Kariera · 31 min czytania
Łatwa robota
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Nie można do końca przewidzieć konsekwencji swoich działań. Wszyscy tak mówią. Gdybyśmy jednak zastanawiali się nad każdym zdarzeniem w naszym życiu to wszystko toczyłoby się dwa razy wolniej. To jasne, że mogę mieć teraz pretensje do samego siebie ale tylko frajerzy roztrząsają przeszłość i płaczą nad własnymi czynami. Tak mi powiedział szef- John Mellic. A ja byłem na tyle głupi by w to uwierzyć. Cóż, nie posłuchałem głosu rozsądku, olałem własne sumienie, więc teraz mam przesrane. I to na całej linii. Oczywiście, mogę wybrać łatwe wyjście i nadal będę żył jak Lord Koks ( co z resztą jest niezłym porównaniem ), ale myślę, że już wystarczająco długo kroczyłem ścieżką cwaniaka. Powinienem chyba zacząć od początku. No dobra, nazywam się Jack Wierzbowski i jak się zapewne domyślasz nie mam zamiaru opisywać tu moich szkolnych przygód czy pierwszych randek. W zasadzie historia, którą tu opiszę jest trochę banalna ale gówno mnie to obchodzi tak samo jak to czy będziesz odczuwać przyjemność czytając te wypociny. Piszę to bo po prostu chcę coś po sobie zostawić, nawet jeśli posłuży to komuś jako papier toaletowy. Być może to jest moja ostatnia okazja bym w końcu coś zrobił dla drugiej osoby. Ale nie uprzedzajmy faktów. Jak już wspomniałem mam na nazwisko Wierzbowski i lepiej to zapamiętaj jeśli wiesz co dla ciebie dobre. Heh, wybacz stare przyzwyczajenia. Niektóre zawody wyłączają w człowieku naturalną uprzejmość. Oczywiście, kiedyś było inaczej. Kiedyś prowadziłem zupełnie normalne i spokojne życie......
Urodziłem się w Chicago w 1986 roku. Moja matka jest Amerykanką a ojciec Polakiem. Oprócz nazwiska (które tutejsi wymawiają [ Łezboski ] ) otrzymałem od niego zestaw standardowych zasad wychowawczych: szanuj starszych, ustępuj miejsca babom w tramwajach, ucz się pilnie w szkole, zmów paciorek, nie dłub w nosie i całe to inne gówno. Z pewnością byłby ze mnie dumny widząc, że kończę kolejne szkoły, zdobywam jakąś nudną i nikomu niepotrzebną pracę i do końca życia haruję jak idiota płacąc podatki sukinsynom z rządu. No cóż, przykro mi ale zawiodłem go. Wszystko zaczęło się dwa lata temu w czasie letnich wakacji kiedy postanowiłem zatrudnić się jako dostarczyciel pizzy. Dostarczyciel pizzy- jak to poważnie brzmi! W rzeczywistości jeździłem na rozklekotanym motorku i sprzedawałem chemiczne placki amerykańskim grubasom. W każdym razie praca była nudna ale nieźle płatna (przynajmniej wtedy tak sądziłem). Pewnego dnia wydarzyło się coś nieoczekiwanego. Jechałem właśnie z pizzą gdy zauważyłem, że na środku drogi stoi jakiś facet. Było już dobrze po północy, cała ulica pusta tylko ten kolo stał tam sobie jakby nigdy nic. Miałem zamiar go wyminąć gdy spostrzegłem, że spora część jego białej koszuli zabarwiła się na czerwono. - Czy nic panu nie jest?- wyjąkałem niepewnie, zatrzymując motor. - Posłuchaj dzieciaku.- Jego głos był rozedrgany.- Dostarcz tę przesyłkę do kasyna Fortuna. Wyją zza pazuchy niewielką, brązową paczuszkę. - Ja, nie wiem.- Przyznaję, byłem wtedy całkowicie skołowany- Może zadzwonić na pogotowie? - Dostarcz to do kasyna Fortuna! Powiedz facetowi przy wejściu, że to od Tommiego i, że sam nie mogłem przyjść. - No, dobrze zrobię to jeśli to takie ważne ale pan potrzebuje doktora. - Pieprzyć doktora! Jeśli komukolwiek o tym powiesz, a zwłaszcza glinom....- Nieznajomy odchylił połę marynarki prezentując mi kaburę pistoletu.- to tak cię urządzimy, że się zesrasz we własne buty rozumiesz synku? Zamurowało mnie. Cholernie zamurowało. Do tej pory widywałem broń jedynie na wystawach sklepowych i w filmach z Chuckiem Norrisem. Zdołałem jedynie pokiwać głową. - Dobrze. Dostarcz tę przesyłkę a nie ominie cię nagroda. Pan Mellic potrafi okazywać wdzięczność. Jeśli jednak to spieprzysz..... - Nie spieprzę.- Gorliwie zapewniłem bandziora- Obiecuję. - No to na co jeszcze czekasz? Wypierdalaj!
Po chwili zostawiłem rannego mężczyznę daleko w tyle. Gdy opadło napięcie całe spotkanie wydało mi się nierealnym snem. Jedynie ciężar tajemniczej paczki przypominał mi o złożonej obietnicy. Ależ wtedy prułem! Wyciskałem z tego gruchota co tylko się dało. Byłem kurewsko przerażony. Nawet mi przez myśl nie przeszło by nie spełnić prośby Tommiego. Chciałem po prostu jak najszybciej to zakończyć, wrócić do domu i zapomnieć o całej sprawie. Na szczęście wiedziałem gdzie jest kasyno Fortuna więc dotarcie tam nie zabrało mi wiele czasu. Nie był to jakiś szczególny lokal. Po prostu średnich rozmiarów dom gier z ruletką, stołami do pokera i black jacka. Nie mógł się równać do wytwornych wnętrz Las Vegas. Zresztą, nieważne! Zaparkowałem gruchota przed głównym wejściem i przyjrzałem się dwóm ochroniarzom. Wtedy wydawali mi się groźni ale dzisiaj mogę już powiedzieć, że jeżeli ktoś ma kark taki jak twoja dupa to nie należy się nim przejmować. To jedynie bezwolni żołnierze, tak zwane grunty. Jeżeli nie mają nad sobą silnej władzy to gubią się w trudach życia codziennego. Jedynym sensem ich istnienia powinno być słuchanie szefa i napinanie muskułów. W innym wypadku stają się po prostu bezrozumną siłą, jak stado spłoszonych słoni. Podszedłem do jednego z nich prezentując paczkę. Niestety, nie dał mi dojść do słowa.
- Gdzie kurwa?- Kropelki śliny opryskały mi twarz- Do kolejki jak inni! - To jest paczka od Tommiego. Wysłał mnie tutaj bo sam nie mógł przyjść. Na czole osiłka pojawiły się zmarszczki. Widać było, że stara się myśleć. Brwi złączyły się w jedną, cienką kreskę a między oczami pojawiła się dupka. Skojarzyło mi się to z neardentalczykiem. U nich też pojawiało się coś takiego kiedy starali się przypomnieć sobie: gdzie ja kurwa położyłem to krzesiwo? - Ta pewnie!- Bramkarz wyciągnął konkluzję.- Spieprzaj. - Czekaj- zainteresował się drugi.- Pójdę po szefa. Pilnuj go. - Ale..... - Pilnuj!
Część 22 / 2
Kolejne dziesięć minut spędziłem trzymając kurczowo paczkę i kuląc się pod wzrokiem nabuzowanego goryla. Bałem się, że jestem ofiarą jakiegoś okrutnego żartu albo, co gorsza to wszystko prawda i teraz będę miał do czynienia z ludźmi z którymi w życiu nie chciałbym się spotkać. Dobry Boże! Ależ ja kiedyś byłem frajerem. Jedno maleńkie oderwanie od codzienności a ja już srałem w gacie. W końcu moim oczom ukazał się wysoki facet w idealnie skrojonym garniturze. Miał ciemną cerę i zaczesaną na lewo grzywkę. Skojarzył mi się z pedałem, ale nie trudno się domyśleć, że zachowałem tę uwagę dla siebie. - Wezmę to od ciebie.- Miał silny południowy akcent.- Poczekaj chwilę przed lokalem, zaraz do ciebie wrócę. Wziął ode mnie paczkę a ja wróciłem na parking przed kasynem. Dosyć już miałem wzroku ochroniarza, poza tym spociłem się jak świnia. Usiadłem na moim motorku i czekałem. Oczywiście, myślałem o ucieczce. Zrobiłem swoje, wypełniłem umowę więc równie dobrze mogłem odjechać. Coś jednak mnie trzymało. Może słowo umowa, które wyraźnie sugeruje, że jeśli jedna osoba ją wypełni to druga musi jej za to zapłacić, a może zwykły strach. Czułem, że tym ludziom nie należy podpadać i jeśli któryś z nich mówi do ciebie siad to nawet nie próbuj podnosić głowy! Czekałem więc i coraz bardziej się denerwowałem. W końcu zauważyłem, że znajomy bandyta wychodzi z lokalu i powoli zmierza w moją stronę. Gdy był już zaledwie parę kroków ode mnie odchylił połę garniaka i sięgnął do wewnętrznej kieszeni. Oczywiście, wtedy byłem pewien, że sięga po pistolet więc szybko zapaliłem silnik. Niemal widziałem jak wyciąga gnata i patrząc w moje przerażone oczy rozwala mi łeb. Już miałem odjechać gdy wyciągnął rękę w której znajdowała się........gruba, biała koperta.
- Pan Mellic jest ci bardzo wdzięczny za przysługę- powiedział poważnym tonem. - Ech...oczywiście. Cała przyjemność po mojej stronie. Wiem, że to strasznie głupio brzmi ale nie wiedziałem wtedy co powiedzieć. Chciałem jak najszybciej to zakończyć. - Pan Mellic chce żebyś wiedział, że jeśli będziesz kiedyś czegoś potrzebował to możesz zwrócić się do niego. Jest gotów wykonać dla ciebie przysługę tak samo jak ty wykonałeś dla niego. - Dziękuję. Przekaż panu Mellickowi, że jestem wdzięczny za jego..... yyyyyyy troskę. - Oto parę drobniaków za dostarczenie przesyłki.- Szybko schowałem kopertę domyślając się już co w niej znajdę. - Jestem ogromnie wdzięczny. Zgłoszę się jeszcze, ale muszę już jechać.- Nie chciałem go urazić więc zacząłem się tłumaczyć- Jestem spóźniony do pracy a jutro mam jeszcze mnóstwo zajęć muszę pojechać do biura, odebrać...... - Ok. Ok. Rozumiem- uspokoił mnie nieznajomy- Jedź już. Późno jest.
Cóż, tak to się wszystko zaczęło. Kiedy wróciłem do domu i otworzyłem kopertę zobaczyłem największą sumę pieniędzy jaką w życiu widziałem. Jasne, że w telewizji nie raz już oglądałem teczki wypchane kapuchą ale na żywo to co innego. Nie zarobiłbym tyle na rozwożeniu pizzy nawet przez pięć lat. Przyznaję, byłem zachwycony zarobioną wtedy kasą. Zabrałem mamę na wykwintną kolację ( tłumacząc zawzięcie, że zarobiłem tyle na dostarczaniu pizzy), kupiłem sobie wypasioną komórę i najnowszego kompa. Dalej wszystko potoczyło się już jak z górki. Kasyno Fortuna stało się moją obsesją. Początkowo tylko o tym myślałem ale w końcu coraz częściej zacząłem tam zaglądać. Siadałem zwykle gdzieś w rogu i obserwowałem facetów w lśniących garniturach. Co jakiś czas pojawiał się któryś z nich, wesoły i roześmiany. Widziałem jak robili wachlarze z banknotów studolarowych i jak wsadzali je za staniki zgrabnych panienek. Po pewnym czasie któryś z pracowników kasyna zainteresował się mną i spytał czy nie chciałbym tu pracować skoro i tak tu tyle przesiaduję. Zgodziłem się bez wahania. Musiałem rzucić robotę dostarczyciela ale nie miało to znaczenia. Teraz mogłem przebywać w kasynie o wiele dłużej. Co prawda jedyne co tam robiłem to zamiatanie i od czasu do czasu prowadzenie niewielkiego barku ale czułem się jakbym odnalazł żyłę złota. Obserwowałem tych nadzianych facetów niczym jakiś popaprany zboczeniec. Fascynowali mnie ale jednocześnie panicznie się ich bałem. Któregoś dnia zobaczyłem nawet tryskającego zdrowiem Tommiego. Nawet mnie nie zauważył taki był roześmiany i szczęśliwy. Oczywiście w końcu przyszła szkoła i obowiązek uczęszczania na lekcje. Parę pierwszych miesięcy chodziłem normalnie ale później sobie darowałem. No bo, w końcu kto przy zdrowych zmysłach chciałby słuchać pierdoł o zasadach prawej dłoni czy koniugacji czasowników. Zwłaszcza kiedy alternatywą było kasyno Fortuna. Z resztą nieważne! Zaczynam chyba trochę nudzić więc przejdę do rzeczy. Gdzieś w marcu miałem okazję wyświadczyć panu Mellickowi kolejną przysługę. Jakiś cwaniaczek ograł pół kasyna i zanim ochrona się zorientowała był już na zewnątrz lokalu. Niewiele myśląc przeskoczyłem barek i pobiegłem za facetem. Gdy wybiegłem na zewnątrz zauważyłem go, wsiadającego do czarnego BMW. Nie miałem wtedy własnego wózka więc sytuacja wydawała się beznadziejna. Wtedy to się stało. Moja pierwsza prawdziwie męska decyzja. Jakiś klient wysiadał właśnie ze swojego forda podbiegłem szybko, wyrwałem mu kluczyki, wpakowałem się do wózka i odjechałem z piskiem opon. Jeszcze chyba o tym nie wspominałem ale po prostu mam talent za kółkiem. Prowadzę jak mało kto. Nie będę wam opisywał pościgu, więc wspomnę tylko, że przycisnąłem gościa do muru. Udało mi się zabrać kasę zanim zjawiły się gliny i odjechałem spokojnie do kasyna nie zaczepiany już przez nikogo. Jakiś koleś zabrał ode mnie szmal jakiś inny zaprowadził mnie na zaplecze lokalu gdzie jeszcze nigdy nie byłem. Nie pamiętam wszystkiego dokładnie, adrenalina buzowała we mnie jak w napalonym ogierze. Znalazłem się w końcu w niewielkim, ale ładnie urządzonym pokoiku z drewnianym, okrągłym stołem przy którym siedział...........szef- John Mellic. Lekko łysiejący facet w średnim wieku, białym garniturze i ciemnych, okrągłych okularach. Wiem co myślisz- kicz i tandeta. Pan Mellic należy jednak do tych którzy mogą wyglądać tak jak im się podoba.
- To on?- zapytał prowadzącego mnie goryla. - Tak, proszę pana. - Hej!- wtrącił stojący obok szefa facet.- Ja go poznaję. To ten sam co dostarczył przesyłkę Tommiego. Rzeczywiście. Obok pana Mellicka stał znajomy już, wyglądający na pedała gangster. Przywitałem go skinieniem głowy. - Jak się nazywasz chłopcze?- Pan Mellic zaszczycił mnie spojrzeniem. - Jack Wierzbowski proszę pana. - Polak- stwierdził stojący w kącie grubas. Miał czarne spodnie, staromodne szelki i białą koszulę.- Większość z nich nadaje się na grunty. - Spokojnie Pete. Ten tutaj z pewnością jest wyjątkiem. Dziękuję ci za odzyskanie moich pieniędzy. Mruknąłem tylko coś i z pokorą spuściłem głowę. - Czym się zajmujesz? Chodzisz do jakiejś szkoły? Postanowiłem być szczery. - Powinienem uczęszczać do liceum numer dwa ale wolę przesiadywać tutaj. Grubas wybuchną śmiechem. Jak ja nienawidzę tego tłustego knura. Miło było popatrzeć jak Pan Mellic uciszył jego rechot jednym spojrzeniem po czym zwrócił się do mnie: - Synu, od dzisiaj pracujesz dla mnie. Wyraźnie czekał na moją odpowiedź ale tak mnie zamurowało, że tylko się na niego gapiłem. Niezrażony kontynuował: - Będziesz dla mnie pracował jako kierowca. Potrzebuję kogoś z twoimi talentami. Od czasu do czasu będziesz jeździł z moimi chłopcami wypełniać różne zlecenia a ja ci będę za to płacił. Będę ci płacił co miesiąc bez względu na to czy będziesz coś robił czy nie. Rozumiesz co do ciebie mówię? - Tak. Ale...... - Doskonale. Ten tutaj- wskazał na grubasa- to Pete. Moja prawa ręka. Na razie w ciebie wątpi ale nie daj się zrazić. Franka już znasz. Zajmuje się tak zwanymi gruntami. Wysoki facet obdarzył mnie przelotnym spojrzeniem. - Resztę ekipy poznasz w czasie wykonywania zadań. Jakieś inteligentne pytania? - Nie. To bardzo hojna oferta- odparłem z wahaniem- i jestem bardzo wdzięczny ale..... - Ale? Czy ja dobrze usłyszałem Pete czy ten dzieciak powiedział ale? - Posłuchaj synku.- Grubas sprawiał wrażenie wściekłego- Nie mówi się ,,ale’’ do człowieka który ma zamiar uczynić cię bogatym i wpływowym. - Nie chciałem urazić, a ....lecz jestem zmuszony odrzucić tę ofertę. - Odrzucić? Czy ciebie totalnie po...... - Spokojnie Pete- Pan Mellic zdjął okulary. Miał dziwne jakby zamglone oczy- Powiedz mi Jack. Masz jakieś wątpliwości? Lubię ludzi, którzy nie podpisują za szybko umów. - Nie chcę pana urazić.- Pamiętam, że wtedy poczułem się pewniej- Po prostu czuję, że nie jestem odpowiednim człowiekiem do takich spraw. - Gdyby tak było to nie przesiadywałbyś w moim kasynie miesiącami i nie gapił się na moich ludzi jak napalony ogier. Nie miałbyś też jaj by zrobić to co dzisiaj zrobiłeś. To dopiero była chwila. Wewnętrzna walka. Jing i Jang, dobro i zło i całe to inne gówno. Boże, jak ja nie znoszę tego metafizycznego pieprzenia. Po prostu nie mogłem się zdecydować. Wyobraziłem sobie co poczuli by moi starsi gdyby dowiedzieli się, że mieszam się w takie sprawy. Jak już wspomniałem starali się mnie dobrze wychować. Z resztą nie chodzi tu tylko o nich. To była chwila wielkiej decyzji a ja bałem się opuścić znany i bezpieczny brzeg. - Muszę to przemyśleć- odparłem wymijająco.- Nie jestem pewien. Spodziewałem się wybuchu gniewu ale Pan Mellic uśmiechnął się tylko. Był to uśmiech dobrego dziadziusia który widzi, że jego wnuczek wtyka ptaszka tam gdzie nie trzeba. - Bandyta to jest ktoś kto gwałci kobiety w parku albo morduje niewinnych przechodniów- powiedział bezbłędnie odgadując moje myśli.- My jesteśmy