Horror · 7 min czytania
Las
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Prolog
Las. Najbliższa mu miejscowość znajduje się jakieś 60 kilometrów dalej. Po bliższych są najwyżej ślady. Nic więcej. Niezależnie od czasów ludzie nie zbliżali się do niego. W sumie to kilku się kiedyś zbliżyło, ale nie wyszło. Nic dziwnego, że budził przerażenie. Splecione, martwe konary przypominały raczej wygięte zwłoki niż resztki drzew. Dziury w nich wyglądały jak twarze zamarłe w agonii. Zwierząt w nim właściwie nie było. Przynajmniej prawdziwych. Zajmował wiele miejsca, był chyba największym lasem w kraju. Nikt nie umieszczał go jednak na mapach. Co najwyżej Słowianie mówili o nim jako przeklętym. Mieli w tym dużo racji. Jednak las stawał się bestią dopiero po zmroku, gdy cienie ożywały, a ludzie, jeśli te istoty da się tak jeszcze nazwać, którzy to zginęli wyruszali na łowy, by dopełnić swego grona kolejnymi głupcami, którzy weszli do lasu. Tacy znajdowali się rzadko, ale co jakiś czas pojawiali się nowi mieszkańcy. Jak tego wieczora... Las.
Ofiara
Młody mężczyzna wygrzebał się z auta. Chwilę dochodził do siebie. Przejrzał się w lusterku przewróconego pojazdu. Twarz nieco poobijana, ale dalej przypominał niebieskookiego rudzielca z dowodu. Nie pamiętał chwili wypadku. Jedynym, o czym pamiętał był fakt, że zwolnił się wcześniej z pracy. Miał przyjechać do Elżbiety, zabrać ją na kolację, a po niej się oświadczyć. „Miałem dziś przeżyć cudowny dzień, a siedzę na jakimś odludziu z zepsutym samochodem” - pomyślał z irytacją. Wyciągnął komórkę. Nie działała. Zdenerwowany cisnął ją przed siebie. Po chwili wyciągnął paczkę papierosów i zapalił. Po wypaleniu trzech sprawdził swoje dokumenty. Były na miejscu. Po chwili usiadł na ziemi i pomyślał „Jacku Kwarkowski, tak oto wygląda dzień twoich prawie – oświadczyn!”. Po chwili spojrzał w kierunku lasu. Ten wydawał się dziwnie duży. Młody informatyk, jakim był poszkodowany w wypadku nie chciałby do niego wejść. A już szczególnie w nocy, która powoli się zbliżała... Na zegarku wyświetlała się godzina dwudziesta. Zrezygnowany i zmęczony przez chwilę wędrował po okolicy. Nie spotkał żadnego śladu cywilizacji. Solidnie wkurzony wrócił do auta. Wyciągnął śpiwór z bagażnika i położył się spać. Wątpił w możliwość zaśnięcia, ale wolał podjąć jakąkolwiek decyzję rankiem.
Las cieszył się, ponieważ sprowadził do siebie kolejną ofiarę. Na dodatek będącą słabą... Nie wykazywała ona szczególnej woli walki, chęci przeżycia. Nie miała szans nawiązać nawet starcia z lasem. Mogła jedynie błagać o szybką śmierć. Oczywiście i tak by jej nie dostała. Las musiał mieć zabawę.
Jacek zbudził się. Zegarek wskazywał dwudziestą trzecią. Nie pamiętał dokładnie snu. Widział w nim jedynie koszmarnie wykrzywione twarze krzyczące : -Witaj wśród nas! Najgorszy był fakt, że nie był w stanie się wybudzić z koszmaru. Istoty powoli go zjadały i zjadały... Powrót na jawę powitał więc z ulgą. Wstał i wypalił kolejnego papierosa. „A pomyśleć, że próbuję rzucić od miesiąca” - zaśmiał się ironicznie w duchu. Nagle poczuł silny podmuch wiatru, który porwał śpiwór zakupiony tego samego dnia. Uwagę mężczyzny przykuła jednak postać na skraju lasu. Zawołał: -Hej! Gdzie jestem? Odpowiedziała mu jednak jedynie cisza. Podszedł w kierunku ludzkiej sylwetki. Zaczynał