Horror · 8 min czytania
Lilie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Kochała swoje domowe zacisze. Domek jednorodzinny, niewyróżniający się niczym spośród dziesiątek innych postawionych obok siebie wzdłuż niezbyt uczęszczanej ulicy. Chciała, aby wnętrze było przytulne. Czerwone żarówki w żyrandolu, miękkie pufy, wygodna obszerna kanapa, dywan tak przyjemny w dotyku, że można było na nim leżeć godzinami i podziwiać jak jego farfocle falują niepokojone lekkim przeciągiem między szparą pod drzwiami a na wpół otwartym oknem. Oknem, za którym rozpościerał się ogród, pełen róż zasadzonych rzędem wzdłuż ścieżki, młodych drzew wiśni rosnących niedaleko, szklarni stojącej na jego skraju oraz lilii zasadzonych pod samym domem. Ich słodki zapach co wieczór wypełniał sypialnię, tworząc eteryczną atmosferę. Było już po zachodzie słońca. Powietrze było ciężkie. Delikatnie położyła się na pościelonym łóżku. Kołdra pofałdowała się lekko. Tak przyjemnie chłodziła ją po ciężkim, upalnym dniu. Wdychała woń lilii, oddychając głęboko i wsłuchując się w odgłos prysznica, z którego korzystał jej mąż. Szum wody uspokajał ją. Zakasłała. Coś stuknęło. Było zdecydowanie za duszno. Za oknem nagle ptaki poderwały się do lotu. Przejmujący aromat wdzierał się do jej płuc, zaczęło ją to drażnić. Było jej gorąco. Pierwsza strużka potu ściekła z czoła po policzku i uderzyła o poduszkę. Stwierdziła, że musi szerzej uchylić okno. Powoli podniosła się na łokciach, wstała, podeszła, po czym chwyciła za uchwyt i pociągnęła. Nic się jednak nie stało. Szarpnęła mocniej. Okno nie puściło ani na centymetr. Była zaskoczona, przecież zostawiła okno uchylone, jakim cudem zastała je w tym momencie zabite i to na amen?! Zabite. Drgnęła. Coś zachrobotało w drzwiach. Rzuciła się do nich. Teraz i one były zamknięte. Natarczywy zapach kwiatów przybierał z chwili na chwilę. Robiło się jej słabo. Odwróciła się w kierunku okna i zamarła. Za szybą stał wysoki mężczyzna w obcisłej czarnej czapce i skórzanej kurtce. Trzymał w ręku jakąś puszkę, z której uchodziła cienka, gumowa rurka, której koniec był wetknięty w szczelinę między parapetem a ramą. Z jej wylotu wydobywały się smugi ciemnoróżowego dymu. Zaczęła przeraźliwie krzyczeć i uderzać pięściami w drzwi. Ostra woń dusiła ją i świdrowała jej płuca. Jej kolejny krzyk został stłumiony przez kolejny atak kaszlu. Podbiegła do stolika, na którym stał wazon z jej ukochanymi tulipanami oraz budzik. Nogi odmówiły posłuszeństwa. Runęła na stolik, wywracając go. Wazon stłukł się, budzik zaczął wydawać odgłos alarmu. Usłyszała szarpnięcie za klamkę. Obejrzała się w kierunku drzwi i spróbowała krzyknąć, ale narastający aromat nie pozwolił jej wydusić z siebie nawet jednej sylaby. Wszystko utonęło w kaszlu i opętańczym pisku budzika, którego siła głosu przybierała. Ktoś zaczął tłuc w drzwi, a po chwili próbował je wyważyć. Coś trzasnęło w zawiasach. Obejrzała się w kierunku okna. Człowiek z puszką obserwował ją z zaciekawieniem i obojętnością w oczach. Chwyciła wyjący już budzik i rzuciła nim w kierunku szyby. Nie doleciał. Była już za słaba, potrzebowała powietrza. Zaczęła się czołgać w kierunku drzwi prowadzących na taras. Kolejny łomot w drzwi. Zamek w drzwiach puścił. Wpadł jej mąż. Zobaczył ją leżącą, półprzytomną, rozpaczliwie patrzącą na niego. Mężczyzna zza szyby drgnął. Wyrwał rurkę, schował szybko puszkę za pazuchę i zaczął uciekać. Mąż podbiegł do niej. Otworzył wyjście na taras i wyciągnął ją na zewnątrz. Wreszcie poczuła powietrze, zaczęła głęboko oddychać. On tymczasem rzucił się w pogoń za szaleńcem. Widział jak ten wbiegł do szklarni. Chwycił łopatę leżącą przy jednym z różaneczników i wszedł do wnętrza. Było duszno, jeszcze