Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Przygoda · 35 min czytania

Las

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Nazywam się Tadeusz Chodkiewicz i jestem, podobnie jak i mój ojciec, lekarzem, obecnie już emerytowanym. Urodziłem się w czasach niewątpliwie ciężkich, bo niecały rok po ataku III Rzeszy Niemieckiej na mój rodzinny kraj. Moja matka poniosła nieoczekiwaną śmierć, zamordowana przez sowietów, a ja, jako jedyne dziecko swoich rodziców zostałem pod opieką tylko ojca. Wychowywałem się na wsi, gdzie przyuczałem się do lekarskiego fachu oraz pomagałem prowadzić niewielkie, rodzinne gospodarstwo. Moje dzieciństwo nie jest obecnie istotne, podobnie jak kolejne lata życia, aż do wydarzeń, które chcę tu opisać. Wspomnieć należy jednak o fakcie, iż kiedy miałem lat dwadzieścia ojciec sprzedał ziemię i domostwo, po czym postanowił założyć gabinet w jednym z pobliskich miast. Skazany zostałem na żywot w otoczeniu wielkich stalowych i betonowych konstrukcji, pośród wszechogarniającego hałasu i rozgardiaszu, wśród zanieczyszczonego nie tylko spalinami, ale i nienawiścią powietrza. Podczas całego swojego pobytu w tym okropnym mieście marzyłem, aby z powrotem zaznać przyjemności płynących z wiejskiego życia. Z utęsknieniem wspominałem chwile, gdy leżałem wśród kwitnących kwiatów, w dźwięku wieczornych cykad. Kiedy wreszcie, nie dalej jak rok temu, zakończyłem na dobre swoje zawodowe życie, pierwszą moją decyzją było przeprowadzenie się na odciętą od cywilizacji prowincję, gdzieś w równinnej części kraju.

Z początku wszystko układało się dobrze. Co dzień uczęszczałem na długie spacery, kierując się w stronę lasu. Podążałem przez gigantyczne łąki, na których wnosiły się ku niebu rozmaite gatunki traw, zbóż i roślin, których nazwy ulotniły się z mojej głowy już wiele lat temu. Nieraz mogłem zaobserwować widoki tak bardzo cieszące moje oczy: stado saren uciekające przed jakimś niewidocznym dla mnie niebezpieczeństwem, czy zająca kicającego przez wysokie, zielone chaszcze. Wśród tych wszystkich, na pozór jednakowych, pól natrafić można było na kilka miejsc, które szczególnie napawały mnie szczęściem i wszechogarniającą euforią. Był to staw pełen błyszczących w słońcu ryb, obrośnięty wokół topolami i bukami, był to także stary, i obecnie będący w stanie głębokiego rozpadu, drewniany mostek na rzece przecinającej owe niezmierzone polne tereny, niczym strużka potu spływającego po czole śpiącego olbrzyma. Kiedy te cudowne dzieła natury zostawały za mymi plecami, dochodziłem do lasu. Nie był to zwykły porośnięty drzewami teren, był to najpiękniejszy i najstarszy las, jaki dane mi było widzieć. Monumentalne starodrzewy strzelały wysoko w górę, dorównując wysokością największym budynkom miasta, gdzie straciłem tyle lat swojego młodzieńczego życia. Olchy i buki, nieco niższe od innych drzew, niczym wierni słudzy garbili się przed królującymi nad nimi dębami. Wszystkie te piękne pomniki natury pokryte były setkami tysięcy różnokształtnych zielonych liści, szumiących podczas najsłabszego nawet wiatru. Bardzo rad byłem, że dane mi jest obcować z naturą, którą tak pokochałem, będąc jeszcze gołowąsem. Przy każdej kolejnej przechadzce zapuszczałem się coraz dalej w leśną gęstwinę. Zazwyczaj znajdowałem kolejne ślady po żerujących dzikach, piękne, acz budzące strach wielkie mrowiska, sięgające niekiedy blisko metra wysokości lub zwalone wiatrem drzewa obrośnięte różnymi odmianami mchu i kolorowych porostów. To właśnie podczas jednej z takich leśnych wędrówek zobaczyłem ich domostwa. Nie było ich dużo, być może około dziesięciu. Były niewielkie, toteż nie przypuszczałem, jakoby mieszkali w nich ludzie, raczej jakiś niezwykły i nieodkryty jeszcze gatunek zwierząt. Zbudowane były wyłącznie z korzeni drzew, oblepionych gdzieniegdzie rozmoczoną ziemią zmieszaną z liśćmi. Przypominały nieco swego rodzaju surrealistyczne kopce. Nie posiadały okien, zamiast drzwi były w nich ciasne otwory, gdzie zwisające ku ziemi elastyczne, cienkie korzenie, tworzyły coś w rodzaju zasłony. Jak sądziłem, reszta legowiska kryła się zapewne tuż pod ziemią, a owe budowle są tylko portalem, czymś w rodzaju bramy do podziemnego królestwa. Stałem tam, ukryty za krzakiem jeżyn, rozmyślając nad pochodzeniem i celem tego co dane mi było widzieć. Brałem pod uwagę rozmaite teorie, niektóre traktowały nawet o nieznanych ludzkości przybyszach z kosmosu. Moja intuicja nakazywała mi uciekać jak najdalej i w jak największym pośpiechu, ale byłem tak bardzo ciekawy tego co się tam czai, że postanowiłem jeszcze przez moment, przez małą chwilę nie ruszać się z miejsca. Wtem stało się coś, czego podświadomie się spodziewałem: wiszące korzenie, zasłaniające wejście do jednego z kopców rozchyliły się. Z ciemności panującej w budowli wyłoniła się niewielka człekopodobna istota. Był to prawdopodobnie samiec. Sugerowały mi to gęsty, rudawy zarost na całym ciele i dość męska budowa ciała. Wyglądał jak karykatura człowieka, był zgarbiony i nieco pokurczony, chociaż dobrze zbudowany. Prawdopodobnie nie był już młody, ale za czasów świetności mógł pochwalić się sporym garniturem mięśniowym. Był brudny od stóp aż po sam czubek głowy. W prawej dłoni trzymał pleciony kosz. W moje nozdrza uderzył nieznany mi dotąd zapach. Przypominał odór rozkładających się martwych zwierząt, jakie niekiedy widywałem na miejskich, bocznych uliczkach. Budził we mnie odrazę i przyprawiał o mdłości, toteż jak najszybciej zacisnąłem palce na nosie. Mężczyzna zaczął podejrzliwie się rozglądać, więc musiałem ukradkiem schylić się i ukryć za gęstszą częścią krzewu, aby mnie nie widział. Odczekałem chwilę, po czym wychyliłem się powoli, patrząc na miejsce w którym stał. Nie było go tam już. Przez kilka chwil wypatrywałem go jeszcze, czekałem nawet na pojawienie się innych, podobnych do niego stworzeń. Nic takiego jednak się nie stało. Powoli obracałem się, ciągle uciekając spojrzeniem ku dziwnym budowlom. Wreszcie zdołałem oderwać od nich wzrok i całkowicie zwrócić się w przeciwnym kierunku. Właśnie wtedy zobaczyłem go z bliska. Stał przede mną, twarzą w twarz. Okazał się nieco wyższy, niż początkowo przypuszczałem, ale dużo ohydniejszy, niż wcześniej myślałem. Twarz skrzywioną miał w grymasie, który przypominał nieco uśmiech. Jego wielkie czarne oczy wpatrywały się głęboko w moje, czułem jak przewiercają mnie na wylot. Po plecach zaczął płynąć mi zimny pot, lał się całymi litrami. Czułem dreszcze, czułem jak cały się trzęsę. Ale mimo to nie bałem się. Byłem podekscytowany tym osobliwym, niecodziennym spotkaniem. To co zrobił śmieszny, zgarbiony człowieczek było niespodziewane, zaskakujące niczym opady śniegu w środku kalendarzowego lata. Wciąż świdrując mnie swoimi ślepiami, hipnotyzując mnie wzrokiem, sięgnął lewą ręką za skórzany pas, który prawie w całości przykrywało jego gęste futro i kątem oka zobaczyłem błysk. Gdyby nie intuicja, która podpowiedziała mi, abym natychmiast cofnął głowę, pewnie leżałbym w kałuży krwi z rozciętym gardłem, czekając na nadejście kostuchy i jej zimnego pocałunku na moim policzku. W porę odsunąłem się od chcącego mnie zaszlachtować potwora i ostrze stalowego kozika dosłownie o milimetr ominęło moją krtań. Ręce, na których byłem podparty naglę wyślizgnęły się z pode mnie i z hukiem runąłem pośladkami na mokrą ściółkę, tłucząc się boleśnie. Wtem ponownie ujrzałem ów napawający mnie grozą widok nadciągającego, błyszczącego ostrza noża. Tym razem moja reakcja nie była tak szybka. Na prawym policzku poczułem dotyk zimnej stali, który z czasem zmienił się w piekący ból, jakby ktoś polał kwasem moją twarz. Poczułem ściekającą powili stróżkę krwi, która docierając do podbródka kapała na koszulę, tworząc na niej powiększającego się czerwonego kleksa. Pot, który wystąpił na moim obliczu dodatkowo spotęgował uczucie bólu i czułem teraz, jakby rozdzierano mi skórę, a do rany sypano całe kilogramy soli. Próbując zapanować nad sytuacją, uspokoić się i odzyskać władzę nad ciałem, zamknąłem oczy i zacisnąłem pięści. Doszedłem do wniosku, że muszę się bronić, że ta dziwna istota za moment wbije mi nóż w serce, wydłubie gałki oczne albo rozetnie gardło. Z niechęcią, acz z determinacją, podniosłem powieki. Łuna bijącego przez gałęzie drzew słońca oślepiła mnie, widziałem jedynie blask, światło, wypalające moje źrenice niczym płomienie trawiące las, pozostawiając jedynie zgliszcza. Kiedy po krótkiej chwili oczy przyzwyczaiły się do panujących warunków i odzyskałem wzrok, nadal trzymałem zaciśnięte pięści, gotowy zmiażdżyć twarz i połamać wszystkie kości włochatemu potworowi. Ale jego już nie było. Jakby rozpłynął się wraz ze świeżym leśnym powietrzem.

Następnego ranka wstałem zmęczony i niewyspany. Przez całą noc nękały mnie koszmary, a zaszyta przeze mnie rana na policzku paliła tępym bólem, co uniemożliwiało mi jakikolwiek dłuższy sen. Był poniedziałek, duszny, parny i gorący jak samo piekło pierwszy dzień nowego tygodnia. Jak w każdy poniedziałkowy poranek udałem się do wiejskiego sklepiku, oddalonego kilka kilometrów od mojego domu, aby zrobić zapas jedzenia i mleka na nadchodzący tydzień. Byłem już w centrum, jeśli tak nazwać można zbiorowisko śmierdzących uryną i stęchlizną budynków, do których należały mały sklep spożywczy, stary drewniany pub pełen wszelakiej hołoty i alkoholików oraz kilka drewnianych i nieco więcej murowanych domostw, kiedy do głowy przyszedł mi całkiem nieoczekiwany, acz bardzo sensowny, pomysł. Byłem nowy w tej miejscowości, ale ludzie mieszkający tu od urodzenia muszą wiedzieć coś na temat tego dziwnego człowieczka w lesie, który mimo swojej niewytłumaczalnej agresji, niesamowicie mnie zaintrygował. Postanowiłem zatem odłożyć zakupy na potem, sklep otwarty był do późnego wieczora, i znaleźć kogoś, kto mógłby mi co nie co opowiedzieć, kto zna tą wieś od podszewki i z chęcią wleje swoją wiedzę w moja głowę. Taka osoba musiałaby mieszkać tu od bardzo dawna, jeśli nie od urodzenia, chociaż z drugiej strony ja jestem tu ledwie miesiąc i już odkryłem siedlisko leśnej istoty. Kiedy wszedłem do drewnianego budynku od razu uderzył mnie zapach wódki, piwa i wymiocin. Pub był miejscem, w którym zbierali się wszyscy okoliczni ludzie, którzy z braku jakichkolwiek sensownych zajęć i perspektyw na przyszłość całymi dniami przesiadywali na malowanych na brązowo, drewnianych ławach. W większości byli to starzy alkoholicy, nie widzący nic poza flaszką zimnej wódki stojącą na stole przed nimi. Nie bywałem w tej części wsi często, nie znałem też tych ludzi, ale bez problemu potrafiłem ich ocenić, widziałem wielu takich mężczyzn, kiedy mieszkałem jeszcze w mieście. Wystrój był zaskakująco schludny i uporządkowany. Poukładane równo na wiszących na ścianach półkach kufle do piwa, doniczki z kwitnącymi kwiatami oraz butelki po drogich, ekskluzywnych trunkach, kontrastowały z brudnymi, zaniedbanymi i nieogolonymi klientami pubu. Rozejrzałem się po pomieszczeniu szukając barmana i zobaczyłem na twarzach ludzi skupienie i ciekawość wywołane najprawdopodobniej moją osobą. Tubylcy nie oglądali nowej twarzy pewnie od jakichś kilku lat, więc nie zdziwiło mnie ich zachowanie. Nic nie robiąc sobie z podszeptywania zdecydowanej większości obecnych, podszedłem do stojącego za ladą mężczyzny. Ubrany był w brązowe spodnie z nieznanego mi materiału i białą bawełnianą koszulę przybrudzoną nieco tu i ówdzie jakąś żółtą substancją. Na plecy narzuconą miał wypłowiałą marynarkę spod której widoczne były czerwone szelki. Człowiek ten nie mógł popisać się bujną czupryną, wręcz przeciwnie, od jego gładkiej łysiny odbijało się światło z rozjaśniającego pomieszczenie żyrandola. Kompleksy związane z brakiem owłosienia na głowie rekompensowała mu gęsta, czarna, długa broda, pozlepiana miejscami jakąś substancją o gęstości i kolorze karmelu, co działało raczej odpychająco. Poprosiłem o dwa kufle lanego piwa, którego moje usta ostatni raz smakowały jeszcze kiedy mieszkałem w mieście. Mężczyzna napełnił szklane pojemniki, patrząc na mnie podejrzliwym wzrokiem. Położyłem na ladzie kilka monet, które z brzękiem spotkały się z malowanym drewnem i wartko chwyciłem za rączki szklanic. Na dłoniach poczułem emanujące od nich zimno. Odwróciłem się i skierowałem wzrok na siedzących przy stołach mężczyzn. Większość z nich zajęta była rozmową lub szybkim podnoszeniem do ust kieliszków napełnionych wódką lub kufli z piwem. Moje oczy zatrzymały się patrząc na człowieka siedzącego samotnie przy jednej z powleczonych ceratą ław. Właśnie takiego kogoś szukałem. Kiedy siadłem naprzeciw starszego brodatego mężczyzny poczułem odór potu i alkoholu. Nie przejąłem się zapachem przyprawiającym mnie o mdłości, ani odrażającym wyglądem mojego nowego towarzysza. Postawiłem kufel napełniony boskim, chmielowym napojem tuż przed jego zachłannymi oczyma. Jak na zawołanie ukazał żółte, popsute zęby w swoim dziwnym, surrealistycznym uśmiechu. Mrugnąłem do niego i podniosłem szklanice do ust. Poczułem zimny, kojący duszę napój, który przypomniał mi czasy mojej młodości, czasy, w których wszystko było prostsze, a może tylko takim się zdawało. Przez grube, pokryte pianą szkło zobaczyłem popijającego łapczywie mężczyznę. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, w swojej codziennej mozolnej wędrówce, kiedy po kilku godzinach rozmowy, a raczej słuchania niezwykle ciekawego i nasyconego wszelakimi przekleństwami monologu, zatrzasnąłem za sobą dębowe drzwi pubu. Moja ciekawość i fascynacja były podsycone do granic wytrzymałości i wprost rozpierała mnie chęć pobiegnięcia w sam środek lasu, do osobliwego osiedla groteskowych korzeniowych domostw. Od Bańka, bo tak zwano owego brodatego mężczyznę o karykaturalnym wyrazie twarzy, dowiedziałem się niesamowitych i zaiste upiornych faktów. Wiedziałem już, że istota, z którą miałem wątpliwą przyjemność się spotkać jest z całą pewnością człowiekiem. Zostałem również zapoznany z burzliwą historią jej przodków, których odrażający wygląd spowodował ich wygnanie z terenów wsi, przez ówczesnych jej mieszkańców. Nie mając dachu nad głową schronili się oni w lesie, budując fantazyjne budowle z jedynych dostępnych dla nich materiałów – korzeni i błota. Zasłyszałem również starą legendę, jakoby pod tymi niezwykłymi szałasami wykopali oni sieć tuneli i jaskiń sięgających najdalszych zakątków niezmierzonej puszczy. Mężczyzna, który opowiedział mi o nich, przekupiony piwem, twierdził, że nie lubią kiedy ktoś wchodzi na ich teren. Ku przestrodze streścił mi dramatyczną i budzącą grozę historie. Kiedy był jeszcze młody, a więc blisko trzydzieści lat temu, kilkoro młodzieńców mieszkających w jego sąsiedztwie, chcących sprawdzić prawdziwość bajek opowiadanych im przez rodziców, wybrało się na nocną podróż po lesie. Wszystkich, prócz najmłodszego imieniem Jan, znaleziono rankiem na skraju puszczy, zmasakrowanych i częściowo obdartych ze skóry.

Podczas gdy dochodziłem do lasu było już chłodniej, a na niebo zaczynał wstępować srebrzysty nów księżyca. Krwawoczerwona poświata na zachodzie oświetlała mi drogę przez początkową, rzadką część lasu, lecz kiedy zagłębiłem się w gęstwinę, aby cokolwiek widzieć, musiałem użyć latarki. Podczas powrotu do domu myślałem, aby swoją niespodziewaną wizytę odłożyć do jutrzejszego dnia, ale moja gorąca ciekawość zwyciężyła i uzbrojony w mały, na wpół tępy nożyk i latarkę, ruszyłem aby spotkać się z Korzeniarzami, bo tak nazywali ich tutejsi ludzie. Nie pamiętałem drogi, wszystkie drzewa były takie same i już zaczynałem myśleć, że zgubiłem się w nocy, w środku lasu, kiedy przez gałęzie ujrzałem niewyraźne zarysy niskich, kopulastych budowli, oświetlonych światłem księżyca i ledwo widocznym blaskiem ognia. Podszedłem nieco bliżej, uważając, aby nie nadepnąć na żadną suchą gałązkę, a jej trzaskiem nie wzbudzić podejrzeń mieszkańców puszczy. Zbliżyłem się na najmniejszą odległość, na jaką mogłem sobie pozwolić i ukryłem się za tym samym krzakiem przy którym zyskałem nową bliznę na policzku. Zza jednej z chatek w powietrze wzbijał się dym, a ciemność przebijała łuna ogniska. Odczekałem chwilę, ale nikt się nie pojawił, toteż zmieniłem pozycję przesuwając się nieco w prawo, gdzie nic prócz łysiejącego krzewu nie zasłaniało mi widoku na siedzące przy ognisku trzy postacie. Były podobne to człowieka, którego spotkałem poprzedniego dnia i który bez powodu chciał obciąć mi głowę. Dwie spośród nich były, jak mniemam, kobietami. Miały wyraźnie większe piersi i nieco rzadsze owłosienie, choć i tak bez problemu znalazły by pracę w cyrku. Trzecia istota, w odróżnieniu od wszystkich, których dotąd widziałem, miała przyprószone siwizną futro. Była zgarbiona, a jej palce wykrzywiały się w fantazyjnych pozach. Jako jedyna trzymała obfity kawał pieczonego mięsa, z czego wydedukowałem, że jest pewnie kimś ważnym, osobnikiem alfa w karykaturalnym, leśnym stadzie. Stałem tam blisko piętnaście minut i zostałbym choćby na całą noc ukrywając się za wyliniałym krzewem, gdyby nie to, co stało się w przeciągu następnych kilku chwil. Tuż za mną usłyszałem powolne kroki. Ktoś skradał się do mnie cichaczem. Pot wstąpił na moje czoło, dłonie zrobiły się śliskie, a oddech przyspieszył znacznie. Pierwszą moją myślą była ucieczka, ale wiedziałem, że nie jestem już w takiej formie jak kiedyś, nie miałbym szans zbiec nawet do krańca lasu. Bez wahania sięgnąłem po nóż, który miałem za pasem. Kiedy w dłoni poczułem twardą rękojeść od razu poczułem się…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%