Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 41 min czytania

Lek na bezsenność (cz. III)

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

III

Cisza kołysała niczym fale bezkresnego morza. Wznosiła, opuszczała, pulsowała. Pulsowała czernią która spowijała wszystko. A może nic? W tej czerni nie sposób było powiedzieć czy jest jeszcze coś poza nią. Ale było coś w niej. W czarnej ciszy okalającej wszystko i nic rozpłynęła się muzyka. A może śpiew? Cichy, odległy, zwiewny niczym poranna mgła na łąkach. I niczym mgła płynął cienką smugą oplatając myśli. Z czasem stawał się wyraźniejszy i przybrał na sile. Stał się na tyle głośny, że można już było poznać, że nie jest to śpiew lecz głos. Głos delikatny i cichy. Głos, który sprawiał, że ciemność poczęła zmieniać się w szarość. Na początku ta szarość przybrała tylko kształt plam, które powoli rosły i rosły aż stały się jedną wielką szarością. Szarością, która jaśniała powoli podsycana głosem coraz wyraźniejszym i delikatniejszym. W tej jasności Adiar dojrzał plamy, które już nie były szare ani czarne, lecz jasne i kolorowe. Niebieskie, zielone, czerwone, białe, pomarań-czowe. Starał się zmrużyć oczy, żeby zobaczyć je wyraźniej, ale wtedy nagły ból przeszył mu czoło i skronie. Nie poprzestawał w wysiłkach i w końcu plamy zaczęły zamieniać się w kształty. Ich brzegi nabierały ostrości, a barwy nasycały się coraz mocniej. I kiedy przymknął oczy raz jeszcze i ponownie je otworzył kształty przemieniły się w ludzką twarz. Twarz młodą i delikatną, twarz dziewczęcą, twarz o jasnej cerze, gładkich policzkach, zielonych, głębokich oczach przepełnionych spokojem i jasnoczerwonych ustach, które wciąż się poruszały. To z nich płynął głos, który go zbudził. Nie rozumiał słów, nie słyszał ich. Słyszał tylko ich melodię. Spokojną, łagodną, kojącą. Melodię, która przywiodła go do świadomości, uśmierzała ból, uspakajała myśli. Zmrużył oczy raz jeszcze i zobaczył ją całą. Zobaczył ją klęczącą przy nim, podtrzymującą jego głowę i mówiącą do niego. Pochylała się nad nim tak, że jej długie włosy koloru płonącego ognia kołysały się przed jego oczami. Wydawało mu się, że gdyby ich dotknął poparzył by sobie palce. Przez chwilę sądził, że nie żyje, że zginął i trafił do innego świata, w którym ta boska istota jest jego opiekunką. Przecież wśród żywych niepodobna spotkać osoby tak pięknej, o tak zielonych oczach, tak pięknych ustach, tak łagodnym głosie i delikatnych dłoniach. Musiała być boginią, która sprawia, że wszystko co złe nie ma do niego dostępu. Chciał się ruszyć, chciał coś powiedzieć, o coś spytać, ale głos nie wydobył się z jego ust. Zamiast tego ciszę przecięło ostre, piskliwe, kaleczące uszy skrzeczenie. Kiedy ten okropny dźwięk się powtórzył głowa Adiara znów opadła na ziemię i odpłynął w ciemność. - Co to było? - spytał Darmir. - Kto to może wiedzieć - odpowiedział dziadek Omnicjusz. - Zwierz pewnie jakiś się zbudził. Słońce już wysunęło się zza horyzontu. Kiedy świadomość ponownie obudziła się w Adiarze wokoło wciąż pulsowała bezkresna ciemność. Poczuł ból, który był gdzieś w środku jego głowy i znów wszystko zaczęło jaśnieć. Ciemność zmieniła się w szarość, a potem w plamy, które nabrały kształtu i koloru. Zmrużył oczy szukając obrazu twarzy. I zobaczył ją. Twarz, głowę, postać. Grubawą, uśmiechniętą, pozbawioną włosów na głowie. Twarz mężczyzny. - Słyszysz mnie panie? -spytała postać. - Gdzie ona jest? - spytał Adiar. - Chyba mnie słyszysz. A widzisz? - Kim jesteś? - pytał dalej Adiar. - Mansu Alai, medyk. Bądź pozdrowiony - uśmiechnął się mężczyzna. - Cieszę się, że zdrowiejesz. A kimże ty jesteś, jeśli wolno spytać? - Jam jest Adiar da Gerve, rycerz i kawaler... - Tu Adiar przerwał zaciskając z bólu zęby. Po chwili dodał - Gdzie ja jestem, co się stało? Gdzie ona jest? - Jesteś panie w lecznicy królewskiej. Poobijany i potłuczony, ale w istocie zdrowy. Przywiedli Cię tu żołnierze. Skąd? Dlaczego? Więcej nie wiem. Wypij teraz ten wywar, a za dzień lub dwa staniesz zdrów na własne nogi. Medyk podał mu miseczkę z jakimś mocno pachnącym ziołowym napojem. Adiar był jeszcze tak oszołomiony, że nie zastanawiał się co pije i dlaczego. Przełknął kilka łyków gorzkiej mikstury i opadł na posłanie. Nim zasnął zobaczył jeszcze w myślach postać o czerwonych włosach. - Jutro już całkiem do zdrowia wrócić powinien - stwierdził dziadek Omnicjusz i ucieszył się przy tym trochę, bo dzień już trzeci mijał odkąd zaczęła się ich przymusowa wycieczka i wracać do domu czas był najwyższy. Poprzedniego ranka, dzięki pomocy pani sowy, odnaleźli Adiara. Leżał bez przytomności na leśnym trakcie. - Cóż nam robić? - pytał przestraszony Darmir. - Ha, cóż robić. Nieść go przecież nie będziemy. Zdaje mi się, że ta gałąź jest winna wszystkiemu - tu dziadek Omnicjusz wskazał konar wyciągający się nad dróżką parę kroków dalej. - Kiedy tak uciekał w pośpiechu, musiał uderzyć głową i teraz leży tu biedak. Ale żyw. Ocucić nam go trzeba i po wszystkim. Nie było to jednak proste zadanie. Z pomocą Jagody, która znała się na leczniczych ziołach tak dobrze, że żaden skrzat w okolicy nie mógł się z nią równać, sprawa byłaby łatwa. Ale niestety nie było jej z nimi. - Trudno, musimy sobie radzić sami - stwierdził dziadek Omnicjusz i pożegnawszy serdecznie panią sowę, ruszyli w las. Jakimś dziwnym trafem zamiast znajdować rośliny lecznicze, cały czas trafiali na coś do jedzenia. W końcu przysiedli więc na posiłek i chwilkę odpoczynku. Kiedy, podjadłszy sobie trochę, zamierzali wrócić do poszukiwań, wiatr chłodny zerwał się nagle nad lasem. Liście na drzewach zaszumiały z niepokojem, a gdzieś nad nimi rozległo się głośne, piskliwe skrzeczenie. - Co to było? - spytał Darmir. - Kto to może wiedzieć - odpowiedział dziadek Omnicjusz. - Zwierz pewnie jakiś się zbudził. Słońce już wysunęło się zza horyzontu. Wracajmy lepiej do Adiara. W trakcie drogi powrotnej odgłos powtórzył się jeszcze parę razy, ale już ciszej. - Dziwny to jakiś zwierz - szepnął dziadek Omnicjusz. Widząc niepokój w oczach Darmira, dodał: - Ale chyba już gdzieś poszedł, albo poleciał, bo słychać go coraz słabiej. Gdy wrócili w pobliże drogi rzeczywiście żadnego zwierza nie było. Za to pojawili się jeźdźcy. Tym razem skrzatom i Adiarowi dopisało wreszcie szczęście. Byli to żołnierz z wojsk królewskich. - Nic przy sobie nie ma - stwierdził ten, który przyklęknął przy Adiarze. - Sądząc po ubraniu, jest wyższego stanu. Żadnych kosztowności, sygnetów na palcach, tylko guzy na głowie. Ani chybi pan Vergo gościną swoją go uraczył. Leży bez przytomności ale żyw jeszcze. - Zabieramy go - rozkazał dowódca. - No to mamy szczęście, dziadku - ucieszył się Darmir. - Prawda, mamy - odpowiedział dziadek. - Jednakże, mój drogi, wypada nam zostać przy nim, aż do przytomności wróci i zdrowie odzyska. Może nie równać mi się z Jagodą w leczeniu ziołami i zaklęciami, ale też pomoc nasza może się jeszcze przydać. Wieczorem do domu wrócimy. Najpóźniej jutro rano. Ruszyli więc za żołnierzami wiozącymi Adiara. A że nie jechali oni z rannym zbyt szybko, to i skrzatom własne nogi wystarczały. Szli sobie lasem, pogwizdując i podśpiewując. Dziadek Omnicjusz rozpalił nawet fajkę kiedy koło południa zatrzymali się wszyscy na odpoczynek. Las znów obdarował ich szczodrze swoimi owocami, tak że kiedy ruszali w dalszą drogę, nie byli ani głodni, ani spragnieni, a Darmir miał w sobie tyle energii, że co drugi krok musiał podskakiwać. Dziadek Omnicjusz tylko uśmiechał się lekko i pogwizdywał sobie radośnie. Podróżowali tak przez las, czasem mijając jakieś polany, czasem strumyk, czasem szli pod górkę, czasem z górki. Wreszcie las zaczął się przejaśniać i rzednieć, przerwy między drzewami robiły się coraz większe, aż wyszli z niego całkiem. Widok, który zobaczyli sprawił, że Darmir zamilkł a dzidek Omnicjusz przestał pogwizdywać. Stali na górskim zboczu, u podnóża którego zaczynała się królewska Słoneczna Dolina. Od południa zamknięta górskimi szczytami, od północy mniejszymi wzniesieniami, była tak rozległa, że trzeba by dnia całego prawie, żeby ją przemierzyć konno. Drugi jej koniec niknął gdzieś za horyzontem, tak że nie sposób było powiedzieć ile dni trzeba, żeby do niego dotrzeć. Na dnie rozpościerał się dywan łąk na których niezliczonymi kolorami kwitły maki, chabry, stokrotki, tulipany, kaczeńce, jaśminy, czereśnie i setki innych roślin, których skrzaty nie umiałyby nazwać. Przedzielone były miejscami złotem pól, na których rosło zboże i błękitem nitek strumieni połyskujących tu i ówdzie. Po brzegach doliny zieleniły się jasno szerokie połacie lasów. Ponad to wszystko wystawały miejscami wzniesienia, jakby znudzone zimnem górskich skał uciekły na dno doliny, żeby się ogrzać. Na najbliższym wzniesieniu jaśniał w słońcu zamek królewski, u stóp którego rozpościerało się królewskie miasto Estercja. Na drugim wzniesieniu, przysłoniętym nieco przez pierwsze, machał majestatycznie swoimi ramionami wiatrak. - Wiatrak - wypowiedział ledwo słyszalnie Darmir. - Widzisz dziadku? Wiatrak! Prawdziwy. - Widzę, widzę - odpowiedział dziadek. - Wiatrak, dolinę, zamek. Zdaje mi się, że jesteśmy już na miejscu prawie. Ruszajmy, bo żołnierze odeszli już kawałek. - Ale tam jest wiatrak - teraz Darmir już prawie krzyczał. - Prawdziwy. - Mój drogi Darmirze, wiatrak nie zjedzie ze wzgórza i nie zgubi nam się, a żołnierze mogą. Ruszajmy tedy zanim nam znikną z oczu. I ruszyli w dalszą drogę, która w istocie nie była zbyt długa. Darmir wciąż się potykał, nie mogąc oderwać wzroku od wiatraka, ale ostatecznie szczęśliwie dotarli do zamku, kiedy słońce było jeszcze dość wysoko nad zachodem. Zamiar z jakim dziadek Omnicjusz zmierzał do zamku był prosty. Poczekać, aż Adiar trafi do medyka, dosypać trochę zebranych rankiem ziółek do mikstury, którą tamten niewątpliwie przyrządzi, dodać zaklęcia uśmierzające ból, łagodzące sen i dodające energii, i upewniwszy się, że wszystko jest na dobrej drodze, wracać do domu. I pewnie by się to udało gdyby nie fakt, że skrzatów całe mnóstwo mieszka na świecie. Gdy zbliżali się do zamkowej bramy, najpierw zabrzęczał dzwonek na czapce Darmira. Chwilę potem dołączył się do niego dzwonek z czapki dziadka Omnicjusza. Nie były to jednak pełne trwogi dzwonki alarmowe, ale radosne pobrzękiwanie. Po chwili brzęczących dzwonków słychać już było znacznie więcej. Tam gdzie żyją ludzie dobrzy i prawi, tam zawsze znajdą się też skrzaty chętne pomóc w ciężkiej pracy. A że król Estercjan, panujący na zamku w tych czasach, szczególnie sprawiedliwym był mężem, tedy i skrzatów w okolicy nie brakowało. Spotkali więc w zamku dziadka Seliana, który był najstarszy ze wszyst-kich; spotkali też braci Eliasa, Teliasa i Nesteliasa, którzy byli synami córki stryjecznej siostry dziadka; spotkali również Besnara i Faroda, dwóch skrzatów, którzy pomagali drwalom w górach, ale przyjechali pomagać w lecie na zamku; Oriell, kuzynkę ze strony matki, która nie miała sobie równych w przyrządzaniu ciasta poziomkowego, Fanae, która pięknie śpiewała nie tylko kołysanki, Nasturcję, która była wnuczką dziadka Seliana w linii prostej i całą gromadę innych skrzatów, starszych i młodszych, grubszych i chudszych, wyższych i niż-szych, których imion Darmir nie był w stanie spamiętać, a którzy byli, albo nie byli krewnymi dziadka Seliana. I pewnie skończyłoby się to spotkanie uroczystym przyjęciem i wymianą skrzacich uprzejmości, gdyby nie fakt, że dziadek Omnicjusz okazał się być ciotecznym bratem żony syna kuzyna ojca dzidka Seliana. Byli więc sobie jak bracia. - Będzie uczta! - Obwieścił dziadek Selian i o protestach mowy być nie mogło. Na ucztę czas miał jednak przyjść dopiero późną nocą, kiedy już ludzie w głębokim śnie się pogrążą i wszystkie skrzacie sprawy zostaną załatwione. Tym czasem, po gorącym powitaniu, dziadek Omnicjusz przedstawił przyczynę podróży swojej i Darmira. - O zdrowie tego nieszczęśnika nie musicie się już martwić - stwierdził dziadek Selian. - Od teraz my się nim zaopiekujemy. Głowę sobie trochę potłukł, więc najpóźniej za dwa dni będzie zdrów jak dąb. Wy zaś w gościnie u nas do tego czasu zostaniecie. Do twej szacownej Jagody, dziadku Omnicjuszu, natychmiast gołębia z wiadomością poślemy, żeby się dalej troskami o was nie dręczyła. Tak więc, czy tego chcieli, czy nie, nie dane im było jeszcze wracać. Całe szczęście, że był chociaż sposób, żeby powiadomić Jagodę, że nic złego już im nie grozi. Dziadek Omnicjusz wyszeptał gołębiowi co i jak ma przekazać i patrzył dług jeszcze jak ptak żegluje po niebie. Po tych wszystkich niespodziewanych wydarzeniach zamkowe skrzaty wróciły do pracy. Niektóre zajęły się pomaganiem kowalowi, inne szewcom, jeszcze inne rozpoczęły przygotowania do nocnej uczty. Darmir z dziad-kiem Omnicjuszem i dziadkiem Selianem udali się do izby, w której leżał Adiar. Okazało się, że medyk zdążył już zrobić mu okład i nasmarować czoło balsamem. - Wiec mój drogi, - powiedział dziadek Selian - że zacny z niego uzdrowiciel. Wasz rycerz trafił pod dobrą opiekę. Jednak nie zaszkodzi jak po zmroku dodamy trochę ziółek do jego mikstury i przyprawimy je nieco zaklęciem. Ponieważ do zachodu czasu jeszcze trochę zostało udali się na wierzę, skąd mieli podziwiać widoki na całą dolinę. A było co podziwiać, bo widok na dolinę z tego miejsca był jeszcze rozleglejszy i jeszcze piękniejszy. Słońce, wiszące już dość nisko, skąpało wszystko pomarańczową barwą. Pomarańczowe były drzewa, pomarańczowe były łąki, pomarańczowe były domy, lasy, góry, stada ptaków, strumienie i chmury. Pomarańczowy był też wiatrak, który machał swoimi potężnymi ramionami. Z tego miejsca wydawało się, że wystarczy wyciągnąć rękę, żeby go dotknąć, wystarczy rozpędzić się i skoczyć, żeby wylądować na jego dachu. Darmir, początkowo trochę onieśmielony całym spotkaniem, czuł się już prawie jak u siebie w domu. Zasypał więc dziadka Seliana pytaniami jak wygląda praca w takim wiatrowym młynie. Na pierwsze dwa nawet usłyszał odpowiedź, ale przy trzecim dziadek Selian mu przerwał. - Ech, widzisz mój drogi, wieki już całe tam nie byłem. Lecz wnuczka moja Nasturcja latem jest tam prawie co dnia. Ona najlepiej Ci wszystko opowie. I korzystając z uprzejmości kruka, który akurat na dachu zamkowej wierzy odpoczywał, przywołał ją do nich od razu. Choć grzeczność jest nieodłączną naturą skrzatów, to Nasturcja była grzeczna wyjątkowo. Witała się uprzejmie, uśmiechała szczerze, a miała w sobie tyle radości, że zawsze starczało jej dla wszystkich wokoło. Lubiła tańce, śpiewy, żółte suknie i czerwoną kamizelkę z płatków róży, którą i tym razem miała na sobie. Miała też włosy splecione w długi warkocz koloru dojrzałej pszenicy. Bardzo się ucieszyła, że jest ktoś, komu podobają się wiatraki. Kiedy więc dziadek Omnicjusz z dziadkiem Selianem usiedli po drugiej stronie wierzy i rozpaliwszy fajki, oddali się rozmowie o tytoniu, dawnych czasach i uczynności gołębi, Nasturcja przysiadła obok Darmira. Nie trzeba jej było nawet zachęcać ani zadawać pytań. Darmir siedział i wsłuchiwał się w opowieści o tym jak zbiera się zborze, jak kręcą się ramiona wiatraka, jak obracają się młyńskie kamienie, gdzie wsypuje się ziarno, gdzie zbiera się mąkę, co widać ze szczytu wiatraka, jak usypia się dzieci młynarza, żeby nie przeszkadzał im hałas, jakie ciasta można piec ze świeżej mąki, jak pertraktować z myszami w piwnicy, jak dokarmiać ptaki, jak zszywać rozdarte worki, jak szybko obracają się ramiona w czasie burzy i w co można się bawić z wróbelkami na poddaszu. Zapewne byłoby tych opowieści znacznie więcej, gdyby nie słońce, które znikło już za horyzontem. Pora to była najwyższa, aby wziąć się do pracy. Zamek był duży ale i skrzatów dość, żeby wszystkim się zająć szybko i sprawnie. Ruszyli więc do szycia, sprzątania, śpiewania kołysanek, cerowania i malowania. Dziadek Omnicjusz w towarzystwie, Darmira i dziadka Seliana udali się z wizytą do Adiara. Ten spał nadal, ale oddychał spokojnie i głęboko. Okazało się, że mieszkający w zamku daleki kuzyn dziadka Seliana umie przyrządzać magiczny balsam, nieoceniony w leczeniu złamań, stłuczeń, kataru i wysypki. Wysmarowali więc nim głowę śpiącego i dla pewności jeszcze nos. Na koniec uznali, że najlepiej będzie teraz zostawić go w spokoju. Chwil kilka po północy, a może trochę więcej, wszystkie ważne sprawy były już załatwione, a uczta gotowa. Zimą skrzaty wolą mieszkać na niższych piętrach zamku ale latem nie masz jednego, który odmówiłby sobie nocowania na wierzy. Noce są ciepłe, niebo czyste i widać tyle gwiazd, że po liczyć ich nie sposób. Uczta musiał więc również odbyć się na wierzy. Stoły były zastawione przepysznymi konfiturami, ciastami i napojami. Cóż więc pozostało im robić. Ucztowali do świtu. Śpiewali głośno, tańczyli radośnie i zajadali się smako-łykami które dała im natura. Najbardziej z całego ucztowania utkwiło w pamięci Darmirowi to, że na skutek nalegań Nasturcji polubił taniec i śpiew, chociaż nigdy wcześniej nie sprawiały mu one przyjemności. Tańczył więc do utraty sił i śpiewał piosenki, których uczyły go inne skrzaty. Dziadek Omnicjusz zaś, potańczywszy trochę na początku, oddał się dalszym rozmowom w towarzystwie dziadka Seliana. Popalali sobie przy tym tytoniu z fajek i smakowali napitek z leśnych jeżyn, który dziadek Selian przyrządzał według własnej receptury. A miał on tę właściwość, że dodawał energii, poprawiał nastrój i rozwiązywał język. Czasem tylko dnia następnego głowa po nim bolała, co według dziadka Seliana było skutkiem dodawania nadmiernie dojrzałych owoców. Rankiem, zmęczeni i radośni, udali się na spoczynek. Tylko dziadek Omnicjusz, Darmir i dziadek Selian poszli ponownie odwiedzić Darmira. Widać było znaczną poprawę bo guz na czole się zmniejszył, siniec zbladł trochę, a Adiar odzyskał na chwilę przytomność. Nie trwało to jednak zbyt długo, bo medyk dał mu do wypicia miksturę, po której zasnął ponownie. - Jutro już całkiem do zdrowia wrócić powinien - stwierdził dziadek Omnicjusz i ucieszył się przy tym trochę, bo dzień trzeci to był odkąd zaczęła się ich przymusowa wycieczka i wracać do domu czas był najwyższy. - Skoro wam pilno wracać, to wracajcie. Jemu tu złego nic się nie stanie - stwierdził dziadek Selian. - Pilno nam, ale za naszą przyczyną on tu leży, więc nie godzi się odejść, póki zdrowy nie stanie. Dzień jeden jeszcze zostać możemy. - Prawda - Darmir przytaknął dziadkowi Omnicjuszowi. - Ha! Skoro tak, to dziś też nocy na sen marnować nie będziemy - uśmiechnął się dziadek Selian i nakazał przygotować drugą ucztę. Resztę dnia skrzaty spędziły na wypo-czynku. Koło południa Darmir znów usiadł z Nasturcją na dachu wierzy i wysłuchiwał jej opowieści o suszeniu zboża, przyrządzaniu słodkich bułek z jagodami, naprawianiu pękniętych kamieni młyńskich, wywoływaniu wiatru, lepieniu bałwanków z mąki i cukru, robieniu wianków z kwiatów, przeciągach, białych fartuchach młynarza, kąpaniu się latem w zimnym strumieniu, wplataniu stokrotek w warkocze, niegrzecznych dzieciach, używaniu ramion wiatraka jako karuzeli i wielu innych. I chociaż nie wszystkie były związane z wiatrakiem, to wszystkie były bardzo ciekawe. Nawet nie zauważyli kiedy dolina znów zmieniła swą barwę na pomarańczową. Znak to był wyraźny, że pora na podwieczorek. Niedługo po podwieczorku skrzat o imieniu Telias powiadomił ich, że Adiar znów się obudził. Tym razem nie było to wydobywanie się z bezkresnej ciemności lecz zwykłe przebudzenie. Ból jeszcze lekko pulsował w skroniach Adiara, ale wzrok miał ostry, a myśli jasne. - Gdzie ja jestem? - zapytał ponownie, a widząc przed sobą medyka, przypomniał sobie poprzednią rozmowę. - W lecznicy królewskiej panie - usłyszał odpowiedź. - Jak się czujesz? - Dobrze chyba - odpowiedział Adiar unosząc się na rękach. - Tylko głowa boli. Jak się tu znalazłem? - To drobiazg - uśmiechnął się medyk. - Łyk specyfiku, który zaraz Ci przyrządzę sprawi, że będziesz się czuł jak nowo narodzony. Tym czasem zechciej zamienić słówko z żołnierzem, który wartę przy wejściu pełni. Dowiesz się od niego wszystkiego, a i on pewnie będzie cię chciał nieco wypytać. Był to jeden z żołnierzy, którzy znaleźli Adiara w lesie. Wyjaśnił mu jak zauważyli go leżącego na leśnej ścieżce i przywieźli do zamku. Adiar zaś opowiedział jak został napadnięty, jak szczęśliwie się uwolnił i jak nieszczęśliwie ucieczka się zakończyła. - Prawda więc, że jesteś rycerzem i ze szlachetnego rodu pochodzisz? - dopytywał się jeszcze żołnierz. - Na honor! Jam jest Adiar da Gerve, rycerz i kawaler szlachetnego rodu da Gerve. Wieści po traktach krążyły, że pan i władca tej krainy poszukuje mężów odważnych, tedy ruszyłem w te strony. Prawda to jest? - Prawda, prawda - pokiwał głową żołnierz. - Tedy biegnę tę wieść…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Lek na bezsenność (cz. III) — czytnik · opowiadania