Inne · 38 min czytania
Lek na bezsenność(cz. IIII i ostatnia)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
IIII
Natychmiast po zakończeniu audiencji król wydał rozkazy. Nim Adiar zdążył ochłonąć prawie wszystko było już gotowe do drogi. Dostał posiłek, strawę na drogę, nowy miecz i lekką plecioną zbroję. Odmówił tylko przyjęcia wierzchowca z królewskiej stajni. Jak można było się spodziewać jego rumak, po nieszczęsnym wypadku w lesie, dotarł za swoim panem w okolice zamku. Żołnierze widywali go czasem między drzewami pobliskiego lasu. Niektórzy nawet chcieli go złapać, ale zawsze im uciekał. Kiedy więc Adiar spytał czy ktoś go nie widział, cała sprawa tajemniczego wierzchowca się wyjaśniła. Na wezwanie swego pana koń wrócił posłusznie, został wyczyszczony, nakarmiony i osiodłany. Wszystko zaskakująco szybko i sprawnie zostało przygotowane do wyjazdu. Adiar nie zamierzał się jednak smucić z tego powodu. W zaistniałych okolicznościach im szybciej uda mu się wyplątać z całej sytuacji, tym lepiej. Zapamiętał tylko na przyszłość, żeby ostrożniej o służbę królewską się starać i nigdy nie chodzić na audiencje z guzem na głowie. Ledwo słońce zdążyło się skłonić odrobinę ku zachodowi orszak był już gotowy do wymarszu. Król w towarzystwie błazna, kanclerza i strażników z halabardami pożegnał ich na głównym dziedzińcu zamku. Życzył Adiarowi szczęścia i powodzenia. O roztopionym ołowiu nie wspomniał. Dziadek Omnicjusz i Darmir wrócili w samą porę, żeby zobaczyć ten wymarsz. Na czele jechał dowódca żołnierzy, obok niego Adiar, a za nimi jeszcze ośmiu jeźdźców. - Szybko się uwinęli - stwierdził dziadek. - Ruszamy za nimi. Jako, że droga była daleka, nie był to spacerek. Jeźdźcy gnali bez wytchnienia w kierunku gór. Na szczęście pan kruk zgodził się pomóc i szybował teraz nad nimi w drodze na wyżynę Etar. - Jak my właściwie mu pomożemy? - spytał Darmir. - Czy ja wiem? - ruszył ramionami dziadek Omnicjusz. - Pomożemy i już. Nie raz i nie dwa pomagaliśmy to i teraz pomożemy. - Przecież nie mamy mieczy, a tam jest czarownica. - Jeszcze by tego brakowało, żeby skrzaty mieczami wojowały. Poza tym na czary miecz nic nie pomoże. Nic się nie martw mój drogi. Pomożemy. Ostatni raz! Jeźdźcy gnali co sił, nie zatrzymując się nigdzie. Mijali łąki i sady, strumieni i stawy, z każą chwilą coraz bardziej zbliżając się do gór. Kiedy nadszedł wieczór nie zatrzymali się tylko gnali dalej. Dopiero kiedy mrok zgęstniał rozpalili pochodnie i zwolnili trochę. Z góry skrzaty widziały już tylko małe czerwone punkciki migające na ziemi. Kiedy dotarli do granicy lasu, dowódca zarządził koniec podróży. Obozowisko nie było tak luksusowe jak łóżko w lecznicy królewskiej. Za całe posłanie miały wszystkim wystarczyć płaszcze. Żołnierze rozpalili ogień i zabrali się do pieczenia mięsa, a konie pasły się z boku na trawie. - Wielce to szlachetne panie, że postanowiłeś ratować królewnę - odezwał się dowódca, kiedy już siedzieli spokojnie przy ognisku. - Taki jest rycerski los - odpowiedział Adiar. - Jednak nie każdy rycerz ma w sobie tyle odwagi - kontynuował żołnierz. - Było ich tu już wielu. Ale nie wszyscy miel odwagę stawić czoła wyzwaniu. Króla to bardzo rozsierdziło w końcu. - Więc to wszystko prawda o królowej? - zapytał Adiar bardziej z ciekawości, niż z potrzeby, bo dnia następnego, pożegnawszy żołnierzy, zamierzał wracać skąd przybył. - Wiedzieć to może tylko ten, kto do zamku jakimś sposobem się wedrze. A nie będzie to łatwe. - Dlaczego? - Ha!, Dlaczego? - dowódca zmarszczył brwi. - To twierdza do obrony przed wrogiem przystosowana. Zbudowana tak, że część jej w zboczu góry jest schowana. Ściany są tak strome, że nie podobna się na nie wspiąć. Od strony doliny wierze wysoko w niebo się wznoszą, żeby strażnicy mogli z daleka wroga doglądać. Mury wysokie ją otaczają, a wejścia broni ciężka drewniana brama, stalą okuta. Pod murami fosę wyrobiono szeroką i głęboką na dziesięciu mężów, nad którą most zwodzony się opuszcza. Ale nawet gdyby brama była otwarta, a most opuszczony, na niewiele by się to zdało. - A to czemuż? Królowa ponoć sama w zamku przebywa. - Można rzec, że sama. Ale przy wejściu na most dwa kamienne lwy ze smoczymi głowami stoją. Ktokolwiek obcy zbliży się do nich, zaraz w płomieniach zginąć może. Czary to jakieś i miecz tu pomocny nie będzie. - Kamienne lwy - pokiwał ze zdziwieniem Adiar. Żal mu się trochę zrobiło króla i królewny, bo w tej sytuacji chyba już nikt nie mógł im pomóc. Nawet gdyby chciał. - A nawet gdyby ktoś sposób na nie wynalazł, to musi jeszcze drogę z lasu do bramy przebyć - kontynuował żołnierz. - Połać to rozległa i niebezpieczna. Powiadają, że królowa jakimś magicznym sposobem do życia latającego potwora powołała. Mieszka na szczycie góry, nad twierdzą i tylko świeżym mięsem się żywi. Stwór to iście nie z tego świata. Z dala niczym drapieżny ptak wygląda, ma skrzydła ogromne, wielki zakrzywiony dziób i szpony tak potężne, że trwoga na samą myśl bierze. Większy jest przy tym od konia. Większy nawet od dwóch. Na niego nie masz już sposobu. Tylko królowej się słucha. Lepiej go nie spotkać kiedy zgłodnieje. Po tamtej stronie lasu nawet ptaki nie fruwają. I nie masz wielu mężów wśród żywych, którzy by mieli odwagę tam się pokazać. Wielkie zatem twe męstwo panie, a postępek szlachetny. - Taka już rycerska dola - odpowiedział Adiar. - Potwory gromić, a królewny oswabadzać. Myślał jednak przede wszystkim o tym jak daleko rycerze zechcą go odprowadzić o świcie, bo widząc ich miny nie spodziewał się, żeby mieli zamiar potyczkę z potworem oglądać. A kiedy już ich pożegna, zniknie sobie w lesie i tak się zakończy ta nieszczęsna przygoda. - Źle się stało, że do tego doszło - mówił dalej przywódca żołnierzy. - W armii nigdy żadnej magii nie było i być nie może. Królestwo kwitło nam pięknie i radość wielka była kiedy panna na świat przyszła. A potem smutek zapanował, bo cóż się z nami stanie, kiedy miłościwie nam panujący nas opuści. Czyż w ręce szalonej królowej mamy się oddać? Cała nadzieja w tobie, dobry panie rycerzu, bo bez Ognistowłosej przepadniemy wszyscy. Adiar poczuł, że wszystkie mięśnie kurczą mu się nagle i tężeją. - Ognistowłosej? - spytał ledwie słyszalnym głosem, bo gardło też już miał ściśnięte. - Tak, prawda, nigdy jej panie nie widziałeś. Królewna na imię ma Enea, ale kolor włosów ma tak niespotykany, że lud zaczął nazywać ją Ognistowłosą. Rzekłbyś, że to płomień jej twarz okala nie włosy. I jak płomieniem rozświetlała swym uśmiechem wszystko wokoło, gdziekolwiek się pojawiła. Wiesz mi panie rycerzu, że kto raz ją zobaczy, nie może jej zapomnieć. Burza, która rozpętała się w głowie Adiara zamieniła go w posąg. Nie mógł się poruszyć, nie słyszał już słów dowódcy żołnierzy. Myśli gwałtownie przebiegały przez niego. Czy to możliwe? Czy może być, że to ją spotkał wtedy w lesie? Nie, niemożliwe. Przecież jest zamknięta w wierzy, przecież był wtedy nieprzytomny. To musiał być tylko sen. Tylko te włosy koloru ognia. Nie widział nigdy wcześniej takich. To nie mógł być przypadek. Ale jakim sposobem mógł ją spotkać w lesie, skoro jest uwięziona w twierdzy? To nie możliwe. Od uderzenia w gałąź postradał zmysły i teraz tkwi w tym obłędzie. Zapewne dalej leży w lecznicy królewskiej nieprzytomny. Rozejrzał się uważnie ochłonąwszy trochę. Nic się nie zmieniło. Żołnierze siedzieli wokoło, a dowódca mówił coś dalej. - Zguba nas czeka jeśli nas nie wspomożesz. Król różnych sposobów już próbował. Pertraktował, groził, posyłał rycerzy. Bezskutecznie. Ani siłą ani dobrocią panny odzyskać niepodobna. Nawet mędrzec nie potrafił tu pomóc. - Jaki mędrzec? - spytał Adiar. - Widzisz dobry panie rycerzu, - dowódca ściszył głos - mieszkał na zamku mędrzec, który od urodzenia nie mówił. Za to dnie całe spędzał nad uczonymi księgami. Zatem król podpytywał go czasem o różne rzeczy. Kiedy znikła królewna mędrzec ów tygodni kilka ze swej komnaty nie wychodził. Aż dnia pewnego z wielką księgą do króla się udał. Były to stare kroniki pełne legend i podań. Jedna z legend mówiła, że przyjdzie kiedyś na świat dziecko dobrego ognia, które ludziom ciepło i radość przyniesie. Ale zło wcielone w ludzką postać zechce je pojmać w swoje szpony i unicestwić. Tylko demon stalowy, który z nieba nadleci, może to zło zniszczyć. Inaczej świat pogrąży się w mroku. - Demon stalowy z nieba? - powtórzył Adiar. - Sam widzisz dobry panie rycerzu, że to dziwna jakaś legenda. Wszak wszyscy wiedzą, że tylko ptaki w powietrzu fruwać mogą. Ale gdy tylko przyczepisz im kawałek metalu, od ziemi oderwać się nie potrafią. Król się rozeźlił wielce, że człek tak uczony i poważny bajdami dla dzieci czas mu zajmuje. Ale widać lubił tego mędrca, bo ni kazał go roztopionym ołowiem zalać, a jedynie głowę mu ogolić i w błazeńskie szaty przebrać. - Ciekawe rzeczy opowiadają - powiedział dziadek Omnicjusz do Darmira. Kiedy żołnierze rozbili obozowisko skrzaty zatrzymały się w ich pobliżu. Pożegnały pana kruka, który obiecał wrócić nazajutrz o świcie i również przygotowały sobie legowiska w trawie. Po kolacji przysiedli pod sosną na skraju lasu i wsłuchiwali się w rozmowę przy ognisku. Dziadek Omnicjusz rozpalił fajkę i gładził swoją brodę. - Słyszałeś takie rzeczy, Darmirku? Ziejące ogniem smokolwy, latające ptaszysko, królowa czarownica i legenda o latającym demonie. Oj nie będzie to prosta sprawa. - I fosa - dodał Darmir. - Ale w końcu po to jesteśmy skrzatami, żeby sobie radzić z takimi przeszkodami kiedy trzeba. Słuchaj uważnie o czym mówią, bo jutro wszystko się przydać może. Ale zgromadzeni przy ognisku najwy-raźniej nie mieli już nic do powiedzenia. Ognisko zostało zagaszone i wszyscy ułożyli się do snu. Adiar przykrył się nowym czarnym płaszczem, który otrzymał od żołnierzy królewskich i rozmyślał nad tym czego się dowiedział. Czy możliwe jest, że jakimś sposobem panna z twierdzy uciekła? Czy mogło wędrować po lesie? Lecz przecież gdyby się tak stało już dawno do zamku królewskiego by dotarła. Może to tylko przypadek, może to był sen. Ale czy mógł wyśnić te włosy? Czy to możliwe, że postać, która przywróciła go do przytomności w lesie istnieje naprawdę? Nie może odjechać nie przekonawszy się. Jest tylko jeden sposób, żeby się dowiedzieć prawdy. Przecież nie może być tak, żeby miał jej więcej nie zobaczyć. I żaden lew, smok, ptak czy wiedźma nie mogą mu przeszkodzić. Nie tylko Adiar miał tej nocy kłopoty ze snem. Również Darmir wiercił się i przewracał z boku na bok. Zażył nawet proszku na sen ale nic to nie pomagało. - Pewnie zwietrzał kiedyśmy tak w powietrzu szybowali - powiedział dzidek Omnicjusz. - A może zaklęcie Jagody były tym razem ciut za słabe. Tak więc młody skrzat męczył się do świtu, który nadszedł niespodziewanie szybko. Rankiem niewiele mieli czasu na prze-kąski. Żołnierze z Adiarem powstali bardzo szybko i nim ptaki w lesie i na łąkach zdążyły się przebudzić, już byli w drodze. W porę zjawił się pan kruk więc i skrzaty podążyły za nimi. Gnali tak bez wytchnienia aż słońce przechyliło się znacznie na zachodnią stronę. Wtedy dowódca zatrzymał orszak i powiedział: - Dalej dobry panie rycerzu musisz już radzić sobie sam. Bądź pozdrowiony i oby szczęście ci sprzyjało, a i nam przy tym również. - Bądźcie pozdrowieni - odpowiedział Adiar. - Już wkrótce spotkamy się ponownie. - Droga przed tobą prosta. Kiedy z lasu wyjedziesz twierdzę zobaczysz przed sobą. Wystrzegaj się latającego potwora. - Bądźcie zdrowi. Resztę zostawcie mnie - zakończył Adiar i ruszył dalej. Pan kruk również stwierdził, że zbyt blisko twierdzy zapuszczać się nie zamierza, bo ponoć dziwne rzeczy w pobliżu twierdzy mają miejsce. Przeleciał więc jeszcze chwil kilka nad lasem i skrzaty musiały go pożegnać. Na szczęście Adiar jechał powoli, ważąc w myślach jak ma postąpić kiedy dotrze na miejsce. Skrzaty szły więc sobie lasem, podążając za nim. Dzidek Omnicjusz również uznał, że pomyśleć trochę nie zaszkodzi. Nabił więc fajkę i nucąc coś pod nosem oddał się rozmyślaniom. Mimo tych rozmyślań nie uszło jego uwadze, że Darmir był jakiś dziwny. Szedł ze spuszczoną głową, nie rozglądał się na boki i ciągle się potykał. - Zasnąłeś w nocy choć na chwilę? - spytał w końcu dziadek Omnicjusz. - Nie. - Może się chociaż zdrzemnąłeś na chwilkę? - Nie. - odpowiedział ponownie Darmir. - No trudno. Nic nie poradzę, że lek na bezsenność nie działa. Wrócimy do domu, to Jagoda sprawi ci nową porcję. - Tak, wrócimy do domu - powtórzył Darmir, ale jakoś tak bez radości. Dziadek Omnicjusz zamyślił się na chwilę i pogładził po brodzie. Wreszcie, żeby trochę pocieszyć młodszego skrzata powiedział: - Wiem, wiem. U nas nie ma wiatraka. Cóż poradzić. Jesienią może wpadniemy tam w odwiedziny. Dziadek Selian mówił, że nie ma w dolinie piękniejszego miesiąca niż wrzesień. A to skrzat wiekowy i wie co mówi. Obejrzysz sobie wtedy wiatrak z bliska. Nasturcja na pewno się zgodzi oprowadzić cię po nim. I pewnie opowie ci coś ciekawego. No rozchmurzże się. - Opowie - powtórzył znowu Darmir. W tym miejscu dziadek Omnicjusz zatrzymał się i złapał go za ramię, tak że i on musiał się zatrzymać. - Zaczekaj no. Niech się przyjrzę - i obrócił Darmira w swoją stronę. - Czy tyś się czasem nie... - Nie, na pewno nie - odpowiedział Darmir zanim jeszcze usłyszał do końca pytanie. - ...zakochał? - No wiedz dziadku. Też coś. Po co miałbym się zakochiwać. Wrócimy do domu, wyśpię się i wszystko będzie dobrze. - Masz ci los - dziadek Omnicjusz pokiwał głową i wyjął fajkę z ust. - Jakby mało nam było uwięzionej królewny i latających potworów. Powiedziałeś jej chociaż o tym? - O czym? - odpowiedział Darmir. - Nie. Po co? Mamy dużo pracy. Wrócimy do domu, wyśpię się i wszystko będzie w porządku. - Oj, jej, jej - pokiwał dziadek głową i ruszyli w dalszą drogę. - Wyśpi się, będzie w porządku. Oj, jej, jej. Szli tak czas jakiś, a dziadek wciąż trzymał fajkę w ustach i powtarzał cicho "Oj, jej, jej". Wreszcie odezwał się głośniej: - Pamiętaj nicponiu radę, której ci udzielę. Nazywaj rzeczy po imieniu, a zmienią się w oka mgnieniu. Jak tylko uwolnimy królewnę, trzeba nam będzie na zamek wrócić. Trudno powiedzieć czy Darmir zapamiętał, bo szedł dalej bez słowa z opusz-czoną głową. Dziadek zaś gładził swoją brodę, puszczał kółka z dymu i powtarzał od czasu do czasu "Oj, jej, jej". Pora podwieczorku dawno już minęła kiedy dostrzegli między drzewami Adiara. Siedział na swym wierzchowcu, ale już nie jechał. Zatrzymał się na skraju lasu i patrzył przed siebie. Mimo, że miejsce, w którym się znajdował było tak groźne, majestat gór zachwycał swoim pięknem. Las odsłaniał tę część wyżyny, pozostawiając ją górskiej trawie. W ścianie gór po przeciwnej stronie widać było rozłam. To w tym miejscu zaczynała się niewielka dolina prowa-dząca na drugą stronę gór. U jej wejścia tkwiła połączona z górską ścianą wielka twierdza z pięcioma wieżami. Niewiele trzeba było czasu, żeby przebyć pozostający jeszcze kawałek drogi. Adiar zastanawiał się co zrobi potem. Jeśli wejście jest strzeżone przez kamienne smokolwy, pozostaje tylko wspinanie się na skały. Nie będzie to wspinaczka ani prosta, ani krótka. Może więc lepiej poczekać do jutra, żeby dzień mieć cały? Ale czyż można jeszcze czekać? Nie, rycerz nie czeka, nie skrada się, nie używa podstępów. Jeśli będzie trzeba, stanie do walki przeciwko kamiennym potworom. Wyjechał z lasu i ruszył w kierunku twierdzy. Skrzaty ruszyły za nim. - Wejdziemy, mój drogi, do twierdzy - odezwał się dziadek Omnicjusz do Darmira - i otworzymy wrota. - Ale jak wejdziemy dziadku? - Jakoś wejdziemy. Może te kamienne potwory do skrzatów ogniem nie zieją. Latającego potwora, jeśli istnieje, bać się nie musimy. Bo i jak miałby dostrzec ze szczytu góry takie kruszynki. Gorzej z Adiarem. Jak już będziemy w środku, otworzymy bramę. Dalej już jakoś pójdzie. - Prawda to - przytaknął Darmir. - Tylko jak dostać się do środka. A jeśli most będzie podniesiony? - Wtedy trzeba będzie przypłynąć fosę. - Przepłynąć? Pytanie Darmira przerwało rżenie konia. Nie był to jednak koń Adiara. Byli już za połową drogi do twierdzy, gdy z lasu wyjechała w ich kierunku jakaś postać. - Tylko jego nam tu jeszcze brakowało - mruknął dziadek Omnicjusz, kiedy jeździec był już dość blisko. - Trzeba będzie nieco zmienić plany. Również Adiar dostrzegł jeźdźca. Nawet gdyby chciał, nie miał się gdzie ukryć, ale kiedy rozpoznał, kto się zbliża, zrozumiał, że nie jest to przypadkowe spotkanie i ukrywanie się nic nie zmieni. - Proszę, proszę - odezwał się przybysz kiedy podjechał już całkiem blisko. - Szlachetny rycerz i kawaler w takim miejscu. - Czym mogę służyć, panie Vergo? - spytał Adiar. - Służyć? Możesz. Mamy rachunki do wyrównania. - Ach prawda - odpowiedział Adiar, próbując jednocześnie dostrzec bliznę na jego policzku. - No cóż panie Vergo, mamy rachunki do wyrównania. Przybywam tu jednak w ważniejszych sprawach. Stań w walce po mojej stronie, a daruję ci dług i może jeszcze u króla łaskę wyproszę. - Cóż za szlachetność z twojej strony - Vergo nie ukrywał już gniewu. - Ale to ty masz dług do spłacenia. Chyba nie myślałeś, że uda Ci się uciec. Okaleczyłeś mnie podstępnie, a potem uciekłeś wspomagany przez siły nieczyste. I to ma być szlachetność? - O! Wypraszam sobie - zaprotestował Adiar. - Sami do snu się ułożyliście w obozowisku. Nie śmiałem was budzić po tak męczącej wycieczce. - Sami! - krzyknął Vergo. - A linę przecięły krasnoludki? Nikt jeszcze mi nie uciekł. Nie na długo. Stawaj do walki i giń. - Wybacz panie Vergo, ale mam ważniejsze sprawy do załatwienia. Idźże więc precz. - Draniu, oszuście, nikczemny, podstępny łotrze. Schroniłeś się w królewskim zamku. Ale jechałem za tobą i czekałem. Przybyłem nawet tu, gdzie moi kompani nie chcieli mi towarzyszyć. Vergo nie zna strachu i dokona pomsty. Stawaj do walki, póki daję ci uczciwą szansę. - Uczciwą? - zakpił Adiar. - To chyba nie zdarza ci się często. - Stawaj - syknął Vergo i zeskoczył z konia. - Chciałeś. Adiar również zeskoczył na ziemię i wyciągnął miecz. - Tym razem nie będziesz miał tyle szczęścia - grzmiał Vergo, również dobywając oręż. Stali przez chwilę patrzą na siebie, aż Vergo ruszył pierwszy. Konie parsknęły głośno, kiedy miecze skrzyżowały się po raz pierwszy. Adiar obrócił się i wyprowadził cięcie w bok. Tym razem nie zamierzał bronić się i szukać szansy do ucieczki. Chciał skończyć pojedynek jak najszybciej. Przeciwnik sparował atak i skontrował. Adiar odskoczył i zaatakował prostym cięciem z góry. Vergo zablokował spokojnie i cofnął się trochę. Adiar zaatakował jeszcze raz. Przesunął się trochę w bok i spróbował prostego pchnięcia, ale Vergo zrobił unik i miecz zsunął się tylko po płytowej zbroi na jego piersi. - Rozczarowujesz mnie panie rycerzu - zaśmiał się Vergo. - Wtedy na polanie jakoś lepiej ci szło. Może wejdziemy w las, tam jest więcej gałęzi. - Jeśli chcesz się tam schronić, to proszę bardzo. Nie będę Cię tam gonił. - Nie muszę się chronić przed nikim - odpowiedział Vergo i ponownie zaatakował. Gwałtownie i z agresją. Adiar musiał przejść do obrony. - I co my teraz…