Romans · 7 min czytania
Ławka nad rzeką
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Wiosna krzyczała głośno, że niesie nowe życie, nowe dni. Kościół śpiewał radosne Alleluja drżącymi głosami staruszek. A Zosia czekała, bo brakowało w jej życiu nadziei, wiary i... miłości. Wielkanoc. Z marazmu dnia świątecznego wyrwał ją dźwięk telefonu, głos Aśki i trywialne pytanie: - Idziemy na spacer? I poszły odwiedzić stare kąty w odświętnych ubraniach drepcząc ulicami małego miasta. A nogi same niosły je w dobrze znane zakamarki. Bezwiednie szły w swoje ulubione miejsce nad rzeką, gdzie z zatopionej ławki można było latem wygodnie moczyć nogi. Rozwijały się powolutku wielowątkowe dysputy, pojawiały się niepobożne pomysły, niecne plany... mimo to nad nimi wisiał Paluszek Boży. Tego dnia Zosia spotkała swoje przeznaczenie. Zrobiła coś trochę wbrew sobie, a na pewno wbrew tradycji Wielkiej Nocy. Tak to czuła. Poszła za namową Aśki zalać życiowe smutki do baru. Złamała tabu. Zamiast jak każdy hipokryta w tym kraju pić przy świątecznym stole, ona upijała się w barze. Boże co ludzie powiedzą? Aśka z podjęciem decyzji - iść czy nie iść? - nie miała żadnych problemów. Do tego zaczęła dzwonić do kolejnych znajomych, którzy jak się okazało, właśnie marzyli o wyrwaniu się z domu, by zapomnieć choć na chwilę o klimacie przymusowej świątecznej wizyty w rodzinnym siole. W "Zagłobie" nie było wielu gości, w końcu Święta. Znalazły więc szybko odpowiednie miejsce na plotki i zwierzenia. W niemal sinusoidalnych odstępach czasu przychodzili kolejni znajomi. Wkrótce zawisły nad nimi szare chmury wyrzucanych z siebie smutków, a w głowie szumiał etylowy las. Horyzont zniknął pod kłębiastą warstwą tytoniowych trucizn, wyrzucaną wraz z bolączkami przez coraz lżejsze serca. I nagle, przestrzeń niczym grom przeszyło jego spojrzenie. Zośka uchwyciła je. Zamroczony umysł podsycił ciekawość, nieświadome usta Zośki wypowiedziały głośno: - Aśka kim on jest? I zawahała się. Połączenie wzrokowe zostało brutalnie przerwane. Jego oczy patrzyły w przyszłość, której jeszcze nie było albo oglądały przeszłość, której nie była świadoma. Krótko mówiąc, znów gapił się przed siebie. Najdalej postrzeganą przez niego perspektywą była twarz jego towarzysza upojonego nektarem szczęścia, ale to za blisko, żebyś dostrzegł spojrzenie zaintrygowanej nim dziewczyny. I tu interwencja boska (tzw. paluszek Boży) połączona z ludzką inicjatywą wydały pierwsze rajskie owoce. Pijana w sztok Iga porzucając resztki kultury i ogłady, jednak przejawiając samarytańską chęć niesienia pomocy koleżance, wstała od stolika, i krzyknęła głośno wskazując palcem: - E ty łysy! Ty, w tym ciemnym swetrze, podobasz się mojej koleżance!
Zośka ze wstydu niemal schowała się pod stolik. Zrobiła głupią minę i uśmiechnęła się do niego. Wtedy on odpowiedział równie spektakularnym i wyszukanym: -Jaaa?
Wstał. I lekko chwiejąc się na nogach dokonał aktu łaski. Cały bar kibicował, część męska robił zakłady obstawiając koniec tej sytuacji, i gro przegrało, bo on jednak podszedł do otumanionej Zośki. Wyszła mu na spotkanie. Wszyscy ich obserwowali. Była kompletnie zażenowana tą sytuacją, ale zaczęła. - Cześć! Jestem Zośka.