Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 26 min czytania

Łaska bogów

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Nad wioską powoli zapadała noc. Słońce już tylko częściowo wychylało się zza ściany pobliskiego lasu. W chacie, na skraju wioski siedział samotnie jej mieszkaniec, nerwowo spoglądając na drzwi. Wiedział, że wraz z nadejściem świtu zakończy swoje życie. Okazał się być kolejnym Modlącym, któremu nie udało się uprosić bogów o spełnienie Przepowiedni. Dokładnie przez tysiąc dni Alem był najważniejszym człowiekiem na świecie, miał wszystko, co najlepsze. Nie musiał polować, należały do niego najpiękniejsze kobiety, choć akurat z tego ostatniego przywileju starał się korzystać jak najrzadziej. Chciał, by zapamiętano go jako dobrego człowieka. Zdawał sobie sprawę, że wielu jego poprzedników za bardzo wykorzystywało swoją pozycję. Uważał, że zrobił wszystko, co było w jego mocy, by bogowie zechcieli wysłuchać jego próśb. Jednak mimo wielkiego zaangażowania, on również poniósł porażkę, a jej konsekwencje miały nadejść wraz z pierwszymi promieniami słońca... Tej nocy w wiosce nikt nie zamierzał spać, nawet najbardziej schorowani opuścili swe łóżka, by zobaczyć najważniejsze wydarzenie w ich życiu. Niewielu miało okazję obejrzeć na własne oczy ceremonię wybierania nowego Modlącego. Tradycją było, że uroczystość odbywała się zawsze w wiosce ustępującego wybrańca bogów. Ognisko już powoli zaczynało płonąć. Wieczór był dość chłodny jak na tą porę roku. Alem otulił się futrem i ostatni raz przekroczył próg swego domostwa, by stawić czoła nieodwołalnemu przeznaczeniu... Ludzie gromadzili się wokół ogniska, by wysłuchać jego ostatniej mowy. Większość z nich była dla niego obca, wszak od kilku dni do wioski wciąż przybywali mieszkańcy najodleglejszych nawet wiosek. Każde plemię liczyło, że to ich przedstawiciel okaże się tym, który zwycięsko przetrwa Próbę i przyniesie chwałę swoim ludziom. Alem westchnął. Tysiąc dni temu to właśnie jego wskazali bogowie, by mógł w imieniu wszystkich modlić się do nich o ich łaskę. Zawiódł wszystkich. Zarówno tych, którzy oczekiwali na spełnienie przepowiedni, jak i samych bogów. Spojrzał na swoje dłonie, były one świadectwem wyjątkowego hartu ducha. Pierwszy raz od lat zaczął żałować, że był aż tak wytrwały. Aż do dziś wierzył, że to on poprowadzi ludzkość do chwały, choć z każdym dniem jego wiara słabła. Dziś nicjuż z niej nie pozostało. Jakiś człowiek szybkim krokiem zbliżał się w jego kierunku, dopiero po chwili rozpoznał w nim Vakę, Pierwszego Łowcę zarówno wioski jak i całego plemienia. - Alem... - zaczął niepewnie Vaka - Przykro mi, że to się tak skończy. Były to szczere słowa. Obaj przyjaźnili się od dzieciństwa. Byli zawsze mądrzejsi od swoich rówieśników, co w późniejszym okresie zaowocowało awansem społecznym. - Trudno, nic na to nie poradzisz, ale przecież zdawałem sobie sprawę, że to może się tak skończyć. Zawiodłem i muszę ponieść konsekwencje... - Odkąd zostałeś Modlącym zawsze bałem się, że ta chwila może nadejść. Sam gorąco modliłem się do bogów, by przyjęli twoje modły, bym nie musiał unieść miecza przeciwko tobie. Nawet nie wiem, czy będę potrafił to uczynić. - Musisz, Vaka, musisz... Tak każe nasze prawo, to Pierwszy Łowca wioski, z której pochodzi Modlący musi wykonać wyrok, wiesz o tym... Więc nie wolno ci ściągnąć na siebie gniewu ludzi, bo i swoją głową mógłbyś go przypłacić. A mnie to i tak nie pomoże. To koniec, Vaka. - Alem... Wybacz mi więc... Vaka odwrócił wzrok, nie chcąc patrzeć w twarz przyjaciela. - Wybaczam. Zresztą wolę zginąć z ręki przyjaciela, wiem, że zrobisz to szybko i nic nie poczuję. - Tak będzie... - odparł Vaka i pośpiesznym krokiem ruszył w kierunku ogniska.

***

,,Jeszcze kilka godzin w kosmosie i będzie po mnie'' pomyślał nerwowo Lenny. Jego statek pozbawiony był już torped próżniowych, a goniący go ludzie nie wystrzelili jeszcze całego swojego arsenału. Nie miał też już czym mylić rakiet wrogów, a jego tarcza słabła. Pozostała mu jedynie umiejętność pilotażu, w której to dziedzinie był mistrzem. Jednak po trzech dobach za sterami, środki stymulujące nie dawały już pożądanych efektów. Pierwszy raz w życiu poczuł się prawdziwie zagrożony. Większość ludzi na jego miejscu już dawno by się poddała, ale nie on. Od lat był postrachem wszechświata. Był terrorystą, który nie działał ani dla idei, ani dla pieniędzy. Zabijanie sprawiało mu czystą przyjemność. Ktoś kiedyś policzył, że po jego akcjach zginęło około półtora miliona ludzi. Jednakże z jego prywatnych wyliczeń wynikało, że była to liczba wielokrotnie wyższa. Po prostu niekiedy inni przypisywali sobie jego osiągnięcia, a czasem winę zrzucano na naturę, której niszczącą siłę Lenny także wykorzystywał dla sprawienia sobie radości. I choć władze wiedziały kto za tym stał, nie odważyły się poinformować o tym opinii publicznej. Rozmarzył się przez chwilę, jednak szybko wrócił do rzeczywistości, jako, że statek policji znów go namierzył, a w jego kierunku leciał kolejny pocisk. Wziął głęboki oddech. Zamierzał zastosować manewr trudny w warunkach atmosferycznych, a wręcz niewykonalny w przestrzeni kosmicznej. Przeciętnemu człowiekowi potrzebne do niego obliczenia zajęłyby kilka minut, jednak jego umysł uporał się z nimi w kilka sekund. Wyhamował całkowicie i czekał. Kiedy rakieta była tuż za nim, wykorzystując pola grawitacyjne najbliższych obiektów, precyzyjnym ruchem wykonał zwrot i usiadł na ogonie pocisku, który w tej chwili traktował go jako przedłużenie samego siebie. Teraz wystarczyło podążać za nim z jego prędkością aż do wyczerpania energii rakiety. Lenny odsapnął z ulgą. Jednak jego radość trwała krótko, zorientował się bowiem, że leciał ku niemu następny pocisk. Powtórzenie manewru nie wchodziło w rachubę, ponieważ wpadłby w pole widzenia pierwszej torpedy. Jednak i teraz wiedział, co zrobić. Pozwolił, by pocisk zbliżył się do niego, po czym zmienił kierunek na prostopadły do toru rakiet. Obie zareagowały natychmiast zmierzając ku niemu pod, wydawało się, identycznym kątem i będąc w podobnej odległości od niego. Od tego jak bardzo te parametry były zbliżone zależało jego życie. Kiedy już został wzięty w kleszcze, po kolejnych błyskawicznych obliczeniach zmienił ciąg na wsteczny. Było to tym razem tak drastyczne, że z nozdrzy Lenny'ego trysnęła krew. Pociski zawróciły za nim wpadając na siebie i eksplodując z całą siłą. Tarcza ochronna z trudem przyjęła na siebie liczne odłamki. Komputer poinformował, że jej siła spadła do pół procenta. Dokładnie tyle, ile potrzebował do wejścia w atmosferę, tyle, że najbliższe gwiazdy nie posiadały planet zagospodarowanych przez ludzi, a Lenny posiadał już broń działającą jedynie w atmosferze. Ktoś go zdradził. Tyle wiedział, choć nie miał pojęcia, który z jego ludzi okazał się być Judaszem. Żywego wyceniano go na 400 milionów uniwersów, co było rocznym budżetem średnio zamożnej planety. Za martwego Unia dawała połowę tej kwoty. A mimo to był przekonany, że garstka ludzi, z którymi przebywał na co dzień, była podobna do niego. Wydawało mu się, że wyselekcjonował ich doskonale, zapewnił im życie w luksusie, ale widać i to nie wszystkim wystarczało. ,,Człowieka trudniej zrozumieć niż zabić'' przemknęło mu przez głowę. Kiedy kilka dni temu wyruszył na rekonesans przed kolejnym zadaniem, ukryta za asteroidem, czekała na niego cała armada. Jego statek był jednak jednym wielkim zautomatyzowanym magazynem broni. Lenny zdziesiątkował wrogów i zdołał wyrwać się z zasadzki, pozbawił się jednak przy tym całego przydatnego do walki w przestrzeni arsenału. W obecnej chwili pozostało mu więc jedno - ucieczka w nadprzestrzeń. Nie mógł skoczyć do żadnego ze znanych układów, bo jak przypuszczał wszystkie były gotowe na przyjęcie go. Musiał uciekać poza znany kosmos, ale przy jego mocno już wyczerpanych pokładach energii, była to podróż w jedną stronę. Było to jednak lepsze niż porażka. Obliczenia znów przeprowadził w pamięci, by zminimalizować czas, w którym jego własny komputer będzie przetwarzał dane. Był przekonany, że ten, kto go wydał nie zapomniał podłączyć pluskwy pod układ sterujący. Nie mylił się. Kiedy wrócił do przestrzeni rzeczywistej na ogonie miał jeszcze dwa statki policyjne. W duchu przyznał, że byli dobrzy. Musieli zareagować natychmiast po nim, nie mogli zdawać sobie sprawy, że ten skok będzie jedynym, jaki może wykonać. Komputer pokładowy z trudem ustalił aktualne położenie na podstawie gwiazd. Lenny jednak odetchnął z ulgą. Układ w jakim się znalazł posiadał planety. Była więc szansa, że któraś z nich będzie posiadać w miarę przyjazną jego celowi atmosferę. Statek Lenny'ego był zaopatrzony w sporą ilość sond zwiadowczych, więc wysyłał je po kolei, jednak te nie wysyłały korzystnych wiadomości. Gdy dotarł do trzeciej planety od tutejszej gwiazdy nie mógł uwierzyć w to, co ujrzał. Jej wielkość i barwy do złudzenia przypominały Ziemię. Sonda potwierdziła, że atmosfera ma wręcz identyczny skład, do tej, którą mógł oddychać. Gdyby wierzył w siły nadprzyrodzone uznałby to za cud, bo to było pierwsze takie znalezisko we wszechświecie, ale nie miał czasu ani ochoty, by dłużej się nad tym zastanowić. Nie myślał także o powodach dla których od jakiegoś czasu go nie atakowano. Uznał, że pościg zastanawia się, jakby złapać go żywcem. Wiedział, że jeśli dobrze to rozegra, to wyjdzie z tego cało, wszedł w górne warstwy atmosfery, co kosztowało go utratę reszty tarczy. Jednak w pułapkę dał się wciągnąć tylko jeden statek policji, drugi został na orbicie. Najwyraźniej nie chcieli ryzykować starcia obaj, drugi w razie niepowodzenia miał polecieć po posiłki. Lenny zabluźnił siarczyście, szybko jednak koncentrując się na najbliższej bitwie. Policjant usiadł Lenny'emu na ogonie, ale po kilku sprytnych manewrach role się odwróciły. Przeciwnik przez chwilę próbował miotać się, by nie dopuścić do namierzenia, jednak zaprawiony w takich sytuacjach Lenny nie dał mu szans. Spokojnie poczekał na jeden mały błąd i w odpowiedniej chwili wysłał dwie rakiety, które chwilę później eksplodowały przy zderzeniu z wrogim statkiem. Na twarzy Lenny'ego zagościł promienny uśmiech. Po cichu liczył, że drugi z policjantów okaże się chciwy i zapragnie zgarnąć wszystko dla siebie. Niestety, po chwili statek zniknął z orbity. To oznaczało, że na naprawę tarczy i wymianę akumulatorów zostały Lennemu może ze dwie godziny. Musiał także zlokalizować pluskwę. Uznał, że tyle powinno mu wystarczyć. Nie zastanawiając się więc długo zaczął lądować. Kiedy osadził statek na ziemi, od razu zabrał się do wymiany rdzenia akumulatorów. Następnie wyszedł na zewnątrz, by zająć się tarczą. Analiza biologiczna powietrza sprawiła, że coraz mniej wierzył w zbieg okoliczności. Mikroorganizmy zawarte w atmosferze były wręcz identyczne z tymi, z którymi spotkał się na Ziemi. Ta wiedza pozwoliła mu zdjąć hełm. Bez kombinezonu mógł być bardziej wydajny. Zanim jednak zabrał się do pracy zaniepokoił go jakiś ruch wokół niego...

***

Alem stanął na podwyższeniu zbudowanym z bloków skalnych. Dziś miał przemawiać z tego miejsca po raz ostatni. Uciszył gawiedź ruchem ręki. Po kilku chwilach nastąpiła całkowita cisza, nawet dzieci zamilkły. - Wiele lat temu, gdy po ziemi chodzili dziadowie dziadów naszych dziadów wszystkie ludy żyły ze sobą w nienawiści, tocząc ze sobą wciąż krwawe walki. Nie podobało się to bogom, którzy ciągle zsyłali na nas liczne plagi. Trzęsła się ziemia, góry pluły ogniem, a my umieraliśmy na straszliwe zarazy. Wtedy to w plemieniu Ure urodził się wielki prorok, który zaczął uczyć nas jak sprawić, by bogowie stali się dla nas przychylniejsi. Bogowie kochali go, zsyłając mu w czasie snu wizje, które później przekazywał nam. Potrafił on zjednoczyć nas wszystkich w wielką rodzinę, nauczył wielu cennych rzeczy, które sprawiają, że nasze życie stało się łatwiejsze. Miał też wiele takich wizji, których nie potrafił nawet on pojąć, ale dwie najważniejsze dla nas przekazał bardzo dokładnie... Alem wziął głębszy oddech, wiedział, że każde kolejne słowo przybliżało go do nieuchronnej śmierci. I choć wydawało mu się, że już się z tym pogodził, to jednak jakaś siła ściskała mu krtań. - Bogowie przekazali Hometowi słowa które wszyscy dobrze znacie, a jednak musimy je powtarzać bez końca, by nigdy nie zostały one zapomniane. Kiedy wyzbędziemy się ostatniej myśli pełnej nienawiści, kiedy nasze serca staną się czyste, wtedy bogowie uznają, że jesteśmy godni ich przebaczenia. Podejmą oni walkę ze złym bogiem Enonem i w ludzkiej postaci zepchną go na ziemię, byśmy wydali na niego wyrok. Homet nie powiedział nam, co mamy uczynić, ale wielokrotnie wspominał, że musi on być mądry i rozważny. Jeśli uczynimy słusznie, wówczas spłynie na nas łaska bogów. Nie będziemy musieli już polować, będziemy mogli pływać pod wodą niczym ryby, latać w powietrzu jak ptacy, będziemy równi bogom. Homet modlił się, by…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Łaska bogów — czytnik · opowiadania