Fantasy · 29 min czytania
Las
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
"Każdy szermierz dupa, kiedy wrogów kupa".
A. Sapkowski, 'Wiedźmin'
Za osadą rósł Las. Nie jakiś tam las, byle jaki, ale Las właśnie. Ciemny, gęsty, ponury. Grube pnie rozłożystych dębów i strzelistych sosen tworzyły niemal zwartą ścianę, a przez ich korony przebijało się tak niewiele światła, że miało się wrażenie jakby w Lesie wiecznie panowała noc. Miękki mech porastał tych drewnianych matuzalemów, którzy gdyby tylko potrafili mówić… ale, ale, zapędziłem się trochę. Dość powiedzieć, że Las budził grozę, a gdy się człowiek do niego zbliżał, czuł chłód przenikający całe ciało. Nawet w upalne letnie dni, kiedy wokół wszystko smażyło się w słońcu, Las pozostawał chłodny i ponury. I milczący. W normalnym lesie ptaki śpiewają, biegają wiewiórki, jeże, dziki i inne takie, a nocami sowy pohukują i wilcy wyją. A w tym nie. Tutaj tylko drzewa przy wietrze szumiały. Taki właśnie był Las. Tak więc było oczywiste – a przynajmniej tak mówili miejscowi – że to Las z typu tych, no wiecie, nawiedzonych. Przez Las biegł królewski trakt, i kto się tego traktu trzymał ten zawsze – no, prawie zawsze – cały, zdrowy i żywy do celu docierał. Ale kto trakt porzucał, czy to dla skrótu, dla grzybów czy dlatego, że drogę pogubił, ten – no cóż – przepadał jak kamień w wodę. I nikt go już więcej nie widział ani o nim nie słyszał, koniec, można pogrzeb wyprawiać i testament wykonać. Wiedzieli o tym wszyscy w okolicy, a my lojalnie ostrzegaliśmy podróżnych – kupców, możnych, wojsko czy chłopów, każdego kto traktem przez Las jechał, by z niego nie zbaczali pod żadnym pozorem. Kto miał uszy do słuchania, ten słuchał. Kto nie – no cóż, trudno. I może właśnie dlatego ściągała tu cała masa najróżniejszych głupków, rycerzyków i studentów historii naturalnej. Wszyscy oni wyglądali albo na bardzo niewyspanych, albo na bardzo nawiedzonych. I wszyscy, jak jeden mąż, przybywali z najróżniejszymi głupotami we łbach: szukali Dobrych Wróżek, jednorożców, siedmiu krasnoludków, Złego Wilka, Baby Jagi, garnca złota, kwiatu paproci i kto ich tam wie czego jeszcze. Ot, siła plotki. Ale spróbujcie wytłumaczyć coś miastowym. No więc przybywali szukać tych osobliwości, chociaż pierwszy lepszy wiejski głupek wie, że paproć kwiatów nie wydaje. Ale odwiedzali naszą małą osadę, zostawiali tu trochę grosza, i potem ruszali w Las. A że ziemia wokół raczej nieurodzajna była, a myśmy już swoje lata mieli, tedy nawet nie wiecie, jak nam to było na rękę.
Było śmiechu, jak raz przyjechał królewski inspektor. Wiózł jakieś tam dokumenta, trzech miał ludzi do ochrony i w ogóle czuł się strasznie ważny. Jak się przy wieczerzy dowiedział o Lesie i o tym, żeby traktu się trzymać, zewściekł się jakby mu kto widłami dla żartu tyłek podziurawił. Pięściami w stół walił i krzyczał, że na takie zabobony nie ma już miejsca w naszym postępowym królestwie. Zapowiedział: - Pokażę wam, ile warte są te brednie! Przejdę przez ten las wzdłuż i wszerz i wyjdę z niego ze łbem każdego, kto się władzy pańskiej postawi! Typowy miastowy. Zarzekł się, że usiecze każdego lub każdą rzecz, która wejdzie mu w drogę. Jak powiedział, tak zrobił; i chociaż mu odradzalim to, rzec można, nauka poszła w Las. Jak i on sam. Poszedł, i tyle go widzieli. Nie on pierwszy, nie ostatni. Nie masz ci lekarstwa na ludzką głupotę!
Atoli muszę przyznać, żem winien wam jeszcze jeden fakt przedstawić. Otóż był ktoś, kto, po pijaku pobłądziwszy po Lesie, wyszedł z niego żywy. Był to stary Witroczy. W jakiś dół wpadł pewnie i łeb sobie zdrowo poobijał. Szczęścia miał jednak więcej niż rozumu, psubrat jeden. Szczególnie teraz, bo gdy wrócił, rychło okazało się, że cały rozum postradał. Coś mu się tam we łbie od pobytu w Lesie poprzewracało, piąta klepka odpadła, no i masz babo placek. Od tego czasu cięgiem się uśmiechał, wierszem gadał i wykazywał lżejsze podejście do życia, ale trzeba go było mieć na oku, żeby czegoś nie podpalił. Życie toczyło się dalej swoim rytmem, rządzone porami roku, zachciankami bogów i prawami Lasu. Był to korzystny układ, dopóki ktoś się nie wychylał. I pewnie wszystko szło by po staremu, gdyby pewnej wiosny nie pojawił się On. Był to piękny, słoneczny poranek, nic ino stare kości przed chałupą wygrzewać, ale powiem wam: jak się ten chłop w osadzie pojawił, nagle jakby słońce przygasło, chłodem powiało, psy zaczęły szczekać, dzieci płakać, kury pouciekały, a mleko w mig skwaśniało. Był wielki jak góra, łysy jak mój szwagier, skórę miał miedzianą, obwieszony cały zabójczym żelastwem, a w jego cieniu można było piwo trzymać. Z mordy nietutejszy, z oczu wariat. Człapał powoli drogą, łypiąc wokoło spod byka i dzwoniąc rynsztunkiem, a gdy doszedł do gospody, stał chwilę w otwartych drzwiach i gapił się do środka. No to myśmy się gapili na niego, w tej ciszy nieprawdziwej, co to nastała nagle jak zatrucie pokarmowe. Ruszył się w końcu, siadł ciężko przy stole najbardziej w rogu i głosem niskim, zachrypniętym, powiedział: - Mięsa – a zaraz też dodał: - I kartofli. „Dzieńdobry” musiało nam gdzieś umknąć. Siedział, żarł, jakby od małego tylko kaszę widział. Ani się słowem nie odezwał, dopóki nie skończył. A jak już się napchał, podniósł się i podszedł do nas, siedzących przy drzwiach, i zadał pytanie na które czekaliśmy. - Którędy do Lasu? Jak już wam wspomniałem, Las rósł zaraz za osadą. Krożuch łyknął piwa, a ja rzekłem: - Miniecie ten niepozorny zagajnik za osadą, panie, i za trzy dni drogi spytajcie w zamku o dalsze instrukcyje. Lecz nie tak łatwo trafić do tego Lasu – dodałem. – Strasznie go drzewa zasłaniają. Wielkolud, o dziwo, nie dał się zbić z tropu. - Wiem, gdzie to jest – pochwalił się. – Ja szukam duchów i potworów, co w nim mieszkajo! Którędy do nich? - A po cóż ci one, dobry człowieku… co chcesz z nimi zrobić? Nachylił się wtedy, marszcząc swą poznaczoną wstęgami tatuaży, miedzianą twarz we wściekłym grymasie, w czarnych oczach zabłysło coś nieprzyjemnego, i wysapał, zęby szczerząc: - Zabić… je… wszystkie! - Wszystkie…? – zerknąłem na Krożucha, który aż zakrztusił się piwem. – Wszystkie, co do jednego? Nie wiem, czy dacie rady, panie… - Dam radę każdemu – zahuczała góra mięsa w skórzanych portkach. - I tak je wszystkie chcecie… no, tego… - Zabić. Zlikwidować. - Ale tak wszystkie? - Unicestwić! – ryknął, aż mu kolczyk w nosie podskoczył. – Prawda to, że wystarczy zejść z Traktu, a same mnie odnajdą? - No… - zawahałem się. Krożuch gapił się to na niego, to na mnie, z otwartymi ustami i przestrachem w oczach. – Niby tak. Jak dotąd, znaczy się, zawsze się zjawiały… wystarczyło ino z traktu zejść i w Las się zagłębić. Ale naprawdę chcecie samotnie im czoła stawić? Już niejeden próbował… Odpowiedziała mi czysta wściekłość i pewność siebie twarda jak kuchnia mojej starej. - Nic nie umknie memu ostrzu – zawarczał przybysz. – Ja pokonałem smoka z Dillmeln, ja zająłem się splugawionym bractwem Księżyca i opatem Deckettem, ja rozgromiłem zbójecką bandę Gilmeliona z Przełęczy Psa. Z kości wrogów, których zabiłem, można zbudować drogę stąd do lasów Malionu, a ich czaszkami wybrukować wszystkie zaułki w stolicy. Należą do mnie połówki czterech królestw i trzy księżniczki! Jestem – tutaj rzeczywiście się przedstawił, ale już mi z pamięci dawno wyleciało, jakie to było miano – pogromca i egzekutor, śmierć i zniszczenie moich wrogów, którzy drżą na dźwięk mego imienia! Jestem niepokonany i oczyszczę ten Las z wszelkiego plugastwa! A przede wszystkim, zamiaruję zdobyć Lustro! Słuchaliśmy z Krożuchem tej zgrabnej przemowy nieco osłupiali, i nawet się nie odzywaliśmy. Tak, Lustro. Jeszcze jedna specyficzna atrakcja turystyczna. Ale nie taka jak inna, o nie. Prądy gościńca, oprócz awanturniczego płotkostwa i łotrzykowego tatałajstwa, przynosiły czasem ze sobą i większe ryby. Te bolenie, te szczupaki wśród cwaniaków grubszego robaczka próbowały schwycić. Tacy zjawiali się tutaj, by zdobyć Lustro – mityczny artefakt rzeźbiony w górskim krysztale niebywałej czystości, strzeżony jakoby w głębi Lasu przez jakiegoś demonicznego kajdaniarza szczującego wszystkich piekielnymi ogarami o płonących ślepiach. A może o głowach orłów. Na co by takiemu dandysowi było w krzakach siedzieć i mebli pilnować, tego nikt nie dopytywał; liczyła się tylko cudowna, osławiona plotką i balladą właściwość tego pożądanego lusterka – otóż kto postawiłby przed nim cały swój majątek, mógłby raz w szkło niczym w taflę wody sięgnąć i wyjąć z niego to, co się w nim odbije – czyli krócej mówiąc dobra swoje podwoić. Tedy po Lustro przybywały jedynie największe chwaty, dla których ryzyko spotkania z piekielnym hyclem warte było podjęcia; innymi słowy – tacy z dużym majątkiem. I oczywiście większość z nich była na tyle chciwa, że cały swój depozyt od razu wiozła ze sobą. Zapewne planowali powiększyć o niego to, co już spoczywało w sadybie demona, i dopiero potem przejrzeć się w krysztale. I to również nam było na rękę. Wielki Sławny Wojownik, jak mu tam było, odetchnął głęboko, po czym odwrócił się i poczłapał w stronę schodów prowadzących do pokoi na piętrze. Po drodze rzucił jeszcze niedbale: - Idę odpocząć, a wieczorem wyruszę uwolnić was od zła czającego się w tym Lesie. I bogactw, które w nim marnieją! Niech mnie diabli, pomyślałem. Niech mnie demony. Chwilę jeszcze siedzieliśmy w milczeniu, patrząc tępo na schody, po których przed momentem wchodził nasz nowy dobroczyńca. Czy on rzeczywiście powiedział to wszystko? Mówił poważnie? Spojrzałem na Krożucha, potem na szynkarza, ale miny obaj mieli nietęgie. Poza nami nie było tu w tej chwili nikogo. Ja pierwszy ocknąłem się z zamyślenia, w jaki wprawiły nas słowa tego zabijaki. - Krożuch – rzekłem zdecydowanym głosem – leć po chłopaków. Jest kłopot.
Część 22 / 2
Siedzielim już przy piątym kuflu, i nic. Ośmiu chłopa się zebrało, co by coś wymyślić – i nic. Miny ponure, humory parszywe, nawet piwo nie smakowało. Bo też tylko jedno rozwiązanie się wszystkim nasuwało, a było to rozwiązanie nie do końca przyjemne. Dał się słyszeć łomot kroków i nasz Wielki Wojownik zszedł z piętra. Towarzyszył mu miecz tak ogromny, że właściwie trudno było określić, kto tu kogo trzyma. Nie bójcie się – rzekł, widząc nasze zafrasowane oblicza. – Powrócę o świcie i zwrócę wam wolność. - No właśnie – mruknął szynkarz, niemal niesłyszalnie. - Ciemno się zaraz zrobi… - spróbowałem. - Ciemność mi nie straszna – odpowiedział Wojownik, i to powiedziawszy, wyszedł. Rymarz Kolnik z jękiem ukrył twarz w dłoniach, a Ryżło, stary młynarz, mruknął tylko: - Diabli nadali. Zanim jednak zdołał bardziej przybliżyć nam swój pogląd na to, skąd przybył nasz wybawca, dał się słyszeć zachrypnięty, lecz wesoły głos Witroczego, siedzącego na ławie przed karczmą. Do Lasu wam śpieszno, Do Lasu wam droga, A tam monstrów osiem, Po osiemkroć trwoga!
Przybysz zatrzymał się, słysząc te słowa, i obrócił w stronę starca swoją łysą głowę na karku szerokim jak biodra naszej miłościwej królowej. - Nie lękaj się, dobry człowieku – oznajmił. - Powrócę tu w chwale i przyniosę wam pokój. Osada wasza będzie mogła żyć jak dawniej, bez strachu, a ścierwo potworów użyźni wasze pola. Tak rzekł i odczłapał ku gościńcowi, który zaraz za wsią znikał w mroku Lasu. A Witroczy, wciąż uśmiechając się szeroko jak każdy, kto już nie przejmuje się zbytnio światem i jego problemami, dokończył radośnie:
Strachu w was nie ma, W sercu duch mężny, Lecz jednak są żeście Dureń potężny!
- A niech sobie ten pokój w rzyć wsadzi! - dodał ze złością Ryżło. - To co robimy? – zapytał Piołun, nasz medyk, próbując mocniej chwycić kufel trzęsącymi się ze starości dłońmi. - A co nam pozostało? – pytanie moje było arcy-retoryczne. – Mus nam za nim iść w Las i sprawę, jak zwykliśmy, zakończyć. - Sami? – zza lady odezwał się szynkarz, zakaszlał suchotnie. – Przeciw niemu? Rady nie damy. - Wielki jest jak góra – potwierdził z troską w krótkowzrocznych już oczach Kolnik. - A kogo mamy o pomoc poprosić! – rozeźliłem się. Dorosłe chłopy, a jęczą jak baby. Zazgrzytałbym zębami, gdybym jeszcze miał ich na tyle, by móc zgrzytać. – Młodzi do miast powyjeżdżali, a zresztą i tak by pewnie spartaczyli. Co mamy rady nie dać, ośmiu nas jest na jego jednego! - A on jeden jak ośmiu nas. I osiem razy młodszy! - To i osiem razy głupszy! A ręce ma tylko dwie. Musimy przynajmniej spróbować - powiedziałem już nieco spokojniej. – Pomyślcie, co się stanie, jeśli ten kiep rozpowie, że tu u nas nie ma żadnych straszydeł, że niby to już wszystkie przed nim pouciekały! Myślicie, że ludzie na grzyby zaczną tu przyjeżdżać? - Słusznie gada! - orzekł stary Korzeń, co kiedyś był drwalem. - Sam bym go prawą ręką załatwił, gdybym jeszcze ją miał! - Co?! - zagdakał Witlec, na słuchu słabujący. - No – podjąłem. - Tedy razem nam za nim iść trzeba, kupą wszyscy, żeby radę dać. I dać musimy za pierwszą razą, bo inaczej to nam się tu wszystko zacznie pieprzyć, do czorta. - Nu, ale chyba nie teroz? - spytał Ryżło. - Dyć ćma zaraz, chłód przyjdzie, a mnie w krzyżach łupie! - A kiedy, jak nie teroz? - Krożuch, jako były skryba we dworze, jak zwykle był najbardziej rzeczowy. - Ćma, to i łacniej gdzie wlezie i go poharata, a nam zostanie ino go dobić. Las znamy, a po ciemnicy to i on nas nie pozna, i jego łatwiej podejść będzie. - No, racja w tym jest... - zgodziłem się. - Trzeba myśleć, tak zawsze mówił stary hrabia, gdy we dworze byłem – w głosie Krożucha dała się nagle słyszeć nutka nostalgii. - Podejść wrogów. Zasadzić się, wybrać moment ataku. To się nazywa... stara tegia, mówił, czy jakoś tam. Znaczy się, stary, dobry i sprawdzony sposób... - Tedy nic nam tu dalej po próżnicy siedzieć – rzekłem i wstałem. Wstali i oni, stękając i łapiąc się za krzyże. - Lećcie do chałup, chłopy, i bierzcie niezabędne utensylia. Ino gibko! I wnet na skraju wsi się widzimy!
Ciemnieć już zaczynało, gdyśmy się przy opłotkach spotkali. Szynkarz zabrał dębową lagę, którą na co dzień posługiwał się w celu utrzymania porządku w swoim przybytku; Piołun długi i cienki, ale mocny i ostry jak cholera brzeszczot, którym zdarzało mu się już nieraz amputować komuś to czy owo. Kolnik wziął widły, Witlec dzierżył cep; Korzeń w swej jedynej ręce trzymał siekierę. Krożuch przykuśtykał z trzema pochodniami, z których jedna już płonęła. Ryżło przyniósł łańcuch od krów. Na twarzach zebranych malowała się determinacja. - Piknie –