Komedia · 16 min czytania
Les Paul
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
Les Paul słuchał sobie właśnie piosenki "Sail Away" zespołu Deep Purple, w której to Glenn Hughes i David Coverdale fajowo wymieniają się wokalami, gdy przyszła mu do głowy następująca myśl: "kurwa, ależ mnie łeb pierdoli". Les Paul, obok Inglota i kilku innych bohaterów moich opowiadań, jako jeden z doprawdy nielicznych ludzi na świecie, potrafił ubierać swe myśli w słowa. Zakonkludowawszy powyższe, Inglot wyłączył magnetofon i poszedł do kuchni, ażeby napić się wody z kranu. Poprzedniego dnia fest popił - trzeba mu to uczciwie przyznać.
Les Paul twierdził, że nie był alkoholikiem, ale mylił się w tej kwestii. W ogóle każdy kto twierdzi, że kimś nie jest, na ogół tym kimś właśnie jest. Weźmy na przykład rasistów, którzy twierdzą, że nie są rasistami - jeżeli by nimi nie byli, to po co w ogóle by o tym wspominali? Albo pedały - na ogół upierają się, że są hetero. Idąc tym tropem, jeżeli na przykład zapytacie koleżankę albo nawet zupełnie obcą kobietę, czy jest nimfomanką, a ona odpowie, że nią nie jest, to spokojnie możecie spróbować złapać ją za cycki. Zdaję sobie sprawę z tego, że jest to rozumowanie pięciolatka, ale wcale nie twierdzę, że jestem starszy.
Les Paul w każdym razie był pijakiem i to niezłym, chociaż oczywiście się do tego nie przyznawał. Wszystko zaczęło się jeszcze w szpitalu, na porodówce, kiedy to pijana w trzy dupy pielęgniarka zasnęła z twarzą przy buźce Les Paula i przez całą noc chuchała mu odorem samogonu w płuca.
Les Paul, niezależnie od tego, że był alkoholikiem, był również bardzo wartościowym facetem. Słuchał hard rocka, a nie jakiegoś gówna, czytał dobre książki (nie wyłączając moich), oglądał filmy z Alem Pacino i Jackiem Nicholsonem, na ulicy oglądał się wyłącznie za godnymi tego kobietami, nie jadał mrożonej pizzy i szanował Tadeusza Kościuszko. Niestety, w życiu mu to nie pomagało, bo jak głosi stara prawda, im człowiek bardziej wartościowy, tym bardziej ma w życiu przejebane.
Les Paul był dwukrotnie żonaty. Pierwszy raz rozwiódł się dlatego, że żona przestała go kochać, a przestała go kochać dlatego, że poznała innego faceta, w którym się zakochała. Les Paul nie był idiotą - zrozumiał to. Drugi raz rozwiódł się ze zgoła odwrotnej przyczyny. Niestety, kobieta, dla której opuścił żonę, okazała się zwykłą kurwą, co Les Paul przyjął po męsku i nie rozpaczał zbyt długo, ale postanowił za to więcej się nie żenić. Mniej więcej w tym samym okresie przestał wylewać za kołnierz.
Les Paul pracował w hipermarkecie jako wrotkowy. W wieku 37 lat nie była to może jego wymarzona posada, ale nie wybrzydzał, bo miał tego pecha, że urodził się i mieszkał w Polsce, choć jego imiona mogłyby sugerować coś zupełnie innego. Na domiar złego Les Paul mieszkał w mieście Łodzi, które to miasto jest naprawdę wstrętne i na sam dźwięk jego nazwy wielu ludziom od razu chce się rzygać.
Les Paul 15 lat wcześniej skończył technikum samochodowe, z całkiem dobrym świadectwem maturalnym zresztą, ale ani mu to w niczym nie pomogło, ani nie zaszkodziło.
Les Paul, w dniu o którym będzie mowa, tj. 10 kwietnia miał urodziny. Był zodiakalnym baranem, co znaczy że miał silny charakter i cechy przywódcze. Nie jest to jednak istotne, tym bardziej że nie jest prawdziwe. Poza tym swoje urodziny uczcił już dzień wcześniej, bo był to piątek, a piątek jest bardzo dobrym dniem na celebrowanie urodzin, szczególnie jeżeli w sobotę ma się wolne, a w niedzielę idzie się do pracy.
Część 22 / 3
Les Paul, napiwszy się wody z kranu znowu pomyślał sobie, że go, kurwa, łeb pierdoli i postanowił zapaść w krótką drzemkę. Położył się więc na wersalce i spróbował natychmiast zasnąć - niestety bezskutecznie. Po kilku minutach dał za wygraną, wstał z wyrka, podszedł do telefonu i wykręcił numer przyjaciela, którym był mieszkający nieopodal Flying Five.
- Cześć - powiedział Les Paul, usłyszawszy, że kumpel podniósł słuchawkę. - Cześć - odparł Flying Five i rozłączył się.
Les Paul, do czasu przyjścia przyjaciela z litrem wódki, postanowił nieco ogarnąć mieszkanie. Ogarnął je głównie wzrokiem, bo nie chciało mu się sprzątnąć nawet popielniczki ze stołu. Zresztą i tak cały dywan usiany był petami. Zresztą nieważne. Zaczęło się odliczanie.
Les Paul liczył od tysiąca w dół. Doszedłszy do 241 usłyszał "Dla Elizy", czyli dźwięk dzwonka u drzwi. Nie przerwał odliczania na wypadek gdyby za drzwiami nie zastał Flyinga Five'a, a na przykład, nie daj Boże, listonosza. Les Paul nie przepadał za Pocztą Polską, bo z nikim nie korespondował, więc jedyne, czego mógł się spodziewać po listonoszu to wezwanie do zapłaty zaległych rachunków. Na szczęście był to Flying Five, więc Les Paul powiedział:
- Dwieście trzydzieści dziewięć - i wpuścił przyjaciela do środka.
Les Paul zamknął drzwi, a Flying Five natychmiast poszedł do pokoju, usiadł na krześle i położył dwie półlitrowe butelki najtańszej wódki na stół. Les Paul w tym czasie udał się do kuchni, skąd przyniósł dwa kieliszki, dwie szklanki z wodą z kranu i jedną cytrynę, bo tylko jedną miał, zresztą nie wiadomo skąd. Przyjaciele zaczęli pić. Narąbali się koło południa i pourywały im się filmy.
Les Paul obudził się wieczorem i stwierdził, że Flying Five już sobie poszedł. Co więcej, stwierdził również, że i on sam gdzieś sobie musiał pójść, bo na pewno nie był u siebie w domu. Utwierdził go w tym fakt, iż leżał na chodniku z głową na krawężniku, a nie przypominał sobie aby miał w domu chodnik, nie mówiąc już o krawężniku . Les Paul przetarł oczy i spojrzał po sobie. Ubrany był w strój domowy, to znaczy dresy i rozciągniętą koszulkę z logo Led Zeppelin. Na brudnych stopach nie stwierdził jednakże obecności kapci, co zaniepokoiło go nieco, gdyż bardzo lubił swe bambosze. Les Paul podniósł głowę i spojrzał na północ. Jego oczom ukazał się okazały gmach Sekretariatu ONZ, oddzielony od ulicy okrągłym placem z nieczynną w tej chwili fontanną.
Część 33 / 3
- Kurwa jego mać - pomyślał Les Paul, ubierając jak zwykle swe myśli w słowa - wygląda na to, że jestem w Nowym Jorku.
Les Paul podniósł się z chodnika, bo nie chciał mieć do czynienia z policją, a właśnie zbliżał się ku niemu dwuosobowy patrol. Wąsaci policjanci w lustrzanych okularach zbliżali się w szybkim tempie i Les Paul niestety nie zdążył umknąć w bok. Jakież było jego zdziwienie, gdy patrol przeszedł spokojnie obok, nie zaszczyciwszy go nawet jednym spojrzeniem. O ile dobrze pamiętał, jak do tej pory nie potrafił stawać się niewidzialny. Obejrzał swoje dłonie i stwierdził, że je widzi. Podobnie z nogami i innymi częściami ciała, które człowiek może ogarnąć wzrokiem. Był to dobry znak, choć nie wyjaśniał zbyt wiele. Les Paul spojrzał za oddalającymi się policjantami i już miał za nimi krzyknąć i zapytać co jest grane, gdy pomyślał sobie, że może to jednak nie najlepszy pomysł. Nie przepadał za organami ścigania odkąd za małolata dostał pałą po nerach za siedzenie na ławce, a poza tym nie znał języka. Oddalił się.
Les Paul przeszedł kilkadziesiąt metrów i zatrzymał się przed budką z hot dogami. Zwalisty sprzedawca nie zwrócił na niego najmniejszej uwagi. Les Paul zamachał mu ręką przed oczami. Nic.
- Ej, gruby - powiedział Les Paul, ale sprzedawca najwyraźniej był niesłyszący.
Les Paul postanowił trącić go łokciem, ale zrezygnował w ostatniej chwili. Facet był zbyt duży na to, żeby trącać go łokciem. Niewiele myśląc Les Paul podreptał dalej. Było mu zimno w stopy, mimo że pogoda dopisywała tej wiosny w Nowym Jorku.
Les Paul wszedł do sklepu z odzieżą damską i wskazał palcem na rajstopy. Nie chodził co prawda w rajstopach, poza tym nie miał przy sobie pieniędzy, ale liczył po prostu na jakąkolwiek reakcję całkiem przystojnej skądinąd sprzedawczyni. Przeliczył się jednak - zignorowała go zupełnie.
- Proszę pani - zwrócił się do niej Les…