Inne · 4 min czytania
LĘK WYSOKOŚCI
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
W dzieciństwie miałem okropny lęk wysokości, który strasznie zatruwał mi życie. Jadowicie kąsał mnie wewnętrznie uniemożliwiając skutecznie wszelkie „wysokościowe” zabawy. Nie wspinałem się na drzewa, aby dojrzeć połacie krain nieznanych, zakazanych i delektować się najdojrzalszymi z owoców, które jak na złość mnie rosły wysoko. Nie chodziłem po dachach, gdzie najłatwiej można było złapać kota. Ja – szczur lądowy – na zimnym krawężniku łapałem wilka na tyłku. Dzieciństwo minęło, rówieśnicy poschodzili z drzew, zostawili koty w spokoju, a ja zostałem szanowanym biznesmenem. Biznesmenem z lękiem wysokości. Nie przeszkadzała mi ta fobia tak bardzo, czasem tylko spóźniłem się na jakąś wystawę, galerię, przemówienie, bo zamiast lecieć samolotem korzystałem z tradycyjnego pociągu. Mój lęk nie przeszkadzał mi, rzecz jasna, w patrzeniu na podwładnych z góry. Przynajmniej na tym polu pokonałem mą ułomność. Spędzałem właśnie kolejne święta Bożego Narodzenia w moim rodzinnym mieście. Widok z mojego dziecięcego pokoju (znajdował się on na piętrze) zawsze napawał mnie optymizmem i przepajał radością. Stąd mogłem patrzeć w d ó ł, gdzie za oknem szarówka zdusiła wszelkie kolory ulicy; cały pejzaż, na który patrzyłem był statyczną szarością, gdzieniegdzie tylko śnieżne konstelacje pędziły ku zagładzie, ku rozbiciu, zderzając się samobójczo to z drzewem to z latarnią. Postanowiłem iść na spacer. Na zewnątrz, jako obiekt dość ruchliwy, mimo, że leniwie to jednak poruszający się, czułem się nieswojo. Nagle doznałem bardzo niemiłego acz dziwnego ponad miarę uczucia. Przed oczyma przetoczyła mi się retrospektywa pewnego zdarzenia z lat mych młodzieńczych. Otóż (obraz tego był tak realny, że śmiało mógłbym nazwać to halucynacją) widziałem, niemal uczestniczyłem w swoim całkowitym zmiażdżeniu, zgnieceniu