Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Hobby · 11 min czytania

Liczniki

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Katarzyna Zorena pracowała jako dyżurna ruchu na niewielkiej stacyjce, która leżała praktycznie w środku lasu. Niektórzy złośliwcy określali to miejsce jako kacze zakuprze, chociaż nie takie 100% zakuprza w zakuprzu, bo przejeżdżało tędy kilkanaście par pociągów osobowych i cała masa osobowych. W nocy przechodził na przelocie jeden pośpieszny i dwa brutta, gdzieś tak około północy. Do świtu był spokój. Była parna, lipcowa noc, powietrze dosłownie stało w miejscu. Na żadnym z pobliskich drzew nie drgnął nawet listek. Zazwyczaj o tej porze w lesie odbywały się ptasie koncerty, a teraz nawet pohukiwania sowy nie uświadczysz. Nawet muchy i komary nie brzęczały nad uchem. Misza (stacyjny pupil, tego kocura uwielbiali wszyscy, włącznie z drużynami pociągowymi), wylegiwał się na ławeczce pod nastawnią (która jednocześnie pełniła funkcję dworca), zamiast pójść na myszy. Stację i całą resztę zalewała poświata Luny. Dyżurna, będąc na służbie, uwielbiała przesiadywać na peronie, spoglądając z podziwem w niebo, przy okazji polerując daszek i ośkę na swojej służbowej czapce. Dziwna cisza ogarnęła świat. Niby błoga sielanka, a jednak coś się „kotłowało”. Było za cicho… Ot i masz! Ze wschodu nadciągały czarne, masywne, burzowe chmury. Znów ruski nachuchał. Tyle dobrego, że kobieta odprawiła wszystkie składy. W oddali słyszało się pomruki nadciągającej nawałnicy. Żeby tylko znów drutów nie pozrywało jak ostatnim razem. Gdzieś zza zakrętu, oddalonego bodajże o trzy kilometry od stacji, dało się słyszeć gwizdek… parowozu. Co za licho?! Rzecz niesamowita, bo ostatni smok odjechał stąd dobrych 20 lat temu. Co gorsza, nic w rozkazach nie było napisane o jakimkolwiek pociągu specjalnym. Dziwne… Gwizd z każda sekundą nasilał się… Nie było to przyjacielskie „baczność!”, które zazwyczaj podawali w tym miejscu maszyniści. Katarzyna zbladła, serce zaczęło niespokojnie tłuc się w piersi. Tylko kilka razy w życiu słyszała tak przeraźliwe, wręcz diabelskie sygnały nadawane za pomocą gwizdawki lub trąbek lokomotywy. Miała nadzieję, że nigdy więcej czegoś takiego nie usłyszy. Myliła się. Tak piekielny sygnał mógł oznaczać tylko jedno: śmierć wymachuje swoją kosą na torach. Dyżurna nie wiedziała, co tak naprawdę, czy poczucie obowiązku (służbowego), kazało jej wstać i pójść na stanowisko przy końcu peronu, skąd każdego dnia odprawiała pociągi. W dłoni kurczowo trzymała zielony „lizak” – atrybut codziennej pracy. Zaczął wiać silny wiatr, Misza zerwał się na równe łapy i dał susa do zacisznej nastawni. Znad wierzchołków drzew wyłonił się dym… jeśli to w ogóle można było nazwać dymem. Ogień i siarka w najczystszej postaci. Nieźle się zaczyna. Chwilę później wyłonił się całokształt: potężne cielsko parowozu i sznur wagonów. Ba! To był piekielny skład. Reflektory bardziej przypominały oczy nabiegłe krwią, niż światła czołowe, z łożysk, wiązarów i panewek kapał ni to smar, ni to krew. Czerń lokomotywy mówiła sama za siebie. Cały skład miał dziwnie metaliczny połysk i barwę, biła od niego łuna światła. Rozpętała się burza. Katarzyna stała jak słup soli. Sparaliżował ją strach. Z pierwszego wagonu wyskoczył człowiek w staroświeckim mundurze, kierownik upiornego pociągu. Złapał kobietę pod ramię i siłą wciągnął do bonanza. Przerażenie dyżurnej nie miało granic. To był najprawdziwszy pociąg widmo, który właśnie ruszał z jej posterunku! Znalazła się w starym wagonie trzeciej klasy z drewnianymi ławami. Układ dziwnie przypominał wystrój wnętrza kolejki WKD. Kierpoć pokazał kobiecie miejsce i ruchem głowy kazał usiąść. Nie miał oczu, zamiast nich zionęły puste oczodoły. Za oknem chaotycznie przemykały znajome szlaki i stacje: najpierw pojawił się Dęblin, chwilę później Malbork, , to znów Muszyna i Węgorzewo, a zaraz po nim Pieniężno. Wszystko zmieniało się jak w kalejdoskopie, nie był to jeden, konkretny szlak, lecz zbitka wszystkich tych, które Katarzyna przynajmniej raz w życiu odwiedziła. W tym momencie zauważyła, że ma przed sobą dwie, bardzo młode osoby. Pierwszą z nich była dziewczyna – konduktorka. Na jej szczupłej szyi wisiał licznik, którego cyfry obracały się w dość szybkim tempie. Miała smutną twarz, pomimo tego w szmaragdowych oczach chwilami przemykały radosne iskierki. Obok siedział chłopak, po stroju można było wywnioskować, ze jest to pomocnik maszynisty. Nos miał przybrudzony pyłem węglowym, w dłoniach trzymał kawałek czyściwa, tępym wzrokiem patrzył gdzieś przed siebie. Na jego szyi także dyndało identyczne „ustrojstwo”. Upiorne towarzystwo, nie ma co! Dyżurna była bledsza niż śnieg, zimny pot oblał jej skronie (wyglądała gorzej, niż po czwartej herbacie zawałowej – osławionej „siekierezadzie”). I na co jej przyszło? Kierownik zaczął wyjaśniać, co oznaczają te liczniki. Pierwszy – wszystkie ofiary wypadków i katastrof kolejowych, np. takich, jak ta w Otłoczynie, ten, który miał młodzian…to była liczba samobójców. Jego cyfry obracały się na tyle szybko, że nie dało się odczytać konkretnej liczby. Dopiero w tym momencie ukazał się „całokształt” sytuacji. Dookoła siedział tłum ludzi w różnym wieku, w różnych strojach. Łączyło ich jedno: puste oczy zapatrzone gdzieś daleko, poza granice czasu i nieziemska poświata otaczająca ich… nie wiem co… dusze lub ciała. Gdzieś przy drzwiach tłoczyli się żywi ludzie. Pociąg był w biegu, ale oni…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Liczniki — czytnik · opowiadania