Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Filozofia · 7 min czytania

Lekcja anatomii

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Tamtej nocy drzewa straciły resztę swoich kolorowych liści. Drzemaliśmy skuleni na tylnych siedzeniach nieoświetlonych omnibusów, które cicho sunęły przez gęstą, szarą mgłę pierwszego zimowego poranka tej wczesnej jesieni. Potem budziliśmy się nagle na twardych siedziskach wysokich drewnianych krzeseł w ogromnych salach wykładowych, w których rzędy stołów zdawały się nie mieć końca. Wszystkie sale w Akademii sprawiały ponure wrażenie, gdyż wskutek dziwnego zamysłu architekta, okna w każdym z pomieszczeń umieszczone były niemal przy suficie, a kończyły prawie dwa metry nad podłogą. W dodatku światło słoneczne nie miało wielkich szans na rozproszenie panującego tu zawsze półmroku, gdyż okna wychodziły na zachód, a szyby - z racji wysokości - były bardzo rzadko myte.

Tamtego poranka spędziliśmy niemal pół godziny na poszukiwanie sali, którą wyznaczono nam na miejsce pierwszych tego dnia lekcji. Architekt - kawalarz zaprojektował budynek na planie wielkiego labiryntu, w którego rozkładzie pomieszczeń orientował się jedynie on sam. Próbowaliśmy wielokrotnie sporządzić plan sytuacyjny, jednakże na niewiele się on zdał. Odnosiliśmy przykre wrażenie, że ktoś stale podmieniał tabliczki z numerami sal, które były przytwierdzane do drzwi. Nasze laboratorium dryfowało więc po korytarzach Akademii, a my podążaliśmy za nim. Ogólny chaos organizacyjny powodował, że zmuszeni byliśmy godzinami błądzić po rozległych, zasnutych półmrokiem korytarzach. Bywało, że nieraz na noc zostawaliśmy zamknięci w budynku, gdy nie udało nam się na czas trafić do wyjścia. Tamtego poranka zacumowaliśmy w podziemiach Biblioteki, wśród zakurzonych, oprawnych w płótno tomiszczy, co do których żywiliśmy przeświadczenie, że ich stronice nigdy nie ujrzały światła dziennego. Były to ogromne, ręcznie oprawione foliały, świadectwa doskonałego kunsztu rzemiosła XIX-wiecznych introligatorów. W tej świątyni pełnej pożółkłego papieru, pachnącej kurzem i straconym czasem, migotliwe światło lamp nie radziło sobie z panoszącym się w kątach cieniem. Wskutek panujących ciemności nie mogliśmy czytać, litery majaczyły w słabym świetle, fruwały przed naszymi oczyma jak roje owadów. Wertowaliśmy więc te nieprzystępne dzieła ospale i bezmyślnie, nie mogąc się dobudzić.

Nasz Maestro, potężny guślarz o pozornie nikłej powierzchowności, wita nas w swej zwykłej ludzkiej postaci - jest to niewielki człowieczek, właściwie karzeł, o ostrych rysach twarzy i przenikliwym spojrzeniu. Wraz z upływem kolejnych godzin naszych pokątnych spotkań jego postać wydłuża się, wybrzusza i potężnieje; jesteśmy niemal pewni, że to skutek zaklęć, które odczytuje z tysięcy pokreślonych kartek, których ma zawsze pełne kieszenie. A kiedy unosi się nad nami, lewitując w powietrzu jak wielki kruk, staje się prawowitym Anty-Mesjaszem, pomazańcem Szatana, który przybył na ziemię, by zgubić nasze dusze. – Nadchodzi kres naszego świata, panowie. Upadek Słowa, triumf Obrazu. Cywilizacja zatacza koło, powraca do epoki pisma obrazkowego – grzmi Najwyższy Kapłan Nowej Literatury. Krążą o nim legendy, których nikt

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%