy myśl o zjedzeniu czegoś w jednej z pobliskich knajp, cała trójka odwróciła się od Starego Miasta i skierowała na parking. Sebastian szedł obojętnym, zrezygnowanym krokiem pod rękę Czajkowskiego. Gdyby upadł to pewnie nawet nie chciałoby mu się wstać. Kolejna błyskawica przecięła niebo, a po chwili rozległ się dudniący odgłos grzmotu...

- ... No i to by było na tyle - zakończył opowieść Sebastian. Odchylił się na krześle i spojrzał na swoich słuchaczy. - To by się w sumie zgadzało z tym, co powiedzieli Janek i Robert, nie? - wysłuchawszy zeznania powiedział Mariusz, odwracając się do Rafała. - Tak, mówili dokładnie to samo - odparł niedbale drugi policjant. - Ale to nie ma większego znaczenia. Nie powiedziałeś nam wciąż - zauważył, zwracając się do Sebastiana. - dlaczego tam siedziałeś i dlaczego zaatakowałeś dwóch funkcjonariuszy policji, którzy jedyne co chcieli zrobić to ci pomóc... - O, fajna pomoc, nie ma co. Człowiek siedzi sobie na Starym Mieście a tu nagle podchodzi do niego dwóch policjantów i zabiera go na komisariat... - zaoponował sarkastycznie Sebastian. - Ale nieczęsto się zdarza - znów szorstko mu przerwał Rafał - że człowiek siedzi sobie na Starym Mieście w ulewie, nie próbując nawet skryć się pod dach, siedzi pod kolumną Zygmunta z miną taką, jakby ktoś z rodziny mu umarł, z wyrazem szaleństwa na twarzy. Sebastian zmarszczył lekko brwi i nagle odwrócił wzrok od Rafała skupiając go na jakimś punkcie na ścianie za policjantem. Ścianie albo podłodze, trudno było orzec. Mariusz również zmrużył oczy, jakby zaskoczony tym niewinnym gestem ze strony ich rozmówcy. Wpatrywał się przez chwilę w oczy chłopca, najwyraźniej próbując przebić się przez jakąś barierę i zrozumieć, co się dzieje w jego umyśle. - Szaleństwa, co? - po chwili cicho powiedział Sebastian. - Naprawdę tak wyglądałem? - Spojrzał na obu, ze szczerym zdziwieniem. - Cóż, tak nam to opisali - odparł Mariusz. - A wnioskując z tego, co nam sam przed chwilą powiedziałeś, to chyba nie jest to dalekie od prawdy. Sebastian westchnął i nachylił się na krześle, opierając łokcie o stół. Głowę spuścił w dół, podpierając ją dłońmi. - Nie chciałem zrobić im krzywdy - rzekł po cichu. - Proszę ich ode mnie przeprosić. - Teraz już na to za późno - powiedział gniewnie Rafał. - Teraz masz już postawiony zarzut ataku na przedstawiciela władzy... - Przeprosiny to przydatna rzecz - przerwał Mariusz swojemu partnerowi. - Ale to nam teraz nie wystarczy... - Na miłość boską. Jeżeli macie zamiar bawić się ze mną w dobrego i złego policjanta to najlepiej już przerwijcie to przesłuchanie, bo nic więcej nie powiem - wpadł w słowo z kolei Sebastian, prostując się na swoim miejscu i patrząc wprost w oczy swych rozmówców. Mariusz znienacka zaczął dziko chichotać. Rafał zmarszczył brwi, wpatrując się w chłopca całkowicie ogłupiałym wzrokiem. - Mówiłem, że to nie był dobry pomysł... - powiedział Mariusz, krztusząc się ze śmiechu. - Nie wiem, co ci strzeliło do łba... - Chciałem być fajny, taki jak na filmach - odrzekł jego partner. I nagle też się uśmiechnął, jego twarz w jednej chwili przestała być szczurza, stała się inna, wesoła, nawet sympatyczna. Spuścił pokornie głowę i tylko głupio się uśmiechał, kiwając głową. - Taaak... Jestem debilem... Sebastian patrzył na obu, nie mniej zaskoczony niż oni. Po chwili zrozumiał, o co chodzi i też się uśmiechnął, stwierdzając: - Cholernie zabawne. Gdy mężczyźni przestali się w końcu śmiać, Mariusz, uderzając dłońmi o stolik, postanowił: - Dobra, nie bawimy się już w dobrego i złego policjanta. Przepraszamy cię, nudziło się nam na korytarzu... - Nie sądziliśmy, że się skapniesz - powiedział Rafał. - Wiesz, gdy jeden z was jest dla mnie zabójczo miły, a drugi zabójczo szorstki to nietrudno się domyśleć... - odparł Sebastian. - Będziemy o tym pamiętać - zapewnił Mariusz z uśmiechem. Następne zdanie już jednak wymówił poważnie. - Niemniej faktem jest, że teraz przeprosiny niewiele już dadzą, Sebek... Wiesz, atak na władzę to nie jest ot "tak sobie"... Naraz cała trójka usłyszała kroki za drzwiami i spojrzała w ich stronę. Po chwili otworzyły się i w progu stanął kolejny policjant, na oko w wieku czterdziestu lat. Lekko siwiejące już włosy miał rozczochrane, twarz rozpaloną - najwyraźniej jeszcze przed chwilą spał. Ziewnął potężnie i powiedział: - Rafał, telefon do ciebie. Narzeczona dzwoni. Sebastian drgnął. - O matko jedyna - westchnął wezwany. - Przecież jest prawie północ... Czego ona chce... - Chłopiec spojrzał na Rafała, jakby czymś niezmiernie zdziwiony. - Słuchajcie, zaraz wracam, poczekajcie chwilę - powiedział policjant do obu towarzyszy. - To jeszcze nie koniec, młody - dokończył żartobliwie, celując w Sebastiana palcem i wyszedł z pokoju razem z towarzyszem stojącym w progu. Chłopiec uważnie śledził go wzrokiem aż do samego wyjścia. - Dlaczego tak dziwnie na niego spojrzałeś kiedy wychodził? - zapytał Mariusz, gdy zostali już sami w pokoju. - Cóż za spostrzegawczość - pogratulował Sebastian, bynajmniej nie uśmiechając się. Jego rozmówca nic nie odpowiedział, tylko wpatrywał się w niego. Chłopiec westchnął i ponownie opuścił głowę. - Bo wydało mi się dziwne, że człowiek narzeka na to, że narzeczona do niego dzwoni... - Przecież jest po północy. Kto normalny dzwoni o tej godzinie...? A zresztą to i tak już nie pierwszy raz się zdarza, więc jego irytacja jest w pełni uzasadniona. - Jasne - uciął dyskusję Sebastian. Dziwnie cicho zabrzmiało to słowo. Obaj milczeli przez chwilę. Mariusz patrzył na rozmówcę, zastanawiając się co powiedzieć, podczas gdy ten wciąż bez słowa siedział z opuszczoną głową, wpatrując się w swoje trampki. - Tak jak powiedziałem - wyrzekł po dłuższej chwili policjant - to dobrze, że przeprosiłeś, ale wciąż nie wiem dlaczego tam wtedy siedziałeś i co wywołało tak gwałtowne twoje zachowanie. I powiem ci, że dla twojego własnego dobra, lepiej, żebyś nam o tym powiedział, bo każda okoliczność łagodząca może ci pomóc... - Czy ty jesteś moim adwokatem, czy kim? - przerwał mu gniewnie Sebastian. - Nie. Ale chcę ci pomóc. Badania wykazały, że nie byłeś pod wpływem żadnych środków odurzających. Najwyraźniej jednak znajdowałeś się w... nie do końca stabilnym stanie emocjonalnym. Jeśli to prawda, to masz o wiele większe szanse na łagodniejszy wyrok - na dźwięk tego słowa chłopiec się wzdrygnął. - Ale to tylko moje domysły - dokończył Mariusz. - Muszę mieć pewność. Sebastian westchnął po raz kolejny i powiedział: - Siedziałem tam dlatego, że - najprościej rzecz ujmując - miałem doła. Nie miałem ochoty absolutnie na nic, chciałem tam tylko siedzieć i nie obchodziło mnie czy padał deszcz czy świeciło słońce, czy wiał wiatr czy szło na mnie tornado. Chciałem tam siedzieć, chciałem być sam, jedyne czym się zajmowałem to tym, co się działo we mnie i w mojej głowie... I wtedy przyszli twoi koledzy. Chłopak wygłosił cały ten wywód wciąż patrząc w dół, z jednolitym wyrazem twarzy, utrzymując taką samą, cichą, barwę głosu. Mówił dość płynnie, ale jednocześnie ze swoistą obojętnością - tak jakby tłumaczył Mariuszowi jakieś równanie matematyczne albo streszczał książkę. - Sam do końca nie wiedziałem co robię... Było mi już wszystko jedno... Ale nie chciałem ich skrzywdzić... Naprawdę... - W jego głosie dało się usłyszeć przepraszający ton. - Przeproś ich ode mnie - zakończył, drugi raz prosząc o to samo. - Sebek, ale dlaczego? - dopytywał Mariusz. - Co się takiego stało, że byłeś w takim stanie...? - Miałem swoje powody. - A naprawdę sądzisz, że jeśli to powiesz przed sądem to ci to pomoże? - A naprawdę sądzisz, że mnie to coś obchodzi? Mariusz odchylił się na krześle i zdziwionym wzrokiem…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%