Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Thriller · 44 min czytania

Liczy się tylko zemsta

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

I

And I wonder, if you know... Carl Stevens siedział wygodnie za kółkiem swojego niedawno nabytego Cadillaca Escalade i wsłuchiwał się w piosenkę Kanye West'a. Trzymał ręce na błyszczącej, zrobionej na zamówienie drewnianej kierownicy. Lubił drewno w samochodach. Dlatego też niemal cała tablica rozdzielcza w jego aucie była nim wyłożona, a wraz z nią każdy możliwy element drzwi i dachu. Można pomyśleć, że to dziwne, lub raczej niespotykane, aby montować sobie kryształowe lusterka, ale Carl lubił się wyróżniać. Miał zresztą pieniądze, żeby się wyróżniać. Pracował w szybko rozwijającej się firmie produkującej klimatyzatory, które stały się ostatnimi czasy bardzo popularne wśród mieszkańców Mazowsza oraz sąsiadujących z nim województw. Niedawno dostał awans i całkiem wysoką podwyżkę. Na tyle wysoką, że zaraz po wypłacie pobiegł do salonu Cadillaca i kupił ostatniego Escalade, po to tylko, żeby zdążyć oddać go do warsztatu, aby trochę podrasować jego możliwości techniczne i wygląd. Teraz, gdy na dworze padał deszcz i opłukiwał samochód z kurzu, nanosząc na niego inny rodzaj brudu, nie widać było tego blasku, którym emanował tuż po wyjechaniu z warsztatu. What it means... Carl rozmyślał nad nowym projektem dla Carrefour, który opiewał na półtora miliona złotych, a było to zamówienie na klimatyzatory i ich montaż na nowootwartej hali na Mokotowie w Warszawie. Przed chwilą zapalił silnik samochodu, który tylko warknął cicho w odpowiedzi i zatrząsł autem. W głowie Carla wciąż pobrzmiewało echo sumy, którą podał jego menadżer po konsultacji z szefami Carrefour. Półtora miliona złotych... -Mamy farta - powiedział z uśmiechem do swojego odbicia w górnym lusterku. -Wielkiego farta! Ruszył. Powoli, bez pośpiechu. Teraz już nigdzie mu się nie spieszy, nie musi gonić zleceń. Teraz to one gonią jego. I jego samochód. What it means... Po półgodzinnej jeździe Carl przystanął na stacji benzynowej, aby zatankować, bowiem Escalade to samochód wielki, największy wśród SUV-ów, ale również najmniej wydajny wśród SUV-ów. Pali, bowiem dwadzieścia pięć litrów na sto kilometrów w mieście. Carl się tym nie przejmował, bowiem miał, czym za paliwo zapłacić, a w ekologiczny tryb życia nie wierzył już od bardzo dawna, od jakiś dwudziestu lat, kiedy to zobaczył wysypisko śmieci w samym środku lasu. Zaraz po zatankowaniu do pełna zapłacił za paliwo, kupił sobie Marsa ("jak to cholerstwo podrożało!") i w drodze do samochodu wchłonął batonik, jakby nigdy nie widział na oczy jedzenia. Wsiadł do samochodu (opakowanie po batonie zostało zabrane przez wiatr gdzieś w głąb Warszawy), zatrzasnął drzwi i włączył radio. ...to find your dreams come true. Wracając do domu rozmyślał, co tym razem jego żona, Charlene, przygotowała na kolację. Pewnie znów gołąbki. Już nie mógł znieść zapachu gołąbków, a na samą myśl o nich chciało mu się wymiotować. Tak, to będą gołąbki, czuję to. Wjechał na ogrodzony wysokim, ceglanym murem osiedlowy parking, podjechał na miejsce oznaczone "H2" i zaparkował koło Opla Corsy swojego znienawidzonego sąsiada. Uśmiechnął się pod nosem i wysiadł. Jeszcze raz obrzucił tęsknym spojrzeniem swoją zabawkę i poszedł w kierunku bloku C, w którym od dwóch i pół roku mieszkali na trzynastym piętrze, w mieszkaniu numer 139. Gdy tylko wstukał kod otwierający mu drzwi do klatki usłyszał obojętny kobiecy głos: -Drzwi otwarte, proszę wejść - powiedziała kobieta bezbarwnym tonem. Carl spojrzał mimowolnie na świecący zielonym, fluorescencyjnym światłem numer 139 i wszedł do środka. Nigdy nie przywiązywał szczególnej uwagi do numerów, lecz ten akurat przykuł jego uwagę. Jeden plus trzy, plus dziewięć, to daje trzynaście - pomyślał. Niezła kombinacja. Wnętrze klatki schodowej nie było dziełem architekta-artysty. Podłoga była wykonana z marmuru, a bynajmniej ten materiał miał go naśladować. Ściany miały kolor pistacjowy, gdzieniegdzie tynk odchodził leniwie wraz z farbą, brązowe skrzynki na listy, każda z numerkiem (jak w obozie koncentracyjnym, pomyślał Carl), wisiały rzędem na przeciw wind, niezbyt komponując się z otoczeniem. Na białym suficie niczym para rozświetlających ciemność anielskich oczu wisiały dwie energooszczędne świetlówki, oglądając każdego, kto wszedł do klatki. Carl przechodząc przez klatkę czuł ich wzrok na karku, kiedy wciskał przycisk wzywający windę, kiedy w oczekiwaniu na nią podrapał się w kroczu, ciągle je czuł. Przyjechała winda. Zbawienny dźwięk "ding", jak dzwonek w portierniach hotelowych, powitał Carla w środku. Nareszcie uwolnił się od przenikliwych spojrzeń żarówek. Winda była obszerna, mieściła sześć osób. Podłoga była wyłożona tanim, zabrudzonym zielonym dywanem, ściany stanowiła cienka, pistacjowa blacha, a na wysokości pasa wisiała poręcz do trzymania. Na ścianach windy wisiały lustra, po bokach i naprzeciw wejścia, tak, że Carl mógł zobaczyć przystojnego, wysokiego mężczyznę z odrobiną siwizny na jego bujnych brązowych włosach. Carl przystanął przy tablicy z przyciskami i mimowolnie, z przyzwyczajenia, nacisnął 13. Stał wpatrując się w lustro. Dostrzegł ślady zmęczenia na jego trzydziestosiedmioletniej twarzy. Muszę wziąć prysznic. Kolejny dzwonek oznajmił Carlowi, że wjechał już na 13 piętro.

II

Wyszedł pewnym krokiem z windy i przystanął przy drzwiach w ciemnym korytarzu. Wyszukał pęku kluczy w płaszczu, wybrał jeden pasujący do zamka w drzwiach i, nie bez trudności, włożył go do dziurki od klucza. Wsunął się z łatwością. Carl miał już zamiar otworzyć drzwi, kiedy zorientował się, że one ktoś go już wyręczył. Zaniepokoiło go to. Jego żona była porządną kobietą, nigdy nie dopuściłaby, aby mieszkanie było otwarte i stanowiło pokusę dla jakiegoś gnojka, żeby tam wszedł i zabrał cały ich dobytek. Odepchnął drzwi i od razu dopadł go wyrazisty zapach sosu własnego z gołąbków. Wiedziałem. Mieszkał z żoną w pospolitym, trzypokojowym mieszkaniu, nie licząc łazienki, dobrze zaopatrzonej kuchni z jadalnią i małego przedpokoju. Cała podłoga była wyłożona drewnianymi panelami. Salon mieścił się po prawej wraz z ich sypialnią, po lewej stronie mieszkania mieściły się biuro i łazienka, zaś na wprost drzwi wejściowych była kuchnia z jadalnią. Teraz jednak, Carl poczuł wypełniający jego żołądek niepokój. Wiedział, że jego żona jest w domu, bo jej płaszczyk wisiał spokojnie na wieszaku z lewej strony przedpokoju, a jednak nie słyszał jej, choć był dopiero późny wieczór. Zawsze kładli się spać dużo później. Wydało mu się dziwne, że jej nie słychać, bo zawsze latała po domu i śpiewała jak najęta. Mimo jej wieku trzydziestu trzech lat nadal czuła się nastolatką. To go w niej uwiodło. Jej świeżość, jej niewyczerpana energia, potencjał. Jednak jakiś czas temu się pogorszyło. Carl nieubłaganie czuł zbliżający się koniec ich krótkiego małżeństwa. To przeczucie udzielało się także jego żonie. Coraz mniej ze sobą przebywali, Carl ciągle gdzieś wyjeżdżał, zostawiał ją samą w domu. Taka sytuacja sama w sobie jest wyniszczająca dla związku. Zwłaszcza dla ich związku. -Charlene! - krzyknął. -Kochanie, jesteś tu? Odpowiedziała mu cisza. Słyszał tylko głośne tykanie wskazówek zegara w salonie. Przestało mu się to podobać. Wszedł do kuchni nie zdejmując nawet butów. Ujrzał garnek na płycie od kuchenki elektrycznej, a w nim gołąbki. Obrzucił je zimnym spojrzeniem i ruszył dalej, do salonu. Tu także nie było Charlene. Ona tak bardzo lubiła tu przesiadywać. Pobiegł do sypialni, a gdy zapalił światło zobaczył na łóżku zwinięty, różowy rulonik przewiązany różową kokardką. Co to jest? Podszedł do łóżka, chwycił niepewnie zwitek papieru, rozdarł starannie zawiązaną kokardkę i zaczął czytać:

Carl, odchodzę. Nie bądź wściekły na mnie, za to co zrobiłam, ale to chyba najlepsze rozwiązanie, jakie tylko było możliwe. Ty jesteś cały czas zajęty swoją pracą, a przecież ja nie jestem marionetką, też potrzebuję czułości, którą Ty jesteś w stanie okazać tylko klimatyzatorom. Nie miałeś dla mnie czasu, odkąd dołączyłeś do firmy robiącej tych pomocników astmy. Zostawiałeś mnie samą niemal co wieczór. Przez pierwsze pół roku dawałam sobie z tym radę, myślałam, że to tylko przelotne, że otrząśniesz się z tego zaślepienia pracą. Myliłam się. Z biegiem czasu stawałeś się coraz bardziej pochłonięty produkowaniem klimatyzatorów, coraz mniej interesowałeś się własną żoną, tą, której przysięgałeś wierność do samego końca, a zdradzałeś ją z klimatyzatorami. Ten związek nie mógł trwać tak w nieskończoność, nie w połączeniu ze sposobem, w jakim mnie traktowałeś. Zakochałam się w Carlu, który nie miał jeszcze pieniędzy, który nie kochał tak bardzo klimatyzacji, który był normalnym człowiekiem, nie czyhającą na okazję zdobycia pieniędzy bestią. W całej tej pogoni za pieniędzmi zapomniałeś, co jest najważniejsze. To jest Twoja zguba, Kochanie. Na zawsze oddana, Charlene

Carl ogórek przeczytał list jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze kolejne dwa razy, zanim zrozumiał. Poczuł smutek. Albo coś w tym rodzaju, coś, co miało swój początek w żołądku, a kończyło się mniej więcej na wysokości przepony. Coś oślizgłego, strasznego, co wiło się i przeciskało między wnętrznościami Carla i rozdzierało jego serce na miliony kawałków, jak rozbity kryształ. To było uczucie zdrady. Ręce mu się trzęsły. Usiadł na skraju łóżka i próbował się uspokoić, wmawiając sobie, że kiedy się obudzi znów ujrzy swoją żonę u jego boku. Nie chcę jej więcej widzieć! - kłócił się głos oślizgłego czegoś w środku Carla. Zdrajczyni, pinda, nadęta lala! Co ona sobie myśli, żeby mi wytykać pracowitość? -Charlene... - szepnął pozbawiony sił Carl. -Kochanie, gdzie jesteś? Nagle Carlem potrząsnęło nieodparte uczucie gniewu zmieszanego ze smutkiem i poczuciem zdrady. Gotowało się w nim. To jej wina! Na pewno mnie zdradzała, kiedy ja ciężko harowałem! - krzyczał głos. Ile razy znajdowałem nie swoje majtki, ile to razy czułem nie swój zapach w łóżku? Nie chciałem nic mówić, wmawiałem sobie, że to nic, że mi się wydaje, lecz to, ta zniewaga, to za dużo! Wstał. Jego oczy były przepełnione nienawiścią, chęcią zemsty... poczuciem winy? Nie, to była odraza, odraza do jego niewdzięcznej żony. Podczas gdy wskazówka zegara w salonie płynęła leniwie po tarczy, uczucie nienawiści splątanej z zawrotami głowy coraz bardziej się nasilały. Carl właśnie dokonywał prawdopodobnie najtragiczniejszego odkrycia w swoim życiu, ciągnącego za sobą łańcuch nieprzewidzianych przez nikogo wydarzeń. Carl wstał. Podparł się o ramę łóżka, żeby nie przewrócić się z wrażenia, że był w stanie zrobić jakiś ruch. Zamknął oczy i zobaczył obrazy sprzed niespełna dwóch lat, kiedy to wraz z Charlene i kilkoma przyjaciółmi świętowali zakup mieszkania przy głośnej muzyce i sporej ilości tak lubianej w Polsce whisky Chivas Regal z dodatkiem Coca Coli. Wtedy balowali do wczesnego ranka. Jeden z przyjaciół, Rafał, najwidoczniej wypił odrobinę za dużo, poczym wymiotował wprost na obicie pięknej sofy obitej białą skórą. Widok nienajlepszy, co udzieliło się innym. Obudziwszy się, Carl poczuł niemiłą woń wymiocin. Okazało się, że w ślad za Rafałem poszło kilka osób, a skończyło się na tym, że tuż po osiedleniu się w mieszkaniu musieli wymienić dywan (nawet po praniu nie nadawał się chociażby na szmatę, tak zaśmierdł), zamówić pranie sofy i dwóch foteli, oczyścić wannę i (do tej pory zastanawiał się, jak to możliwe) zetrzeć ciemne plamy na suficie, a potem na nowo go pomalować. Dobrze wspominał te czasy. Wtedy jeszcze nie pracował w firmie, dzięki której mógł sobie pozwolić na nowy samochód, firmie, która pozbawiła go żony. Zdradliwej żmii. Poruszył się niespokojnie. Poczuł w łydce ból, złapał go skurcz. Ten ból nieco go otrzeźwił, więc ruszył niepewnym krokiem w stronę drzwi wyjściowych. Ujrzał telefon, o którym wcześniej zapomniał. Aparat wisiał samotnie na ścianie tuż obok drzwi. Carl rzucił się na urządzenie, złapał słuchawkę w roztrzęsione ręce i spojrzał na ponumerowane przyciski. -Zobaczymy. - mruknął do siebie. -Gdzie jesteś, kotku? Wystukał znany na pamięć numer jego teściowej, do której dzwonił prawie co tydzień, żeby spytać, co słychać, jak się czuje i czy bierze lekarstwa. Nigdy nie mogła zapamiętać jego imienia, chociaż znali się już długo. Mary, bo tak miała na imię matka jego żony, za każdym razem, gdy do niej dzwonił narzekała, jakie to życie jest straszne, jaki ból sprawiają hemoroidy i co działo się w, chyba już pięciotysięcznym odcinku "Mody na sukces". Ich rozmowy trwały po pół godziny, maksymalnie ten czas wydłużał się o piętnaście minut. Carl lubił Mary za jej troskę oraz za to, że była wprost złotą kobietą, zawsze skorą do pomocy w pracach domowych. Wysłuchiwał jej gadaniny jedynie z czystego szacunku. Usłyszał sygnał. To dobry znak. Ktoś podniósł słuchawkę. -Halo? - odezwał się pełen ciepła głos Mary. -Mary, tu Carl, czy zasta... -Nie chce cię widzieć. Nie wiem, o co poszło, ale jest niesamowicie roztrzęsiona. - powiedziała półgłosem Mary. -Co się stało? -Sam do końca nie wiem. - bąknął Carl. -Przyszedłem do domu i jej już nie było. -No dobrze, dobrze. - powiedziała zatroskanym głosem Mary. -Jesteście młodzi, sami to załatwiajcie. -Postaram się z nią porozmawiać. - rzekł Carl spokojnym tonem. -Dobranoc i dzięki. -Dobranoc, dziecko, dobranoc. Na tym skończyła się ich krótka rozmowa, ale wniosła ona trochę dynamizmu w jego życie. Schowała się u matki, gnida. Potwór w środku wciąż dawał o sobie znać. Carl nie potrafił sobie z nim poradzić, potwór był zbyt silny i obrzydliwy, by z nim walczyć. Zdawał się być coraz większy, z każdą minutą coraz to okropniejsze myśli nawiedzały głowę Carla, myśli, których nie był w stanie poskromić, albo chociaż ująć w jedną spójną całość. Jedna połowa mózgu Carla nadal funkcjonowała normalnie, wciąż troszczyła się o jego ciało, wciąż przesyłała sygnały o głodzie, czuła się zmęczona. Druga zaś połowa nie odczuwała żadnych bodźców zewnętrznych, nie obchodziło jej, czego aktualnie potrzebuje ciało. Funkcjonowała na innych, specjalnych regułach gry w życie. Nie wiedziała o istnieniu Boga, o klimatyzatorach, o starej, obolałej matce Charlene, o nowym samochodzie. Dostrzegała tylko jeden aspekt życia - zemsty na żonie. Łajdaczyła się z innymi facetami w moim własnym łóżku! Zdzira! Carl stał naprzeciw drzwi wejściowych ze słuchawką w ręku i tępo patrzył się w wizjer. Świadomość istnienia przywrócił mu zegar, który właśnie zaczął wybijać godzinę dwudziestą drugą. Carl drgnął. Oślizgłe coś w jego brzuchu właśnie zaczęło swój piekielny taniec, wyprawę po zakamarkach ciała Carla. Podniósł słuchawkę do ucha o raz drugi. Jeszcze raz wykręcił numer Mary i czekał na odpowiedź. -Halo? - tym razem to była Charlene. -Kochanie? - powiedział drżącym głosem Carl. -Nie odkładaj słuchawki, proszę. Muszę z Tobą porozmawiać. -Chcesz rozmawiać? - powiedziała Charlene drwiącym tonem. -Nie masz dość? Ja mam. -Ostatni raz. - powiedział błagalnym głosem Carl. -Wyjaśnić wszystkie niedomówienia. -Nie. -Proszę. -Nie. -Błagam cię, Charlene! - wydusił Carl. -Dlaczego mi to robisz? Chcesz się zemścić? Nastąpiła chwila ciszy. -Nie, nie chcę. Możemy się spotkać jutro o drugiej w restauracji Bong Sen w centrum. Kiedyś mnie tam zabrałeś. -Strasznie się cieszę kochanie. - szepnął Carl. -Strasznie się cieszę. Nastąpił ciągły sygnał. Charlene odłożyła słuchawkę. Będę musiał poczekać. Nienawidzę czekać. Popatrzył na zegar w salonie. Była dwudziesta druga sześć. Jeszcze szesnaście godzin.

III

Carl obudził się w łóżku. Kątem oka spostrzegł mały budzik, którego wskazówki wyznaczały godzinę dziesiątą. Nie mógł sobie przypomnieć, co robił po telefonie do Charlene. Pamiętał jedynie, że zaraz po tym, jak jego ukochana rzuciła słuchawką poszedł zr4ezygnowany do kuchni i złapał za butelkę Chivas Regal. Nie wziął szklanki, łyknął prosto z butelki. Popatrzył na prawo i lewo. Po swojej prawej stronie dostrzegł pustą butelkę dwudziestojednoletniej whisky. Próbował wstać, lecz bezskutecznie. Ciche i tępe uderzenia w jego czaszce nie pozwalały mu na racjonalne myślenie - bolała go głowa. Stworzenie w żołądku mruknęło cicho, aby przypomnieć o swoim istnieniu. Carl podniósł się z trudem z łóżka. Pękała mu głowa. Wstał i oparł się o ścianę. Przetarł oczy i ruszył w stronę łazienki. Rozpiął skórzany pasek i zdjął spodnie od garnituru wraz z bokserkami. Usiadł na klozecie i wypróżnił się. Poczuł się inaczej - nie lepiej, ale spokojniej. Zdjął z siebie resztę garderoby, rzucił ja na podłogę i wszedł do kabiny prysznicowej. Puścił zimną wodę. Lodowate strumienie ze słuchawki cięły jego skórę niczym nóż, tylko bez rozlewu krwi. Natychmiast odzyskał energię. Obmył się, wyszedł z kabiny, chwycił biały ręcznik z haftowanym napisem "Carl" wiszący tuż obok drugiego białego ręcznika z innym napisem - "Charlene". Na widok imienia swojej żony Carla przeszły dreszcze. Potwór w brzuchu Carla poruszył się nerwowo i wywinął koziołka. Szmata, pluskwa, żmija... Wytarł się dokładnie, wyszedł z łazienki i wyjął z szafy starannie wyprasowaną koszulę. Sięgnął do drugiej szafy i wyjął z niej szary garnitur od Ermenegildo Zegna. Zakładał go tylko na uroczyste okazje. A ta była jak najbardziej uroczysta. Ubrał się, podszedł do lustra i uśmiechnął się do siebie. Rozpiął koszulę pod szyją, wyrzucił krawat na podłogę i wrócił się do łazienki po wodę kolońską. Wmasował spokojnie wodę w skórę twarzy i podziwiał jej drzewno-korzenny zapach. Charlene uwielbiała tą wodę. Ona mu ją kupiła rok temu na urodziny, lecz nie używał jej za często, tak jak nie za często bywał w domu. Podszedł do szafki nocnej w sypialni i zabrał z niej srebrny zegarek, poczym założył go na prawą rękę. Rzucił okiem po pokoju i zdał sobie sprawę, że nadal chodzi po mieszkaniu boso. Złapał pierwszą lepszą szarą parę skarpetek leżącą w szafce nocnej i założył je na nogi. Przeszedł do salonu, usiadł w wygodnym fotelu i spojrzał na zegar, który wskazywał godzinę dwunastą dwanaście. Włączył telewizor. Właśnie leciał spot reklamowy na TVN24, więc przełączył na Superstację. Kolejny kanał informacyjny działający przez całą dobę. Carl zawsze zastanawiał się, czy ci reporterzy maja swoje życie osobiste. Informacje z kraju wcale go nie zadziwiły, po raz kolejny jakiś polityk został złapany na współpracy z SB w zamierzchłych czasach, kolejny strajk lekarzy i pielęgniarek, kolejny świr zabił swoją żonę... Świr? Nie, facet wiedział co robi. Pewnie też go zdradzała. Zegar wybił godzinę pierwszą. Carl podniósł się leniwie z wygodnego fotela i ruszył w stronę przedpokoju. Założył swoje najlepsze buty (czyli takie, które się najbardziej błyszczały), złapał płaszcz i zamknąwszy za sobą drzwi od mieszkania opuścił je. Stanął przy windzie. Wcisnął przycisk przywołujący ją i przyglądał się odwróconemu trójkątowi równobocznemu święcącemu łagodnym zielonym światłem. "Ding" - rozległ się dzwonek oznajmujący nadejście windy. Carl zaczekał, aż drzwi się otworzą i wszedł. Nacisnął przycisk oznaczony numerem "0" i czekał na reakcję windy. Za trzy minuty stał już na parkingu przed blokiem i otwierał swój nowy samochód. Poczuł się dumny z siebie, nie wiedząc w ogóle dlaczego. Właśnie jechał na spotkanie z żoną, aby uzgodnić, co poszło nie tak a potem się z nią rozstać i rozpierała go duma. Niewiarygodne i zarazem wzbudzające odrazę uczucie. Drzwi samochodu trzasnęły głośno i Carl wsunął bezdźwięcznie kluczyk do stacyjki, poczym przekręcił go w prawo. Zatrzęsło autem i Carl wrzucił wsteczny. Wyjechał ostrożnie z parkingu i ruszył szybko w stronę centrum. Dotarł tam w przeciągu dwudziestu minut, poczym odnalazł restaurację, w której się umówili i zaparkował tuż przed wejściem, wzbudzając niemały podziw wśród przechodniów. Wysiadł, nacisnął mały przycisk na pilocie i usłyszał dźwięk zasuwanych zamków w drzwiach samochodu. Odszedł od Cadillaca i ruszył w stronę lokalu. BONG SEN - głosił szyld wiszący tuż nad drzwiami wejściowymi. Otworzył je, wszedł i poprosił o stolik dla dwóch osób. Restauracja Składała się z pięciu sal - trzech zastawionych stolikami, baru i jednej wynajętej, mieścił się tam sheesha bar. Chlupot wyrwał Carla z zamyślenia. Spojrzał się w lewą stronę i ujrzał kamienne oczko, a w nim pływające ryby. Ów chlupot wydawał mały wodospad utworzony z kamieni. Liście żywych roś lin wplecione między kamienie i mech dawały poczucie, że to oczko żyje, ma własną duszę i wewnętrzne piękno. Carl oderwał wzrok od oczka i rozejrzał się po portierni. Podłoga była wyłożona kafelkami, a na niej leżały dwa czerwone dywaniki, jeden prowadzący do portierni od wejścia, drugi zaś prowadzący z portierni do restauracji lub baru. Naprzeciw wejścia stała drewniana lada za którą siedział starszawy pan, zapewne szatniarz. Za ladą wisiało kilka metalowych stelaży-wieszaków pomalowanych na bordowo. Starszy pan podniósł się i zaoferował odwieszenie płaszcza. Carl chętnie skorzystał i położył płaszcz na ladzie, skąd został zabrany i powieszony na wieszak. W zamian za płaszcz, Carl dostał stalowy numerek z wygrawerowaną nazwą restauracji po przeciwnej stronie. Carl podziękował i wszedł na salę, gdzie powitała go pogodna pani ubrana w kimono trzymająca w rękach menu. -Poproszę stolik dla dwóch osób. - powiedział Carl. -Już. - kelnerka wzięła drugie menu. -Tędy proszę. Carl poszedł za kelnerką i usiadł w wygodnym krześle. Spojrzał na zegarek. Była pierwsza czterdzieści dwa. Jeszcze osiemnaście minut... Stworzenie przekręciło się po raz kolejny w brzuchu Carla, zatoczyło kółko wokół żołądka i osiadło.

IV

Carl usłyszał otwierające się drzwi. O tej godzinie ludzie zazwyczaj pracują, więc Carl przeczuwał, kto wszedł do restauracji. Usłyszał stukanie obcasów o posadzkę w portierni i rozpoznał ten dźwięk, tak chodziła tylko Charlene - sunęła po podłodze niczym supermodelka po wybiegu, zataczała ósemki swoim tyłkiem w obcisłej spódnicy. Nie dziwił się, że go zdradziła, ale zawsze się tego bał. Charlene była piękną,…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%