akcja · 16 min czytania
Len i Orbus
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 5
Wokół panował gwar i rumor. Złocisty trunek lał się litrami, a urocze kelnerki zwinnie omijały zapite pospólstwo i klasę robotniczą. Wśród tych morderców, oszustów, złodziei i szpiegów, było też kilku dobrych ludzi, którzy trafili do tej knajpy przez czysty przypadek. Pech chciał, że właśnie wtedy, gdy jeden z „gości” próbował przejść koło bandy rzezimieszków, trzymając kufle nad ich głowami. Jeden z ważny dla niego palców jakby zdrętwiał i całe piwo wylało się na największego i najbardziej szpetnego zabijakę z tej rudery. Poszkodowany wstał, obrzucił fajtłapę wzrokiem i dobywają miecz, zakrzykną… .
Ale nie o tej bijatyce miałem wam opowiedzieć. Otóż, gdy na środku „Gomory” rozlewała się krew i wypadały zęby, przy oknie siedziało dwóch jegomości. Oboje byli ubrani w dość podobne znoszone stroję, z skórzanymi, średniej wielkości, torbami. Na pierwszy rzut oka, przybysze nie posiadali żadnej broni, ani nie wyglądali groźne. Ot, zwykli podróżnicy.
W wrzawie jęczenia i dogorywania, uczestników bójki i wrzasku wynoszonych rannych, jeden z nieznajomych mówił do drugiego.
- … Mówię Tobie, głąbie! Króla!! Czy TY, TO rozumiesz? – Jego głos był strasznie zażenowany. Na to ten drugi, spojrzał się na niego pusto i odpowiedział.
- Może to i król, ale przecież On jest już martwy! Skąd może mieć masę złota, skoro nie żyje od kilku czy kilkunastu.. po… pok… -zaciął swój wzrok na stole, starając się wymówić słowo, lecz towarzysz jego był szybszy.
- POKOLEŃ! Tępy ośle. – tamten spochmurniał – Zresztą, zrozum. On jest pochowany w krypcie tak? –
- Tak – odpowiedział ten drugi, jakby z przymusu.
-Więc może mieć Coś ze sobą, tak? –
Część 22 / 5
- No niby tak –
- Gdybym nie wiedział, że nie myślisz, może teraz bym pomyślał inaczej. Dobrze. Plan więc jest prosty. Wejdziemy tam, zabierzemy, co tylko się da i zmykamy z tego miasta. – Mówiąc to, bawił się drewnianym sztućcem i nożem.- Po chwili dodał z szerokim uśmiechem
– Rozumiesz?-
-Tak – odpowiedział stanowczo zapytany.
-Nie, ale twoje zapewnienie, musi mi wystarczyć.- Po chwili podniósł się zawoławszy kelnerkę, zapłacił jej za danie i poklepawszy towarzysza po ramieniu, oboje zmyli się z zdewastowanej karczmy.
Szli szarymi ulicami Elakki, które prowadziły ich w okolice cmentarza. Nie rozglądali się, ani nawet nie rozmawiali, nie mieli na to czasu, byli zbyt przejęci robotą. Zawsze, gdy mieli kogoś lub coś obrabować denerwowali się, ale też skupiali niesamowicie. Dziwnym trafem te dwie tak inne czynności w ich wypadku stawały się bardzo spójne, można by powiedzieć jedna drugą, napędzała.
Gdy byli już u bram cmentarnych, Orbus zapytał swego towarzysza.
- Wiesz przynajmniej gdzie ten grobowiec? – Len spojrzał się na niego załamanym wzrokiem i nic nie mówiąc podszedł do bramy. Była zamknięta.
Część 33 / 5
-Czekaj czekaj… - szybko wyjął wytrych i gdy miał ją już otworzyć z ciemności po drugiej stronie wyszedł nieznajomy.
-Hej! – Zawołał. – Czym, mogę panom służyć w tą piękną noc?- Len szybko schował wytrychy i odpowiedział śmiało.
- Ja z bratem, ciotkę przyszliśmy odwiedzić-
-O, jaka szkoda. Zmarło się jej? A kiedy? –Dodał po chwili szybko.- Jeżeli można wiedzieć, oczywiście.
-Kilka lat temu, była handlarką ziela. Próbowała wyprodukować taki eliksir.. – Nieznajomy przerwał nagle z uśmiechem.
- Aaa… Tak słyszałem o niej, zatruła się, a jej nowa odtrutka nie zadziałała. No, biedna kobita. No cóż, to wchodźcie byle szybko. – Nieznajomy wyjął pęk olbrzymich kluczy i po kilku chwilach brama otworzyła się przed rzekomymi „braćmi”. Gdy oboje oddalali się od Grabarza, ten zawołał do nich ochoczo.
- Pozdrówcie ją ode mnie, Dobra kobita to była! – Po chwili zamruczał do siebie – Nawet po śmierci dobrze wyglądała.
Szybko szli alejami nagrobków, Len prowadził i najwidoczniej wiedział, dokąd zmierza, bo zwinne omijał zaułki i ślepe uliczki, aż po kilku minutach doszli do Wielkiego grobowca.
Część 44 / 5
- No, jesteśmy na miejscu. Teraz musimy użyć tego. – Mały wyciągnął z kieszeni pierścień i włożył go na palec, jednemu z dwóch olbrzymich kamiennych strażników. Którzy mimo tego iż byli wyrzeźbieni i tak wydawali się bardzo groźni, a szczególnie ich długie dwuręczne miecze, gigantycznych rozmiarów.
- No bracie… -zachichotał Orbus i dodał -… popatrz no, jacy twardzi!! Hahaha.. rozumiesz to Len, TWARDZI! – zaczął się cicho śmiać, na to Len odpowiedział, wpatrzony w kamienne drzwi które nadal były zamknięte.
-Tak wyjątkowo dobry dowcip, Orbus. Naprawdę dobry. –
Gdy Orbus uważnie oglądał olbrzymów stojących po obu bokach kamiennych drzwi, Len zastanawiał się gdzie popełnił błąd i dlaczego wejście do grobowca się nie otworzyło. Filtrował i powtarzał w myślach każdą czynność, którą miał zrobić i zrobił, aby drzwi się otworzyły, lecz nie mógł znaleźć niczego, co mogło być odpowiedzią na te pytanie.
- Do cholery jasnej… .- zaklął w średniej tonacji głosu i kopnął w płytę która ani nie drgnęła.
- Braciszku, nie przejmuj się… - pocieszył go Orbus – Ile razy, bałwanie mam powtarzać, że nie jestem twoim bratem! – skarcił go Len, lecz jego słuchacz już zajmował się czymś innym. Właśnie majstrował przy łapach kamiennego posągu, próbując wyrwać olbrzymi, kamienny miecz.
- Zostaw ten miecz, do cholery. Przecież on jest z … - W tym samym momencie drzwi do krypty zazgrzytały i powoli rozsunęły się otwierając przejście. Orbus uśmiechnął się do swego „brata” lecz ten mrucząc coś pod nosem, zignorował jego uśmiech i powoli wkroczył do środka.
- No dobra, teraz tylko trzeba zobaczyć, co kryje w sobie sarkofag króla. – Podszedł do dużej płyty, na której było wyrytych sporo zdań, w wspólnej mowie i zaczął ją uważnie oglądać.
Część 55 / 5
- No otwieraj to i zmykamy!...- ponaglał, go Orbus mówiąc dalej -… bo cholernie zimno i dziwnie jest tutaj w środku.-
- Możesz, chociaż raz się uciszy do Złotego Jesiotra, Mordocapie! – wysyczał, przez zęby mniejszy złodziej i dodał – To jest sarkofag króla, a nie jakiejś szlachetnej „kiełbasy”, która zmarł z przejedzenia. Na pewno ma dużo pułapek. – Duży złodziej podszedł do sarkofagu i gdy chciał go dotknąć, jego kompan prawie wrzasnął. Dusząc ten krzyk w sobie.
- Nie, dotykaj! Bo zabije nas obu szybciej niż ty pomyślisz że… a, nieważne. – Len, znowu spróbował się skoncentrować na sarkofagu. Zaczął intensywnie analizować jego powierzchnie i wreszcie udało mu się wyobrazić, że jest sam w tym pomieszczeniu, a jego tępy kompan siedzi gdzieś na zewnątrz. Od razu, gdy tak zrobił, zobaczył dwie pułapki, które uruchamiały się w momencie próby otwarcia wieka. Szybko i zręcznie, złodziejską sondą rozbroił je i z zadowolenia uśmiechnął się do siebie, chwaląc swoje umiejętności.
W tym samym czasie, Orbus stał na czatach przed kryptą. Wpatrywał się w mrok zasłany krzyżami i czuł się jakoś dziwnie „nie samotnie”.
- Cholerne trupy, cholerne ciemności… i ten kruk. Cholerny Kruk – Gdy tak gadał do siebie usłyszał ze środka, wołanie kompana.
-Orbus!! Choć no, pomóż przesunąć mi to wieko. – Ten mrucząc do siebie szybko pojawił się koło swego kompana i razem pchnęli ciężar. Po chwili, kiedy opadł kurz, zobaczyli ubranego, złotem przeszywanymi szatami, trupa króla. Len od razu wyjął jego rękę z pewnością, że będzie miał pierścienie, i nie mylił się. Orbusa natomiast zainteresował miecz, leżący wzdłuż brzucha i krocza. Sięgnął po niego łapczywie i w ten usłyszeli dziwny jazgot. Tak jakby wiatr przesunął kamień. Oboje odwrócili się do wyjścia skąd, pojawił się dźwięk i dostrzegli dwóch kamiennych olbrzymów wchodzących do pomieszczenia.
- No to kurwa, już po nas… - Len określił trafnie ich sytuacje i szybkim ruchem rzucił w stronę jednego nóż, który z brzękiem odbił się od kamiennej twarzy i upadł na ziemie. Orbus wyjął z pochwy zdobyczny miecz i ku zdziwieniu swego kompana odezwał się poważnym głosem. – Podskoczę do pierwszego, przyjmę na siebie…