Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Psychologia · 8 min czytania

LIS

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

LIS

„Od początku wiedziałam, że chce mnie zabić, powiedziały mi o tym kose spojrzenia przelatujących wróbli” – stwierdziła moja matka. Dom, w którym przyszedłem na świat podobny był do tajemniczego królestwa, rządzonego niepodzielnie przez moją matkę i jej siostrę. Chłodne epitafia schodów, rozgrzane słońcem przestrzenie poprzecinane strugami światła igrającego ze wszędobylskim kurzem, święte obrazy spoglądające słodko – surowo ze ścian, zamolałe, cuchnące naftaliną futra drzemiące w trumniastych szafach, złowieszcze zezowate kocury i perwersyjnie powyginane fikusy - to wszystko było podzielone. Cały dom był podzielony na strefę wpływów mojej matki lub ciotki. Nieznajomość ulotnych granic nie była żadną wymówką – sprowadzała na winowajcę, czyli mnie, dziką awanturę. Pamiętam jak dziś historię lisa, martwego od dawna i wypchanego trocinami, który niewiadomym sposobem wymknął się z domu. Jestem pewien, że kierowało nim umiłowanie wolności, które natchnęło siłami na nowo martwe truchło. Poszukiwania lisa trwały bite trzy dni i trzy noce, dzikie stada podejrzeń przelatywały pod sufitem, w poszukiwania zaangażowany został święty Antoni oraz ogromne ilości leków psychotropowych i kawy. Nic to, lis nie odnajdywał się i nie powracał, aż wreszcie moja ciotka, wynosząc śmieci dostrzegła jego lśniące podstępnie oko łypiące spod klapy śmietnika. Ponieważ znalazczynią była moja ciotka, uzasadnione było podejrzenie, że podróż lisa była (w miej lub bardziej jawny sposób) inspirowana przez moją matkę. Na tej zasadzie, wszystkie zdarzenia zyskiwały walor natychmiastowej wyjaśnialności – nagły deszcz pustoszący pranie ciotki był oczywistym przejawem złośliwości matki, dziura w pończosze matki była oczywistym przejawem nienawiści ciotki. Jako dziecko zupełnie przystawałem na taką interpretacją świata, przystawałem zawsze na podwójną kolację, podwójny obiad, podwójne wyjście do kościoła, żeby nie urazić godności żadnej z monarszyń, a że obiadu, kolacji i śniadania prawie nigdy nie było, obowiązek podwójnej wizyty w kościele wydawał mi się lekki do zniesienia i nawet przyjemny. Słuchając śpiewów anielskich i dmących miechów pośród kadzideł i starych bab wyobrażałem sobie siebie siedzącego na tronie, mesjasza, który przyjdzie kiedyś i położy kres wszelkiej niezgodzie. Lecz czasem pośród tej anielskiej symfonii pojawiał się on, lis wypchany trocinami, śpiewający nuty czarodziejskie i grzeszne. Bałem się, że ksiądz usłyszy lisa, że go zauważy, kiedy przepełza pomiędzy ławkami i wózkami dla niemowląt, kiedy wdrapuje się na dach kościoła i tańczy swój obłąkańczy taniec. Ale on go nie zauważał, a może udawał tylko, że nie zauważa, może znał lisa aż za nadto dobrze. Lis śpiewał zawsze podobnie a zarazem inaczej, śpiewał o cieple deszczowych wieczorów, o odległych wyspach na Pacyfiku, o tajemnicach pustyń, o bajkowych piersiach dalekich księżniczek, o udach które drżą mglistą niecierpliwością, o niedostępności gór i strzelistości pagod o chłodzie śniegu i blasku oczu, śpiewał błękitnie, złociście i zielono.

W domu w cieniu matki i ciotki żyła też i babka, właściwie bardziej interpretowana przez większość przybyszów jako mebel, niewidoczna i stara jak sam dom. Kiedy umarła, nastał okres zawieszenia broni, matka i ciotka podały sobie (oczywiście w sposób niewidoczny i czysto symboliczny) swoje kościste dłonie i udały się na pogrzeb.

Trumna w której spoczywała babka była podobna do łodzi i tworzyła wraz z babką nierozerwalną całość, tak, jakby trumna wstydziła się przed babką tego, że kiedyś była drzewem, a babka przed trumną tego, że była kiedyś kobietą. Dzień pogrzebu przypadał w listopadzie, który przeczuwając doniosłość zdarzeń skrapiał kaplicę ciągłym deszczem. Matka i ciotka, jak zmokłe gawrony sterczały bezmyślnie na

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%