Fantastyka · 18 min czytania
Legendy Midgetville
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
„Legendy Midgetville”
Prolog
Mieszkanie trzeszczało, gdy mróz próbował wedrzeć się przez ściany. Krople stopniałego śniegu zastygły w bezruchu na oknach. Większość z nich zamarzła. Lecz jedna nie wiedziała, czy jest już soplem lodu czy jeszcze płynem i uwiesiła się lewego rogu szyby. Spadła po chwili, gdy Ignacy zatrzasnął za sobą drzwi do pokoju. Wyjrzał na zewnątrz robiąc kwaśną minę. Widok samochodów zasypanych na wysokość bocznych szyb wprawiał go w nieprzyjemne odrętwienie. Zapalił papierosa i sięgnął po książkę z szuflady biurka. Powietrze zawirowało w mętnych obłokach dymu, które zasłaniały tytuł książki. Ignacy otworzył ją odkrywając pierwszą stronę. Widać było jedynie tytuł pierwszego rozdziału. Rozejrzał się dokoła i z pewną dozą zmieszania zaczął czytać. - Jestem w zasadzie anonimowy – Jegomość zwrócił się do Ignacego. – Anonimowy na tle tych stron. Jednak mnie zauważyłeś, więc zasługujesz na to, by zapoznać się z pewną historią. Przygoda ta przydarzyła się mnie i mojemu przyjacielowi, pstrągowi imieniem Henryk.
Rozdział I
Zimową nocą podróżni
Odzyskałem swój byt, Henryk dobry humor, a Siwe Pole pozwoliło nam zregenerować siły. Nie marnowaliśmy czasu i chcieliśmy być na bieżąco. Gazety donosiły, o kryzysie małżeńskim Britney i banana oraz końcu epoki Wielkiego Olka. Gdy byliśmy już mądrzejsi w sprawach międzynarodowych postanowiłem spełnić swoje marzenie i zostać rekinem giełdowym. Cokolwiek ten epitet oznaczał. Udałem się na Giełdę Papierów Toaletowych i zakupiłem tysiąc akcji LPR, czyli Ludowego Paradygmatu Rolniczego. Niestety prezes tej spółki wykręcił jakiś szwindel i uciekł za granicę tak, że ponownie zostałem z niczym. Powiedziawszy, o tym Henrykowi dostałem słuszny pod każdym względem wykład odnośnie makroekonomii i grupy trzymającej sadzę pod wąsami. Po zdrowej dawce politycznego bełkotu stwierdziliśmy jednogłośnie, iż wyruszamy w drogę. Po dość nudnej zabawie kartograficznej padło na Nevadę. Spakowaliśmy manatki, wsypaliśmy do kieszeni garść ziemi z Siwego Pola, obejrzeliśmy wschód słońca nad fabryką azbestu, po czym ruszyliśmy przed siebie. Dom pozostał smutny, obszedł się smakiem nadziei na nową przygodę. Resztki pożegnalnych piosenek zaległy w strunach fortepianu, a zdjęcia spoglądały na swe odbicia w pustych donicach paproci. Siwe Pole, już bez nas, spoczywało samotnie na Małej Tortilli, jak nazywano pas wybrzeża od Porto Calvini do Przylądka Steinbeck. Przed wyjazdem musieliśmy się jeszcze odmeldować u wujka Szarejbajki. Cel wizyty był dwojaki; po pierwsze chciałem, by Henryk poznał słynnego na całą Małą Tortillę prawnika, specjalistę w nietypowych precedensach, po drugie mój przyjaciel miał misję. Pragnął wziąć udział w słynnym turnieju wędkarskim na pustyni w Nevadzie. Miał to być sposób zemsty za wszystkie lata, kiedy to krewni Henryka padali ofiarą tej imprezy. Musieliśmy wyjaśnić kwestie prawne, jak i czysto moralne w tej sprawie. Z samego rana zaszliśmy więc do hiaciendy wuja. Stała ona na obrzeżach Siwego Pola pod Poskręcanym Drzewem. Stanąwszy przed werandą ujrzeliśmy jednego z asystentów. Zaprosił nas do środka. Rozsiedliśmy się wygodnie w fotelach przed biurem i oczekiwaliśmy na naszą kolej. Nie czekaliśmy długo. Gdy tylko wujek usłyszał, że wpadłem z wizytą kazał wyrzucić innych kontrahentów z biura. Zaparzył nam tradycyjną meksykańską herbatę z chili i nakazał wyjaśnić, czemu zawdzięcza wizytę. - Sprawa dotyczy zemsty, drogi wujku – podałem mu pisma odmowne, jakie Henryk uprzednio otrzymał od Wyższej Rady Pomstowania i Zadośćuczynień. - Prawniczy bełkot - Wujek pokiwał głową, po czym zwrócił się do Henryka. – Wyjaśnij mi synu, w czym rzecz? Henryk przeczesał łuski. - Sprawa wygląda następująco. Od wielu pokoleń moi krewni są wyławiani z wszystkich rzek Ameryki i wywożeni na bestialski turniej w Nevadzie. – wujek nie krył oburzenia, ale nie chciał przerywać. – Co to za sztuka łowić ryby szamoczące się na piasku? – kontynuował mój ichtio-przyjaciel. - Zresztą, gdybym chciał pomścić cały swój ród nie wystarczyłoby mi życia. Pragnę pomścić jedynie swojego kuzyna Długiego Johna Pstrąga. Szarabajka podał Henrykowi pudełko chusteczek i na chwilę pogrążył się w kontemplacji. Przywołał do siebie asystenta i nakazał odnalezienie „Księgi, o prawach moralnych”. Zatopił wszystkie swe zmysły w literaturze. Podniowszy głowę oznajmił: - Kiepska sprawa, amigo. - Co takiego? – w sercu Henryka pękła cienka nić dzieląca marzenia od rozczarowania. - Jeszcze sprawdzę w internecie, by się upewnić – kolano wujka podskakiwało nerwowo, gdy wstukiwał coś w wyszukiwarkę. – Chcesz pomścić kuzyna? - Zgadza się – potwierdził mój przyjaciel. - Będzie ciężko – wujek zauważył smugi na monitorze i zaczął wycierać je pospiesznie rękawem. – Pierwszą zasadą dobrej zemsty jest atak bez uprzedzenia, niespodziewany. I szkopuł w tym, iż wszyscy uczestnicy turnieju liczą się z twoją zemstą. Tym bardziej, że dwa lata temu twój stryj wybrał się na podobną krucjatę. W heroicznej walce wciągnął pod piach trzech uczestników. Co stwarza kolejny problem, gdyż do zemsty na stryju wystarczyłby ci jeden. Twój wujek dokonał nadprogramowej zemsty, przez co nie masz do niej podstaw prawnych, a po drugie jeśli chodzi, o taktykę jesteś spalony na starcie. Bardzo mi przykro. - No nic. Rozumiem. Zasady to zasady – odparł Henryk z miną niespełnionego krzyżówkowicza. - Przykro mi, że nie zdołałem pomóc – wielka księga wylądowała na podłodze. Szarabajka otworzył szafkę i wyjął z niej małą książkę. – Macie tu coś na drogę – zwrócił się do nas. – Lecz nie otwierajcie jej dopóki nie zobaczycie znaku – przestrzegał, a jego asystenci zgodzili się w milczeniu robiąc przy tym wielce jednoznaczne miny. Wsiadłszy na nasz rower na ryby ruszyliśmy przed siebie pierwszą lepszą autostradą, której nie skatalogowano na żadnej mapie. Stanowiło to jedyną gwarancję niepowtarzalności naszej historii.
Część 22 / 2
- Wyobraź sobie, że gdzieś w Ameryce jest listopad – rzekł Henryk. - Fakt – zgodziłem się. – Przytłaczająca myśl. A wyobraź sobie niebo, na którym lata teraz UFO – moje palce nakreśliły w powietrzu owalne kształty tylko po to, by wzrok mógł je ożywić, a wyobraźnia skierować do wszystkich miejsc, w których chciałem teraz być. Słońce zachodziło ospale. - Chyba też cierpi na nadciśnienie? – zażartowałem, ale Henryk, jako były ekologa poczuł się zniesmaczony. Nie zmienia to faktu, że nie spieszyło się z pożegnaniami. Powoli wtapiało się w asfalt, gdzieś na końcu drogi. Od razu zatęskniłem za domem. Wyobraziwszy sobie, jak jego promienie z porannej, świeższej strony oświetlają przedmieścia Siwego Pola, by po chwili, przebijając się przez chmury i korony drzew, pokryć Małą Tortillę, niczym parmezan przepuszczony przez sito. - Wybacz, nie chcę się drapać po nie swoich łuskach, ale zdaje się, że ostatnio coś ci się stało w światopogląd? - A miewasz myśli samobójcze? - splunął soczyście i zabełkotał pod nosem. - Dobra wyluzuj. - Przepraszam – najwyraźniej dopiero teraz usłyszał swoje słowa – zaraz usunę neuron za to odpowiedzialny. - Słuchaj Henryk jesteś moim przyjacielem, więc będę szczery. Nie chrzań! – spojrzał na mnie, jak wigilijny karp – Jak mój rower słyszy takie rzeczy to sam mi po piwnicy jeździ! - Masz rację – wewnątrz Henryk ganił się za linearną percepcję, tak charakterystyczną dla jego gatunku. - Pewno, że tak. To kwestia mentalności, a nie uszkodzonego neuronu. Musisz odnaleźć swoje „unagi”. - A, co to jest do cholery? - Punkt twojej świadomości, w którym wszystkie drogi są odmierzone dokładnością twych kroków. W tym momencie mi przerwał. - A, czy to przypadkiem nie jest jakiś rodzaj węgorza? - Dobra, nie to nie – przez tą rozmowę nasz wkład w ruch roweru znacznie zmalał. – Pedałujmy szybciej, bo gadaniem nigdzie nie dojedziemy. Zdarte bieżniki pokonywały opór, a opony wyły z zachwytu nad prędkością. Mijając kolejne bezimienne kilometry dostrzegliśmy intrygujący drogowskaz.
„Midgetville – miasto wielkie duchem 5 mil”
Wymieniwszy się spojrzeniami natychmiast otworzyliśmy książkę, podarunek od wujka. Miękka okładka i pozaginane rogi. Pierwsza strona naznaczona półkolami z kawy, do których dorysowano księżyc, czyli dziurę wypaloną papierosem. Pierwsze zdanie potoczyło się samo.
Rozdział II
Legenda Midgetville
Ignacy wkroczył do Midgetville. Jego samochód zepsuł się na autostradzie tuż przy znaku informującym, o miasteczku pośrodku pustyni. Przez chwilę miał wrażenie jakby znalazł wioskę smurfów. Malutkie domki stanowiły połowę tych standardowych, spotykanych wszędzie indziej. Mieszkańcy chyba wyczuli obecność obcego i tłumnie wylegli na ulice. Z początku trochę nieśmiało, by po…