Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 19 min czytania

Ligawka

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

LIGAWKA

Dawno, dawno temu w dalekiej krainie stał gród Koszyszko. Gród otoczony był wysokim drewnianym płotem. Do grodu prowadziła brama, którą otwierano za dnia i zamykano na noc. Gród był w kształcie koła. Chaty zostały ustawione w półkolu. Z jednej strony chaty postawili rolnicy. Druga część koła należała do rzemieślników. Na środku koła stał kamienny stół wokół, którego były ustawione kamienne zydle. To tutaj wiecowała starszyzna grodu. Tutaj odbywały się najważniejsze wydarzenia grodu. Nie opodal placu stała wieżyczka. To na niej trębacz Lesław wygrywał co dziennie melodie. Melodii było trzy. Pierwszą grał z samego świtu na pobudkę mieszkańcom grodu. Drugą grał w południe na obiad, aby gdziekolwiek byli, przerwali pracę i zjedli pożywny posiłek. Trzecią melodię grał wieczorem, że już czas na spoczynek, na sen. Wielkim zmartwieniem Lesława był fakt, że jego jedyny syn - Ludomir nie chciał iść w jego ślady i zostać trębaczem. Wolał zostać kowalem. Na skraju grodu postawił dom z kuźnią i tam zamieszkał po ożenku z Lutosławą. Na drzwiach powiesił podkowę jako znak, że w tym domu mężczyzna trudni się kowalstwem. Lesław nie miał komu przekazać swojej muzycznej schedy. Miał tylko jedno syna. Po śmierci żony nie ożenił się po raz drugi. Przyrzekł Dobrosławie, że nie zostawi nigdy Ludomira i będzie zawsze o niego dbał. Prawda jest to, że Lesław nigdy nie przestał kochać Dobrosławy. Teraz szedł w stronę wieżyczki i rozmyślał: - Jestem już stary. Komu przekażę granie na ligawce? Ludomir nie chce. Kto wie ile jeszcze pożyję? Może rok, a może już i tego nie. Nogi już nie te i siły już nie takie same. Gdyby choć Ludomir miał syna, a i to jakby zaczarowane. Już pięć lat jest z Lutosławą, a nie mają dzieci. Czary kto rzucił? Mokosz nie jest łaskawa dla mnie. Czym sobie zasłużyłem na takie cierpienie? Nie wiem doprawdy, nie wiem. Smutny wszedł na wieżyczkę. Wziął do ręki ligawkę i rozpoczął dzień, wygrywając melodię do pobudki dla mieszkańców Koszyszka. Kiedy skończył usiadł na ławie i przysnął. Śnił mu się sen. Przyszedł do niego mały chłopiec i powiedział: - Dziadku. Nie martw się. Ja chciałbym grać na ligawce. Czy nauczysz mnie? - Nauczę, ale kim jesteś? - Twoim wnukiem. - Moim? – zapytał we śnie i po chwili zbudził się. Nie mam przecież wnuka, a ten smyk miał z sześć, może siedem lat. Nic nie rozumiem. Aha, może Lutosława jest przy nadziei. Pójdę do niej i zapytam. Tego dnia nie wrócił do swojej chaty. Dzień do południa spędził u syna. Usilnie pragnął zadać Lutosławie pytanie o dziecko, ale coś go powstrzymywało. Temat o dziecku zawsze był drażliwy. Lutosława podała do stołu. Zjedli obiad we troje. Ludomir odprowadził ojca do wieżyczki. A ten w końcu nie wytrzymał: - Ludomirze, czy twoja żona przypadkiem nie jest przy nadziei? - Nie. I to jest moje zmartwienie. Nie pytam jej, bo widzę jak łzy ściera, gdy zobaczy pacholę. Nie wiem, dlaczego Mokosz nie jest dla nas łaskawa. Pragnę dziecka. Dobrze, żeby już było, ale zaczekam. Nie zostawię jej ojcze, nawet jakby nie dała mi syna. - Nie. Nie zostawiaj. - A dlaczego pytasz? -E. Tam, tak mi się śniło – i Lesław opowiedział swój sen . - Może to był sen proroczy. - Może synu. Rozstali się w lepszym nastroju. Ludomir poszedł do garncarza po nowe naczynia zaś Lesław wrócił do swojej wieżyczki. Zagrał melodię na obiad, a kiedy skończył usłyszał: - Dziadku pamiętaj, abyś dotrzymał słowa i nauczył mnie grać na ligawce. Z kąta wyszedł ten sam chłopiec o orzechowych oczach i włosach jak heban. - A swoją drogą jesteś bardzo podobny do Ludomira. - Jestem twoim wnukiem – powiedział i znikł. - Chyba mam zwidy. Może to koniec mojego życia. Majaki mnie się jakie trzymają. Wrócę do domu i legnę na łożu. Odpocznę sobie. Nie dane mu było jednak tego dnia dojść do domu i odpocząć. Z pola biegł Leszko i wołał o pomoc. - Co się stało – zapytał Lesław. - Oto Bolko… Kiedy poszliśmy…. – nie dokończył Ale co tam ! Później! Gdzie Widun? - Jak to gdzie? - Wołaj go. Trzeba na pole. - Po co? Kogo? - Nie pytaj. Nie ma czasu na objaśnienia. Bystro po Widuna i żywo z nim na pole. Trzeba pomocy. Ja wracam - powiedział i zawrócił. Lesław szybkim krokiem skierował się w stronę chaty Widuna, ale tutaj go nie zastał. Wyszedł z grodu i skierował się w stronę ołtarza Światowida. Mniemał, że tam go zastanie. Niestety i tam go nie było. Wrócił więc do grodu i poszedł do chaty garncarza Tomisława, który zawsze wszystko wiedział. - Witaj Tomisławie,! Nie widziałeś Widuna? - Rano szedł do rymarza. Jego ojciec był chory. Może tam jest jeszcze. Czy coś się stało? - Dziękuję Tomisławie. Nie wiem. Bolko od pola biegł i ledwo dyszał. Krzyczał, żeby Widuna przyprowadzić na pole i pobiegł z powrotem. Widuna zastał w chacie rymarza. Razem z nim ruszyli w kierunku pola. Kiedy dochodzili na miejsce Bolko ich zatrzymał. - Chyba już za późno! - Wytłumacz co się stało? - Kiedyśmy ruszyli na drugą stronę pola zauważyliśmy, że Wiły tańcują w zbożu. Były tak piękne, że oczu od nich nie mogliśmy oderwać. Kiedy nas spostrzegły rozgniewały się, że ich podglądamy. Przerywały zabawę i ruszyły w kierunku nas. Bolko chciał złapać w pół jedną, a ona wtedy zmieniła się w łabędzia i zaczęła go bić skrzydłami. Zobaczyły Mościbora i to był już koniec. Mościbora okrążyły i wzięły do śrokda. Jeli z nim pląsać w kółko i w kółko, aż jęczał nieborak. Już chyba po chłopie. Tedy wyszedł z ukrycia Kazmir i zaczął im odgrażać się. Nie jeno prosić, a wykrzykiwał jakieś bezeceństwa na nich. Tedy i dopełniło się. Rozzłościły się na wskroś. Kazmir gdzieś znikł. Na to cała gawiedź się obruszyła i ruszyła do ataku. Wiły nic sobie z tego nie robiły. Śmiały się. Zmieniły się w łabędzie i fruwały nad głowami żeńców bijąc ich skrzydłami. Teraz zmieniły się w konie i tratują nasze pole. - Prowadź! – powiedział zagniewany Widun. Jego ukazał się straszny widok. Wiły najwyraźniej drwiły sobie z żeńców. Zmieniając się w to w konie, to łabędzie tratowali zboże, straszyli mieszkańców. Ci skuleni przyklękli na ziemi. Prosili boginie, aby zaprzestały, One zdawało się, że nie słyszą ich lamentów i próśb. Widać mocno były rozgniewane. Nie zdzierżył Widun patrzeć na to dłużej i stuknął swoją laską trzy razy w ziemię. Później ją skierował w stronę nieba i krzyknął: - W imię Światowida przestańcie. Nie godzi się boginiom niszczyć plony, pastwić się nad bezbronnymi ludźmi. - Kim jesteś, że śmiesz nam rozkazywać? - Odwiecznym sługą Światowida. - Jesteś tylko słabym i nędznym człowiekiem. - W imię Światowida przestańcie – powtórzył mnich. - Zawołali ciebie na pomoc. I tak ich los jest przesądzony. Za karę, że przeszkodzili nam w tańcu i za gwałt jaki chcieli nam zadać wszystkie ich plony co roku będą zniszczone. Zarazy spadną na wasz gród. Cały gród będzie zniszczony przez głód, choroby i nie będzie w nim już zgody - powiedziała Wiła i wzięła do ręki ziemię i trzy razy ją rzuciła w kierunku ludzi. - Muzyk już wam nie zagra na ligawce. Nie minie miesiąc jak cisza zapanuje na wieży. Smutek zamiast radości, bieda w waszym grodzie zagości – powiedziała druga Wiła i nakreśliła znak koła. - Nim zajdzie słońce przepowiednia zacznie nić wić. Nie będzie jadła, to nie obrosną w sadła – powiedziała trzecia Wiła i obróciła się dookoła. - Nie bądź tak okrutna – powiedział Lesław. - Ciebie znam. Czasami słucham jak grasz. Pięknie grasz na swojej ligawce. Na twoja prośbę złagodzę klątwę. Tedy i ty stań razem z nimi. Nie minie miesiąc jak umilknie muzyka z wieży. Kiedy na wieży muzyka powróci, to i dobrobyt do grodu wróci – powiedziała czwarta Wiła i wypuściła z rąk gołębia. - Miej baczenie, że jestem stary, a i nie mam komu przekazać grę na ligawce. Mój syn nie chce, a wnuka nie mam. - Nic już więcej nie można dla was zrobić. Nie targuj, bo cofnę zmianę i wtedy już nigdy nie powstaniecie – powiedziała pierwsza Wiła i razem ze swoimi towarzyszkami odleciała. Tłum oniemiał. Słychać tylko było szyderczy śmiech Wił. - Zło dopadnie nas – przerwał milczenie Bolesław. - Komu przyszło do głowy, żeby je podglądać? Nie wolno im przeszkadzać w tańcu. Nie rozumiem was. A gdzie Kazmir i Mścibor? - Nie wiem - Pewnie już nie wrócą. Wracajmy do grodu i złóżmy dary Światowidowi. Tedy i wrócili. Złożyli dary Światowidowi i prosili go o odżegnanie klątwy Wił. Kiedy jzapadał zmrok rozeszli się do swoich chat w niezbyt dobrym nastroju. Lesław wszedł na swoją wieżyczkę i zagrał Koszyszkom melodię do snu. I to był ostatni raz kiedy zagrał na swojej ligawce. Wrócił do swojego domu. Położył się spać i już nie wstał. - Widać zaczyna się spełniać klątwa Wił – powiedział Bolesław na pogrzebie Lesława. - Może Światowid będzie dla nas łaskawy. - Nie wiem. Lesław nie nauczył nikogo grać na ligawce. - Bo nikt się do tego nie kwapił. - Co teraz? - Nie wiem Bolko. Może nie będzie tak źle. - Spokojnej nocy Bolesławie. - Spokojnej . Przyjaciele Lesława pożegnali się na rynku i rozeszli się do swoich domów. Mijały dnie, tygodnie, miesiące. Ludzie chodzili bezładnie. Za późno wstali, za późno położyli się spać, albo za wcześnie. Cisza wokół panowała. Spoglądali na wieżyczkę w nadziei, że znów usłyszą melodię zagraną na ligawce. W końcu i o tym zapomnieli. Nastało lato i czas było na żniwa. A tego lata zboże obrodziło. Patrzyli na dorodne zboże i śmieli się z klątwy Wił aż do niedzieli, gdy spadły ulewne deszcze. Padało przez dwadzieścia dni. Tego roku Żeńcy zebrali tylko połowę zboża w porównaniu do roku ubiegłego.…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Ligawka — czytnik · opowiadania