Fantasy · 11 min czytania
Leon i Łuczniczka
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Nowy Prezydent Miasta Bydgoszczy – Pan Szałwian Makowski postanowił przywrócić do łask pochody pierwszomajowe. Plakaty reklamujące to wydarzenie już od dawna wzbudzały silne emocje mieszkańców. Wśród starszych wywoływały mieszane uczucia. Z jednej strony w ich wspomnieniach rysowały się trudne czasy komuny, z drugiej rzewne myśli płynęły ku temu co minęło bezpowrotnie, ku żarowi utraconej młodości, miłości i uniesień. Młodsze pokolenia z ciekawością przyglądały się podekscytowanym rodzicom i dziadkom. Podczas przemarszu przez miasto spodziewano się różnych reakcji, różnych zachowań.
Pierwszego maja, w samo południe, maszerujący otoczeni ruchomym kordonem policjantów wyruszyli z Parku Kochanowskiego, spod pomnika ponętnej Łuczniczki. Tłum, jak procesja kościelna, powoli posuwał się ulicą Gdańską, aż dotarł do Brdy. Orkiestra dęta zagrała fanfary na cześć Przechodzącego Przez Rzekę młodego mężczyzny. Niewzruszony złożonymi mu honorami dalej kołysał się delikatnie, prawie niezauważalnie na swej linie. Tłum nie był niebezpieczny i nie była konieczna interwencja stróżów prawa. Był jednak bardzo hałaśliwy. Zewsząd słychać było gwizdy, piski i rubaszne śmichy-chichy naprutych młokosów. Starsi grzecznie odśpiewywali patriotyczne pieśni w rytm granych melodii. Było głośno, wesoło, na pewno nie nudno. Minęli spichrze nad Brdą i zgromadzone w nich obrazy sztuki naiwnej Teofila Ociepki. Przeszli przez Stary Rynek, aby kolejnym mostem nad meandrującą rzeką dotrzeć na Wyspę Młyńską. Przechodząc obok Białego i Czerwonego Spichrza zatoczyli koło. Ukryty wśród drzew, przysposobiony Dom – Muzeum Leona Wyczółkowskiego, był ostatnim mijanym przez pochód obiektem. Dalej czekał na nich festyn, wielka i huczna zabawa na spokojnej zazwyczaj wyspie. Pijaństwo, hulanki, swawole! Liczne kramy z jedzeniem i alkoholami. Warzelnia piwa bydgoskiego w hektolitrach serwowała pyszne piwo orzechowe. Skoczna muzyka odbijała się echem od uroczych kamienic i zabytkowych spichrzy.
Rzeka płynęła majestatycznie, spokojnym nurtem obmywając brzegi rozedrganej od tańców murawy. Uśpione budynki i zgromadzone w nich dzieła sztuki nie brały udziału w imprezie. Nie dla nich ona była, lecz dla współcześnie żyjących. Ci zaś, upojeni słońcem i alkoholem, wraz z nadejściem ciemności rozeszli się do swoich domów. Zostawili za sobą walające się w podmuchach wiatru papierowe śmieci i plastikowe kufle po piwie. Miasto ucichło. Zasnęło.
*****
Pierwsza obudziła się Łuczniczka! Odłożyła na bok łuk i przykucnęła. Po gorącym, bezchmurnym dniu nadeszła chłodna noc, cała trzęsła się z zimna. Zrobiono z niej posąg atletki, twardzielki, która nie boi się niczego. Rzeźbiarz dla własnej potrzeby sprośności stworzył ją nagą, nie odział nawet w sportowe spodenki i bluzkę. Cieszyła oczy twórcy i kilku pokoleń bydgoszczan, a ostatnio tylko starych śliniących się dziadków podziwiających kształty bogini, którym nic innego nie zostało jak wspomnienia. Całe dnie siedzieli na ławkach otaczających jej proporcjonalnie zbudowane ciało, i rozmawiali o wszystkim i o niczym. Starzy zbereźnicy!
Część 22 / 2
Łuczniczka poczuła się straszliwie samotna, przez całe życie nie zaznała bliskości, ani ciepła. Pierwsza łza spłynęła po jej policzku, potem druga, i kolejne. Drżąc z zimna, płakała coraz mocniej. Cichą nocą jej szloch niósł się przez miasto, aż dotarł do Wyspy Młyńskiej, do domu Leona Wyczółkowskiego. Wzruszony artysta zszedł z portretu i stanął na starej, drewnianej podłodze, która zatrzeszczała pod jego stopami. Za życia był martwy, odrzucał miłosne uniesienia oraz inne zobowiązania. Chciał był sam, wolny od wszelakich ograniczeń. Malował przepiękne obrazy, ale wewnątrz był pusty jak wyschnięta studnia. Tłumił emocje w zarodku, nie pozwalał sobie na okazywanie słabości, nawet wobec siebie samego. Skupił się na pracy, wyzwaniach artystycznych i obowiązkach wobec innych. Na starość żałował hamowania popędów, bycia samotnikiem z wyboru. Po śmierci pozostało mu już tylko obserwowanie licznych gości muzeum. Z autoportretów spoglądał na nich zamyślonym i smutnym wzrokiem, ukrytym za okularami w drucikowej oprawie.
Tej nocy, drugiego maja 2018, postanowił zacząć wreszcie żyć! Wybiegł z domu i przed operą wsiadł na dwuosobowy rower miejski. Co sił w nogach pedałował ku niej, ku kobiecie, której wołanie usłyszał. Wiedział, dokąd ma jechać. Wiedział, że to ona – bydgoska bogini piękna. Wiedział, czego jej potrzeba. Wiózł dla niej suknię długą, zieloną jak wiosna, przewieszoną przez jego ramię. Buty miała własne, rzemykowe greckie sandały. Kapelusz był zbędny nocą.
- Witam cię, piękna pani – powiedział ciepłym głosem. – Nie płacz! Przywiozłem ci suknię. - Dziękuję, dobry panie – odrzekła, wycierając łzy na policzkach. - Podaj mi dłoń. Pomogę ci zejść. - Poradzę sobie sama. Jestem sportsmenką!
Łuczniczka zwinnie zeskoczyła. Jędrne piersi zafalowały, sutki sterczały przemarznięte chłodem nocy. Leon odwrócił się zawstydzony. Dawno nie widział tak olśniewającej urodą nagości. Jej młode, gibkie ciało onieśmielało go. Na wyciągniętej dłoni podał jej suknię, sam patrząc w kierunku wysokich drzew w oddali. Strojna w zielony kolor, który podkreślał jej blade lico i jasne włosy wyglądała zjawiskowo. Malarz zapatrzył się…
- To co teraz? – kobieta tupnęła zalotnie stópką i