Romans · 30 min czytania
Lepanto
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
ROZDZIAŁ PIERWSZY
DLACZEGO CHŁOPCY SĄ OSTROŻNI? Kto to jest ta Deryl Portos? Zacznijmy od tego, że jest uczennicą pierwszej klasy liceum. Ma dużo przyjaciół, dobrych kolegów i koleżanek, jest bardzo miłą osobą i nie ma nikogo kto by jej się nie oparł. Jaka ona jest? Szczupła, drobnej budowy, średniego wzrostu, ma włosy ciemny blond, połyskujące złotem i brązowe oczy. Zawsze się uśmiecha, potrafi zrobić dobrą minę do złej gry, jest stanowcza i pewna siebie. Lubi pomagać słabszym dla sa-mej satysfakcji, nigdy nie oczekuje niczego w zamian. Patrząc na nią można by przypuszczać, że jest tylko małą, bezbronną dziewczynką, ale pozory w tym przypadku bardzo mylą. Byłaby w stanie powalić na ziemię dwa razy cięższego od siebie mężczyznę. Ma w sobie dużo siły, a dodatkowo od roku trenuje taekwondo. Kiedyś przechodziła obojętnie obok cudzej krzywdy. Nie reagowała na wołającego o pomoc słabszego kolegę, bitego przez silniejszego rówieśnika. Nie reagowała, albo się po prostu bała. Ale teraz nigdy nie zdarzy się tak, żeby nie stanęła w obronie słabszego. Żadne pogróżki nie są w stanie jej po-wstrzymać, przed pomocą poszkodowanym. Co ciekawsze czasami chciałaby, żeby ktoś zaatakował ją samą. Mogła-by wtedy pokazać innym, że zawsze jest przygotowana na wszystko. Jak do tej pory nikt nie próbował jej atakować, więc nadal pozostało to w sferze zwariowanych marzeń. Deri ceni sobie uczciwość i szczerość. Nienawidzi krętactwa, wazeliny i sztucznej przyjaźni. W Gimnazjum miewała problemy ze swoimi uczuciami, nie potrafiła się skupić na nauce. Ale teraz trzyma chłopaków na dystans. Oczywiście bawi się z nimi na imprezach, rozmawia normalnie, ale skrzętnie unika tematów bliższej przyjaźni i miłości. Wokół niej kręci się wielu mniej lub bardziej interesujących facetów, ale żaden nie ma szansy na zdobycie jej serduszka. Dlaczego chłopcy są wobec niej ostrożni? Deryl miewa momenty szału, w których leje ludzi na około, jest pamiętliwa, co zalicza się do jej wad, ale kształtuje niejako jej osobowość i nakazuje chłopcom ostrożności w słowach i czynach. Odnosi się tylko i wyłącznie do płci przeciwnej, bo dziewczyn i ich uszczypliwych uwag nie bierze na serio. Któregoś razu, na długiej przerwie, tuż przed sprawdzianem z geografii zdarzyło się coś, co zmieniło podejście wszystkich do Deri. Większość klasy siedziała na dworze i uczyła się w miłej atmosferze żartów. Niedaleko nich stało sobie dwóch ni-skich, chudziutkich chłopaczków. Rozglądali się niepewnie. Nikt z klasy nie zwrócił uwagi na zbliżające się niebezpie-czeństwo. Oto w stronę dwóch zastraszonych licealistów zmierzał Bysio - szef gangu szkolnego. Wyciągał on od takich naiwniaczków pieniądze, wykorzystywał do swoich celów i z nikim się nie liczył. Nie pomagały ostrzeżenia nauczycieli, dyrekcji, nawet policji. Zawsze udawało mu się odwrócić kota ogonem. W całej szkole nie ma nikogo, kto by spróbował mu się sprzeciwić. Wszyscy wiedzieli, że zadaje się z podejrzanym towarzystwem, zawsze przy sobie ma nóż i nie zawahałby się go użyć. Nikt nigdy nie próbował mu przeszkodzić. Całe liceum po prostu się go boi. Teraz, gdy stał nad tymi dwoma biedakami, nikt, żaden "twardziel" z klasy nawet nie odważył się na niego spojrzeć. Julia właśnie zaczynała mówić coś o dziwadłach szkoły, ale Deryl nie słuchała jej. Przyglądała się Bysiowi. -Nie uważacie, że ci nauczyciele są jacyś inni? Nie możesz się o nic zapytać, bo od razu się drą? -Tak, a jak napisałem temat na tablicy to Zocha zaczęła się czepiać, że zamiast "m" napisałem "nr"! - oburzył się Fred. Zocha to jedna ze starszych nauczycielek w liceum. -A nie uważacie panowie, że tym dwóm chłoptasiom przydałaby się pomoc? Czemu któryś z was nie ruszy się i nie stanie w obronie kolegów? - zapytała w końcu Deri. -Jesteśmy za słabi... Nie dalibyśmy mu rady. Po za tym Bysio by nam nie darował... - zaczął lękliwie Miki. -Bryan, twierdzisz, że jesteś najsilniejszy? To czemu teraz milczysz? -Bysior nie gra uczciwie, zadźgałby mnie nożem... -Tak się tłumaczcie. Wy po prostu tchórzycie. Deryl wstała i ruszyła w stronę Bysia. Trącał on jednego chłopaczka i klął przy tym potwornie. -Hej, Bysio! - zaczęła. - Czemu zaczepiasz słabszych, co? Baryła tłustej głupoty odwróciła się lekko. -Kto chce ze mną porozmawiać? -Ja. - Deri stanęła przed nim i dopiero teraz uświadomiła sobie, że jest pięć razy lżejsza i półtorej głowy niższa od napastnika. Mimo to patrzyła nań odważnie. - Wiesz, że bicie słabszych świadczy o twoim tchórzostwie? -Czekaj mała. Czy ja dobrze rozumiem, że wyzwałaś mnie od tchórzy? -Nie inaczej. -A wiesz, że gdybyś była jakimś chłopaczkiem, to zgarnęłabyś równo w bebechy i może nawet nie przeżyła? -Wiem. -A wiesz co teraz zrobię? -Wiem co zrobisz za chwilę. Zostawisz tych dwóch i z płaczem uciekniesz do domu. Chyba, że dobrze pójdzie to skończysz na komisariacie. -Cha! Cha! Cha! -Zamknij paszczę, bo śmierdzi. Bysio zmarszczył czoło. Próbował popchnąć Deryl do tyłu, ale zdziwił się, gdy nawet nie drgnęła. Zaparła się nogą i opierając siłę natarcia, siłą o podobnej mierze, jakoś udało jej się utrzymać równowagę. Później Bysiorek zamachnął się pięścią na dziewczynę. Zrobił to jednak tak ospale, iż bez problemu mogła uniknąć tego ciosu. Wykonała unik, schylając się i nim Mutant zdążył się zorientować, skoczyła całym swoim ciężarem na jego brzuch. Baryła legła na chodnik. -Wstawaj grubasie. Deri poczekała, aż się tłuścioch pozbiera, po czym pozwoliła mu się trochę zmęczyć. Machał rękoma, podnosił nie-zgrabnie nogi, ale jakoś nigdy nie trafiał w przeciwniczkę. Po jakiejś chwili oboje zorientowali się, że wokół nich zgromadził się spory tłum gapiów. Jakby było tego mało, wśród widowni stali nauczyciele, którzy bali się podejść bliżej i zapobiec dalszej bójce. -Co jest Bysio? Nie mów, że cię przerastam! - Deri pozwoliła sobie na małą obelgę, odskoczywszy nieco od grubasa. Zatrzymała się w miejscu i pozwoliła napastnikowi podejść odrobinę. Bysio po raz kolejny zamachnął się pięścią. Znowu nie trafił. Ale teraz Deryl przechwyciła jego rękę i wykręciła ją tak zupełnie bez trudu, że aż wydawało się to śmiesznym. Gdy pod szkołę podjechała policja, Bysio leżał grzecznie na ziemi i nawet nie myślał się podnosić. Panna Portos została bohaterką tego dnia. Cieszyły się wszystkie klasy. Te równoległe i te starsze. Zniknął niezwy-ciężony Bysio i wszyscy mogli poruszać się po szkole swobodnie. -Jesteście za słabi? - spojrzała na swoich kolegów. Byli mocno zawstydzeni. Bysio po krótkim czasie wrócił na szkolne korytarze, ale spokorniał i już nikomu krzywdy nie wyrządzał. Stał się ta-kim milutkim, dużym kolegą, a nawet przyjacielem Deri. Akcja z Bysiem zmieniła podejście wszystkich do Portosówny. Nikt nie śmiał drwić sobie z niej, obrazić ją czy zlek-ceważyć jej ostrzeżenia, nawet w żartach wszyscy byli bardzo ostrożni. Deri zdecydowanie nie należy do osób, które dają sobie w kaszę dmuchać. Do tego jest stanowcza i wie czego chce. Przyda jej się to w niedługim czasie...
JAK ONA TO ROBI? Zanim miała miejsce akcja z Bysiem, Deryl w inny sposób okazywała swój upór i pewność siebie. Mianowicie chodzi o chrzty pierwszoklasistów. Dwa starsze roczniki zaraz pierwszego dnia szkoły straszyły młodzi-ków, że będą ich chrzcili, bez pardonu, wszystkich bez względu na wzrost, iloraz inteligencji czy płeć. Rzeczywiście chrzty takie mały miejsce. Były one planowane bardzo dokładnie, czasami odbywały się masowo, za-zwyczaj jednak pojedynczo. Zawsze odbywały się w wielkiej tajemnicy przed nauczycielami. Ci co przeszli przez taki chrzest bali się powiedzieć kto stoi za ową organizacją "chrzcielną". Znowu się wszyscy boją. Deryl postanowiła wkroczyć do akcji, gdy grupkę kolegów z klasy starsi obrzucili jajkami i mąką. -Mała przesada. Ktoś musi im się w końcu postawić. Nie wierzę wśród nas są sami tchórze. - wkurzyła się, gdy jacyś chłopacy wysmarowali kurtkę Julii. -No oczywiście! Zaraz lecę się im przeciwstawiać. Po co? I tak nas ochrzczą. A po takim incydencie złoją nas tym bardziej. - parsknął Bryan. "Ciołki do kwadratu!" - pomyślała Deri i zamilkła. Jeszcze tego samego dnia, planowano ją ochrzcić. Szła sobie spokojnie pod klasę, gdy nagle usłyszała przed sobą: -Hej, malutka! Przejście tarasowało czterech kafarów. Jeden trzymał nożyczki fryzjerskie. Deryl nie zwróciła na nich uwagi. Chciała przejść po między nimi. Najwyższy z nich chwycił ją za rękę. -Czego? - warknęła. -Mówimy do ciebie. -Nie jestem głucha. -To czemu nie reagujesz? -Z idiotami nie gadam. Owy koleś z nożyczkami podszedł bliżej. -Wiesz co to jest? - zapytał się, wymachując nożyczkami. -Wiem. Chcesz zostać fryzjerem? W tym salonie fryzjerskim na Długiej, chcą zatrudnić praktykanta. Możesz spróbo-wać szczęścia. - w tym momencie zadzwonił dzwonek na lekcje. - Wybacz nie będę twoją pierwszą klientką. Mam teraz sprawdzian z historii. Mówiła szybko i bez przerwy, co trochę zdziwiło kafarów, przymuliło ich procesory, gdyż stali osłupiali i usiłowali zrozumieć co mówiła. Korzystając z chwili nieuwagi wyszarpnęła rękę i poszła pod klasę. "Ocaliłam włosy... i jako taki wygląd. Ale co dalej?" A dalej było już odrobinę ciekawiej. Otóż ci sami kolesie śledzili ją w drodze do domu. Następnego dnia, po lekcjach, czekali na nią przed domem, w którym mieszkała. Uniemożliwili jej wejście na podwórze. -Zmyślna z ciebie dupa. - stwierdził ten od nożyczek. -Dzięki. I co przyjęli cię? -Nie. Znaleźli już kogoś. Ale żeby ci się nie myślało, chrzest cię nie ominie. -Nie trzeba było się wykręcać od nożyczek. Miałabyś to już za sobą. A tak musimy przejść do drastyczniejszej formy chrztu. -uśmiechnął się najwyższy z towarzystwa. "Co wymyślą?" -Zrzucaj łaszki. -Proszę? -Zabawimy się. - zarechotał trzeci koleś. -Okey. - "Zachciało się wam zadzierania z Deryl... a popamiętacie wy mnie gnojki... popamiętacie". - Który pierw-szy? Chłopaki trochę zdziwieni, ale pierwszy ruszył fryzjer. Ledwo doszedł do niej, zarąbał w brzuch i przeturlał się po chodniku. Oburzyło to pozostałych. Postanowili rzucić się na nią i pobić. Nic z tego nie wyszło, gdyż ruszyli w pewnych odstę-pach czasu. Z takimi pojedynczymi Deri sobie radziła bez większego problemu silnym ciosem w brzuch (albo trochę niżej - oczywiście przez pomyłkę...) i popchnięciem w stronę ulicy. Kafary nie miały ochoty na dalsze zabawy. Uciekli czym prędzej i tyle ich było. Następnego dnia, Deryl spotkała fryzjera. -Jeżeli to się nie powtórzy, to wam daruję i nikomu nic nie powiem, ale niech który mnie dotknie... Niedoszli chrzciciele Deri rozpowiedzieli po wszystkich drugich i trzecich klasach, że lepiej jej nie zaczepiać i od tego momentu członkowie organizacji chrzcielnej nie wchodzili jej w drogę. Koledzy i koleżanki z klasy nadal byli zastraszeni przez starszych kolegów i nie ruszali się spod gabinetów. Dopiero, gdy któregoś dnia Deri stanęła w ich obronie, uwierzyli w siebie i stopniowo w coraz mniejszych grupkach przemieszczali się po budynku szkolnym, aż w końcu stawali się na tyle pewni siebie, że przemierzali korytarze pojedynczo.
ROZDZIAŁ DRUGI
TAJEMNICZY MOTOCYKLISTA Deri lubi szybkie motorki. Lubi na nie patrzeć. Kolekcjonuje plakaty, naklejki itp. Ale póki co nie wyrażała chęci przejażdżki na owym pojeździe. Od jakiegoś czasu widziała całkiem ładny, czerwony motor, z nie mniej przystojnym motocyklistą. Spotykała go przeważnie podczas spacerów z psem. Zdaje się, że odwzajemniał on zainteresowanie Deri jego osobą, bo ilekroć widział ją spacerującą, przejeżdżał kilkakrotnie obok niej, za każdym razem stając dęba. Co do samego motoru to był on właśnie taki, jaki Deryl podoba się najbardziej. Miał zabudowany silnik i lśniącą, czerwoną barwę (kolor ten tolerowany przed pannę Portos tylko i wyłącznie na motorach lub samochodach). A motocyklista? Z początku był bardzo tajemniczy. Zawsze w czerwonym kasku z czarną szybką. Okrutnie pilnował, żeby nie zoba-czyła go bez kasku. Ale jednak zobaczyła. To było, któregoś pięknego popołudnia. Trochę za szybko jechał chcąc się popisać i nie za-uważył stojącej na poboczu policji. Dostał mandat. I musiał ściągnąć kask na tą chwilę. Deri skrzętnie wykorzystała to i przyjrzała mu się nieco. Miał włosy lekko kręcone, bardzo jasny blond, wręcz platynowy, pasujący jak ulał do białego stroju, w jakim najczę-ściej jeździł. Za daleko była, żeby móc zobaczyć kolor oczu, ale rysy jego twarzy utkwiły jej głęboko w sercu. Zaczęło się teraz dramatyczne poszukiwanie owej twarzy. Deryl się zakochała. W chłopaku, którego nie zna, nie wie jak się nazywa, zna tylko rejestrację motoru i raz widziała twarz owego gościa. To śmieszne, ale prawdziwe. Pierwsze oznaki miłości pokazały się w szkole. Słaba ocena z tak prostego przedmiotu (dla Deri) jakim jest mate-matyka. Dni planu lekcji pomieszane. Później pojawiło się zaniedbanie obowiązków domowych oraz solona szarlotka czy słodzone mięso - nowe przepisy kulinarne. Do tego w każdym blondynie widziała tajemniczego motocyklistę. Raz widziała go naprawdę, ale oczywiście nie mo-gła rozróżnić prawdziwego od "wydaje mi się". Widziała go, gdy szła na trening taekwondo. Śledził ją aż pod salę, gdzie odbywały się treningi...
AREK Miłosne marzenie Deryl, jakim był motocyklista niespodziewanie spełniło się. Tak nagle i po prostu, bez żadnych ogródek, zbędnych okrążeń, podszedł do niej po którymś wtorkowym treningu. Uśmiechnął się szczerze, chrząknął i zapytał się, troszkę zmieszany odważnym spojrzeniem Deri. -Cześć, poznajesz mnie? -Chwileczkę... To ty jeździsz tym odjazdowo czerwonym motorem? -A więc poznajesz. Długo myślałem jak i kiedy zacząć tą rozmowę. Chciałbym się z tobą bliżej zapoznać, może za-przyjaźnić... "Uszczypnijcie mnie, ja chyba śnię!" -Serio? -Tak. -Wiesz, że jeżeli żartujesz to... -To mogę oberwać? Nie żartuję. - uśmiechnął się jeszcze bardziej sympatycznie, wyciągnął rękę i dodał. - Arek. Deri nie musiała się długo zastanawiać. Uścisnęła wyciągniętą dłoń i odpowiedziała: -Deryl. Ty chyba nie jesteś stąd? -Nie. Mieszkam tu dopiero od pięciu lat z matką. -A wcześniej? -Mieszkałem w Polsce. Stąd mój taki akcent. -Wolisz Anglię od ojczyzny? -Nie przepadam za tutejszymi deszczami. Ludzie tam są inni, politycy inni... Ale bezrobocie większe, a matka tutaj kasę robi taką, że chcąc nie chcąc - przywykłem. A teraz nie żałuję, że tu zostałem. -Czym się zajmujesz? -Studiuję zaocznie, pracuję jako webmaster, chyba wiesz kto to? -Idiotkę ze mnie robisz? Sama dłubię czasami coś w tym kierunku. -No to wiesz na czym rzecz polega. Zabiera mi to sporo czasu przy komputerze, ale daje niezłe zyski. A kiedy mam tylko chwilkę czasu wsiadam na Alien i relaksuję się. -Alien? -Nazwałem tak swój motor. A ty co porabiasz? Oprócz tego że uczysz się w Liceum? -Komputer, czasami coś poczytam, pomagam ojcu chatkę utrzymać w jako takim porządku, spotykam się z przyja-ciółmi. Chodzę na długie spacery z psem i to mój sposób na relaks. -Jak się wabi twój piesio? -Buffie. Staruszek ma już jedenaście lat. -Jak sobie tak hasał po łączce, myślałem, że jest szczeniakiem.…