Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 10 min czytania

Legendarni wojownicy cz.1.

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

"Czy wy - śmiertelnicy, doznaliście kiedyś cierpienia, które nie da się opisać ludzkimi słowami? Czy staliście wśród trzepoczących na wietrze chorągwi, a do waszych oczów zbliżał się obraz armii tak strasznej, jak najstraszniejsze krzyki wołające o pomoc prosto z dna Hadesu - krainy umarłych? Czy wreszcie widzieliście przerażenie towarzyszy, którzy spętani niemocą błagali bóstwa o łaskę, a chcąc ocalić istnienie przed straszną katorgą, wbijali ostrza swych mieczy prosto w serce? Tego widoku nie da się zapomnieć. Ciągle tkwi mi przed oczami i niczym samo rozdrapująca się rana kaleczy mój skarzony bólem umysł. Nazywam się Tytus Andronikus i opowiem wam historię tak straszną, jak wizje piekła widziane fantazją ludzką. Nie musicie mi w nią uwierzyć. Zapamiętajcie tylko jedno. To wszystko co mnie spotkało, może przytrafić się także wam..."

Cesarz Walentynian był człowiekiem wysokim i dobrze zbudowanym. Jako wiekowy mężczyzna i doświadczony wódz sądził, że widział już wszystko co może dostrzec ludzki wzrok. Walczył u Traków - dzikich i groźnych jak afrykańskie lwy, których w walce ponosi tak wielka furia, że wydaje się iż są niepokonani. Był u Celtów - mistrzów podstępu, którzy nie chcieli uznać jego zwierzchnictwa. Pobił ich po kilku starciach. Ujarzmił też Persów, wroga zza morza tak niebezpiecznego, że inne ludy poddawały mu się bez walki. Jednak nie cesarz Imperium rzymskiego, który wyruszył z dwoma legionami do tej krainy barbarzyńców i podbił ją w ciągu sześciu miesięcy. Wiele by można mówić o jego sukcesach. Niezliczoną ilość stron zapisali kronikarze o wyczynach cesarza. Był tak wielkim imperatorem, że hołdowali mu władcy najdalszych krain - nawet tych z krańców świata. Jednak każda potęga, niczym kolos na glinianych nogach, może się zachwiać. Bo jeśli ktoś zaufa za mocno swej sile i uwierzy, że jest panem świata, może zostać niemile zaskoczony przez podstępną Fortunę. Walentynian nie wierzył, że coś złego może mu grozić. Sądził, że jego niepokonana dotąd armia, która z wielkim impetem przemierzyła już prawie cały świat, zdoła okiełznać każdą przeszkodę. Trzysta tysięcy żołnierzy było gwarantem nieśmiertelności Imperium... Nadeszły jednak burze ze wschodu pod postacią huńskiej nawały. Cesarz Chin, który dość już miał brutalnych napadów tych nieludzkich stworzeń na własne Cesarstwo, odgrodził sie od nich murem. Postawił wielką zaporę, która trzymała w ryzach dzikich barbarzyńców. Jednak oni podczas zwględnego spokoju rozwinęli swą siłę do takiej potęgi, że poczęli szukać nowych terenów do ujarzmienia. Ich wódz Atylla chciał stworzyć własne, potężne państwo, które stałoby się postarchem dla chińskich cesarzy. Wyruszył więc zachodnim szlakiem w poszukiewniu nowego świata. Ciągnął za sobą armię tak liczną, jakiej dotąd świat nie widział. Przeszło milion potężnych stworów o głowach dzikich bestii, ciele niedźwiedzim tak mocnym, że jeden Hun mógł odebrać życie nawet trzem legionistom na raz. Były to piekielne machiny, których wręcz pokonać się nie dało. Na sam widok ich kłów, krew sama w sercu stygła. To tak jakby armia piekielna stanęła u wrót niepokonanego Imperium.

-Rada starszych mówi, że walczyć trzeba - na posiedzeniu sentorów pierwszy głos zabrał Tytus Andronikus. Senatorowie siedzieli cicho. Nikt nie chciał podejmować pochopnej decyzji i choć lud za drzwiami senatu domagał się walki, władza była innego zdania. Wstał najstarszy z nich, Kryteusz, który jako były dowódca pretorianów miał ogromne doświadczenie w prowadzeniu wojny. -Wiem co myślicie. Wróg jest za silny by można mierzyć się z nim jak równy z równym. To nie są ludzie, tylko potężne stwory rządne krwi. Jednak mamy im oddać serca i spalimć tym swój honor? Nigdy, powiadam... Senatorowie w końcu się ożywli z tego letargu, który ogarnął wcześniej ich ciała. Rozpoczęły sie dyskusje, bowiem najstarszy z nich poparł jako jedyny pomysł Andronikusa. "Głupota, czy starch ich okiełznał",szeptali ciągle do siebie, a ich miny nie potwierdzyły zdań byłych dowóców. Wstał Polibiusz, poprawił swą białą togę i przemówił. -Drogi Tytusie. Twa sława jako dowódcy już dawno minęła. Chcesz się z nimi mierzyć? Nikt w twoim wieku nie powinien myśleć o prowadzeniu wojny, a ty jeszcze wczoraj podrzegałeś lud do ataku. Sądzisz, że podołasz trudom i poprowadzisz nasze armie do zwycięstwa? Ha, bałbochwalstwo, powiadam. Pycha, jak mówią chrześcijanie. A ty Kryteuszu - skręcił głowę w kieruku senatora, który jako jedyny w pomieszczeniu był w oficerskim uniformie. - Popierasz go. Jak mogłeś zdradzić nasz klan. Dokładnie wiesz, że ekwici nie popierają ofensywnego planu Tytusa. To samobójstwo. Musimy negocjować i tym ocalić niewinne istnienia, bo to jedyna droga pokoju. -Ja o własny skarb się nie martwię, bo cały wpadł w wasze łapy. Nie mam więc nic do stracenia. Chcę walczyć, a niewielka klika senatorów nie będzie głosem całej ludności rzymskiej - zaprotestował Tytus. Potem spojrzał z powagą na Kryteusza i skinął głową jakby dawał mu jakiś znak. Ten

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Legendarni wojownicy cz.1. — czytnik · opowiadania