Fantasy · 6 min czytania
Layla, you've got me on my knees [IV]
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Obudziło mnie silne światło rażące mnie w oczy. Leniwie podniosłam powieki. To słońce. Najzwyklejsze słońce wzeszło rano tak, jakby nocą wcale nie szalała burza. Jak gdyby tej nocy w ogóle nie było… Podniosłam się i usiadłam na krawędzi łóżka. Tylko ślady na rękach, ogromny siniec na brzuchu i nogach i miejsce, w którym się obudziłam, świadczyły o zajściach wczorajszej nocy… Wstałam i zobaczyłam Marcina śpiącego na fotelu pod ścianą. Pomimo słońca poranek był chłodny, a on nie był przykryty nawet kocem. Żal mi się go zrobiło… Wyglądał tak niewinnie… Marcin zawsze miał mocny sen, więc nawet nie drgnął, gdy przykryłam go kołdrą i położyłam mu poduszkę pod głowę. Przykucnęłam przed nim i uśmiechnęłam się do wspomnień, które nie wiedzieć, czemu postanowiły się upomnieć o moją uwagę. Kiedyś było nam dobrze…No właśnie. Kiedyś. Delikatnie przeczesałam mu włosy palcami. Nocą było łatwiej. Ja, przestraszona, poobijana, w zupełnie beznadziejnej sytuacji… On –bohater, którego potrzebowałam. - Śpij dobrze – szepnęłam – Należy ci się za taką noc… Wolno wyprostowałam nogi i przeciągnęłam się. Przez noc mocno ścierpłam. A może to wynik wypadku? Wolałam w to nie wnikać… Rzuciłam jeszcze jedno spojrzenie w stronę Marcina i wyszłam z jego pokoju. Ten dom znałam doskonale. Swego czasu często w nim bywałam. Weszłam do łazienki, żeby pozbierać wszystkie swoje rzeczy. W nocy niemiałam do tego siły i ochoty. W spodniach nadal miałam telefon. Wyciągnęłam ją i rzuciłam na umywalkę. Nie działał. Zalany wodą i błotem, uderzony przez samochód odmówił posłuszeństwa. To za dużo jak na niego. I jak na mnie… Moje odbicie w lustrze mnie przeraziło. Blada, poobijana, ledwo trzymająca się na nogach… Można by mną straszyć dzieci… Czy tak właśnie wyglądały wampiry? Nie było czasu, by się nad tym zastanawiać. Trzeba było ogarnąć wszystko to, co było dookoła. Wzięłam prysznic, wyprałam swoje ciuchy i opatuliłam się szlafrokiem wiszącym na drzwiach łazienki. Puszysty, granatowy materiał otulił moje ciało.
Torebkę, nadal upaćkaną błotem, i telefon wzięłam na dół. W kuchni wyciągnęłam zawartość torebki na stół, obmyłam jej wierzch i położyłam ją na słońcu pozwalając spokojnie wyschnąć. Zaparzyłam herbatę w kolorowym dzbanuszku i nalałam sobie trochę do filiżanki w podobnych kolorach. Rzuciłam telefon na stół i wyszłam na taras. Pod ścianą nadal stała bujana ławka. Swego czasu bardzo ją lubiłam… Usiadłam na niej i lekko odpychałam się nogami pozwalając huśtawce lekko się kołysać. - Co ja mam teraz zrobić…? – zapytałam swojego niewyraźnego odbicia w metalowym wazonie…