Fantastyka · 12 min czytania
Łasice
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Moja rodzina pojechała na wakacje jakieś dwa i pół tygodnia temu. Dawid i Janka (moja żona) pojechali razem na obóz żeglarski. Doskonała para: uczeń i instruktor. Zostałem sam, aby wyremontować kuchnię, której od ładnych paru lat należała się pomoc w odzyskaniu dawnej świetności. Zaraz po wyjeździe moich żeglarzy zacząłem malowanie. Po caluteńkim tygodniu ciężkiej pracy wszystko było prawie skończone. To był wspaniały okres wypełniony muzyką z dudniącego, małego radia produkcji chińskiej, pizzy zamawianej do domu i morza piwa, które kupowałem w małych beczułkach z kurkiem. Dni stały się do siebie doskonale podobne. Proste i pełne nieskomplikowanych zadań, które pozwalały mi błądzić myślami. Czasami moje zamyślenie kończyło się pomalowaniem nie tego, co trzeba, ale raczej w porę zauważałem, że zamiatam pędzlem po ekranie telewizora zamiast po ścianie. Teraz, kiedy o tym myślę, jestem pewny, że moje marzenia, uwolnienie umysłu z więzów, w jakich go trzymam przez cały rok, spowodowało dalsze wypadki. Jestem matematykiem. Na co dzień wykładam na uniwersytecie oraz, już kolejny rok piszę pracę doktorską, która ma się zmieścić na trzech stronach maszynopisu. Staram się rozwiązać jedną ze słynnych matematycznych zagadek. Nie będę zgłębiał szczegółów, ale byłem wówczas bliski rozwiązania, na które nie wpadły najtęższe umysły tego świata. Końcowy dowód niemal miałem w ręku, trzeba tylko było nieco obliczeń, aby go sprawdzić. No właśnie: DOWODY. W moim życiu wszystko miało racjonalne wytłumaczenia i jasno określone ramy. Matematyka pozwalała mi ignorować tak zwane „wydarzenia nadprzyrodzone”. Stałem twardo na ziemi i nie zamierzałem opuszczać stanowiska dopóki nie będę pewien, że jest to dla mnie bezpieczne. Marzenia nie są czymś nadprzyrodzonym, dlatego, kiedy moje ręce pokrywały kolejne połacie ścian farbą, myśli wiodły mnie wprost do Sztokholmu, gdzie odbierałem Nagrodę Nobla. Konstruowałem w pamięci mowę, którą wówczas wygłoszę. Raz, za razem, raz koło razu jak mawiał mój tato, kiedy był w domu remont i jako mały brzdąc bardzo chciałem pomóc. Wówczas doprowadzał mnie tym do szaleństwa, lecz dziś sam bym upomniał malarza, gdyby nie malował: raz za razem, raz koło razu. Nagle, obok puszki z farbą mignął mi ciemny kształt. Na pewno wiele razy zdarzyło Wam się, że kątem oka zarejestrowaliście ruch, który przyciągnął Waszą uwagę. Po bliższym przyjrzeniu zawsze okazuje się, że to tylko firanka poruszana przez wiatr, albo odbicie słońca w oknie naprzeciwko. Nie tym razem. Kątem oka zarejestrowałem wyraźnie ruch. Po kilku minutach ten sam kształt przemknął na granicy wzroku, tuż pod drabiną. To były ostatnie pociągnięcia pędzlem, więc nie zamierzałem przerywać z powodu przywidzeń. Ciemny kształt śmignął, gdzieś między szafkami. Zdało mi się, że usłyszałem cichy pisk. Malowanie dobiegło końca. Zmęczony i zadowolony z siebie powoli składałem sprzęt. Postanowiłem, że posprzątam następnego dnia. Tuż przed zaśnięciem przypomniało mi się, że w lodówce mam jeszcze jedno piwo. Wolno wstałem z niechęcią myśląc o swojej „matematycznej” kondycji, która wcale nie była tak dobra jakby się mogło wydawać. Siedzący tryb pracy oraz powolny styl życia sprawiły, że wyhodowałem sobie mały brzuszek, który wszędzie mnie poprzedzał. Ponieważ nie jestem wysokim facetem, brzuszek nie miał się gdzie ukryć i szybko zrozumiałem, że albo schudnę, albo będę po prostu gruby. Wstając znów powróciły do mnie wyrzuty sumienia za opilstwo. Zaraz za nimi pojawiły się doskonałe usprawiedliwienia w stylu: Praca malarza jest bardzo wyczerpująca i potrzebuję dużo kalorii... Albo: dziś przecież wszystko już spaliłem. Obok lodówki natknąłem się na paczkę chusteczek higienicznych pociętych i poszarpanych na drobniutkie kawałki. Przyznam, ze było to nieco dziwne, ale... Liczyło się piwo. Sięgnąłem do lodówki. Dotyk chłodnej puszki od razu poprawił mi samopoczucie. Zaraz zapomniałem o przywidzeniach i rozejrzałem się za jakimś naczyniem. W szafce znalazłem kubek i już miałem nalać do niego piwa, kiedy cichy szelest poderwał mnie do góry bardziej, niżbym sobie tego życzył. Znów przechyliłem puszkę nad kubkiem. Wtem naczynie wyleciało mi z bezwładnej ręki. Coś oderwało się od blatu stołu i skoczyło wprost na moją rękę. Poczułem małe pazurki wbijające się w skórę oraz usłyszałem cichy pisk. To nie była mysz. To również nie był szczur. Wszystko odbyło się tak szybko, że nawet nie zdążyłem krzyknąć. Zostawiłem szczątki kubka na stole i podłodze. Jednym haustem wypiłem piwo. Chłodny napój nieco mnie otrzeźwił. Sięgnąłem do szafki po miotłę. Otworzyłem drzwi, a wówczas kilka futrzastych stworzeń przemknęło na granicy wzroku rozpływając się w szarościach pokoju, gdzie jedyne światło pochodziło z telewizora. Przywidzenia. Nic, tylko przywidzenia. Zabrałem się za sprzątanie. Kawałki kubka wrzuciłem do śmieci. Przy zbieraniu ostatnich okruszków skaleczyłem się lekko. Kilka kropel krwi pociekło na upaprane farbą spodnie. Nagle jakiś cień śmignął przed moimi oczami. Zapomniałem o ranie i gwałtownie odwróciłem się w stronę pokoju. Telewizor szemrał spokojnie, a ja wyraźnie słyszałem delikatne piski. Wkurzyłem się. Zapaliłem wszędzie światło. Choćby to nie były szczury, albo myszy znajdę je i zabiję. Nie będą bezkarnie biegać po moim domu. Ze szczotką w ręku ruszyłem na poszukiwania. Raz po raz na granicy percepcji przebiegały jakieś stworzenia. Zacząłem je gonić po całym domu. Trzy razy byłem pewien, że widzę siedzącego zwierzaka i wówczas uderzałem z całej siły. Rozbiłem dwa wazony i połamałem telefon. Mijały kwadranse. Stworzeń zaczynało przybywać. Teraz widziałem…