Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 1 godz. 9 min czytania

Lisie łzy

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Maksymilian Spajder L I S I E Ł Z Y

Dariusz siedział w pokoju swojego syna na zasłanym i przykrytym zielono-niebieskim kocem łóżku. Spoglądał to na szafę, to na dywan, to na segmencik z zabawkami. Zabawki, pomyślał i uśmiechnął się smutno w duszy. Kochał je będąc dzieckiem. Jednak wtedy były one zupełnie inne. Musiał zadowalać się wykonanymi z blachy samochodzikami, czy ołowianymi figurkami żołnierzyków. Jednak wtedy zabawki miały duszę. Były jedyne w swoim rodzaju, być może dlatego, iż zwyczajnie ich brakowało. Nie było komputerów, super bohate-rów, czy innych szmir. I miało to swoje dobre strony. Chmara dzieciaków wybiegając do lasu, zawsze wracała z czymś do zabawy. A to zrobili sobie wędki, a to łuki o niewielkim zasięgu lub włócznie indiańskie. Czasami, znajdowało się kawałki kory o dziwnych i ekscytujących kształtach. Matka natura nie skąpiła w rozmnażaniu najprzeróżniejszych radości. Zachę-cała do dzikich całodziennych eskapad, z których wracało się pełnym wrażeń. Dariusz pamiętał, jak raz zobaczył lisa, który przyglądał mu się z ciekawością z bezpiecznej odległości. Patrzyli tak na siebie przez dłuższą chwilę. Rudy drapieżnik uważnie go obserwował. Opleciony puszystym ogonem skubnął go zębami, po czym zniknął w gąszczu drzew. To spotkanie przestraszyło, ale również podnieciło małego Darka. Gdy później wychwalał się przed kolegami, jak to zwycięsko wyszedł z tej, niebezpiecznej konfrontacji, byli tym tak oszołomieni, iż od tej pory zaczął przewodzić całej grupie. Dzieciństwo lat sześćdziesiątych było naprawdę piękne. Tylko drzewa, wiewiórki, wschody i zachody słońca na różowym, postrzępionym od chmur niebie; jak i letnie kąpiele w pobliskiej rzece. Wspomnienia takie, niejednemu wywołałyby łezkę melancholii na twarzy, ale nie Dariuszowi. Życie go nauczyło paru zasad, od których nigdy nie odstępował. Po pierwsze: nigdy nie pokazuj, że jesteś słabszy; po drugie: nigdy nie ufaj ludziom, którzy choć raz zawiedli twoje zaufanie; po trzecie: dla dobra rodziny nawet zabij. W ten oto sposób mały przywódca plemienny Darek Rudy Lis wyrósł na Dariusza Nieczułego Perfekcjonistę. Dariusz otrząsnął się z marzeń. Wracając wzrokiem do zabawek, uświadomił sobie, jaką próżnością było potraktowanie ich jako symboli swojego dzieciństwa. Tak nie uchodzi, zbeształ się w myślach. Szlag by trafił to życie! Jednego dnia masz wszystko, a następnego już nic. Jak w rosyjskiej ruletce, gdzie możesz osiągnąć coś jedynie ryzykując wszystko. Jeżeli powinie ci się noga, tracisz o wiele więcej, niż postawiłeś. Tu nie ma miejsca na żarty. Najmniejszy gest może cię zdradzić. Zostaje tylko śmiertelna powaga zachowywana do granic przyzwoitości. Taka gra w życie, w której nie można pozwolić sobie na odkrycie nawet jednej karty. Nic więc dziwnego, że Dariusz był twardy. Zawsze wiedział, ile ryzykował, dlatego też nie był zbyt chciwy. Starczyło tyle, żeby utrzymać rodzinę na godnym poziomie. Przez to rozumiał życie, w którym nie zdarzają się sytuacje, gdy zrozpaczony syn wbiega do domu z płaczem, gdyż czuje się gorszy od innych. Niestety życie nauczyło Dariusza, że im dalej w przyszłość, tym walka o uniknięcie takiej sytuacji stawała się coraz bardziej beznadziejna. Rywalizacja między młodzieżą nie wyglądała jak dawniej. Teraz już nie osiągi sportowe, czy w nauce były ważne. Liczyło się zupełnie co innego. Ciuchy, sprzęt grający, komputer. Nie to, co kiedyś. Dariusz znów sięgnął pamięcią do przeszłości. - „Do pioruna! – krzyczał za życia jego ojciec. – Nie proszę cię, żebyś przynosił mi piątki w dzienniczku, bo nie o to w życiu chodzi. Chcę tylko, żebyś starał się zrozumieć to, czego chcą cię nauczyć. Dzięki temu łatwiej ci będzie zrozumieć to, co ja próbuję ci wpoić. A najważniejsza jest miłość, synu. Ale nie mówię o tej miłości, która każe ci oglądać się za cycatymi koleżankami. O nie. Mówię o miłości własnej i twoich najbliższych; o miłości, która każe ci dbać o siebie po to, byś w przyszłości nie miał problemu z zadbaniem o innych. Ta miłość, to s a m o d y s c y p l i n a. Nie mogę ci przez całe życie przypominać, że masz myć zęby. Kiedyś, zobaczysz kogoś, kto miota się po dentystach lecząc swoje uciążliwe ubytki i zrozumiesz, że to ważna sprawa. Tak samo jest z życiem. Jeżeli dzisiaj pozwolisz sobie na zarośnięcie kurzem, to w przyszłości ciężko będzie ci się spod niego wydostać. Musisz pojąć, synu, że ty i twoja rodzina będziecie centrum wszechświata. I chociaż dokoła wszystko ległoby w gruzach, twoim zadaniem jest ją chronić i o nią dbać. A jak będziesz miał syna… Wspomnisz mu moje słowa. Słowa mojego ojca i jego ojca. W końcu ty chyba też masz zamiar być w przyszłości ojcem, prawda?” Perory tego typu należały u jego ojca do rzadkości. Gdy już jednak postanawiał coś powiedzieć, za nic w świecie nie można było mu przerywać. Nie zniósłby tego, gdyż uważał, że tkwi w nich mądrość jego dziadów i pradziadów. Uznawali oni teorię, tak zwanej, małej ojczyzny. Będąc obywatelem polski i mieszkając w Dąbrowie, nie powinna interesować cię Warszawa. Nie powinieneś ładować tam swojego czasu, pracy, czy pieniędzy. To już jest inny kraj. Twoją ojczyzną jest Dąbrowa i tylko ona. To tu mieszkasz i tu żyje twoja rodzina, a rodzina to świętość. Zawsze i wszędzie. Gdyby ktoś rzucił ojcu Dariusza powiedzenie, iż z rodziną dobrze się wychodzi tylko na zdjęciu, prawdopodobnie doprowadziłby go w ten sposób do szewskiej pasji.

Dariusz milczał wsłuchany w szemrające ściany pokoju syna. Mimo, iż odganiał od siebie wspomnienia z dzieciństwa, te naciskały go z siłą wielu ton. Miażdżyły go, ale również hartowały. Utwardzały jego charakter niczym wielki młot stal damasceńską. I właśnie to za złe miała mu jego rodzina. Jego żona. Klamka skrzypnęła i przekręciła się. Do pokoju weszła Weronika, żona Dariusza. Wzrok Dariusza powędrował wzdłuż jej sylwetki. Mimo swoich czterdziestu trzech lat, wciąż była atrakcyjna. Zachowała dobrą figurę. Używając tych różnych kremów sprawiła, iż jej skóra niemal wcale się nie zestarzała. Kurze łapki pod oczami były ledwie dostrzegalne, a farba do włosów świetnie dopasowana. Nadal była piękną szatynką o zielonych oczach. W jej ruchu zawsze widział lekkość. Czas, który tak nieubłaganie przyprawiał innych o garb, musiał się zachwycić jej osobowością i ominąć nie naruszając jej swoim piętnem. Była okazem spontanicznej piękności. Spontanicznej? Ostatnio już nie, ale to Dariusza nie martwiło. Gdyby było odwrotnie, wtedy na pewno by się zmartwił. Teraz musiała odreagować. Tyle, że jej odreagowanie przychodziło o wiele łatwiej niż jemu. Weronika podeszła spokojnym krokiem do męża i kucnęła przed jego nogami. Pod-niosła głowę i skrzyżowała z nim spojrzenia. Stal wyzierająca z jego szarych oczu wyraźnie ją zmartwiła. - Nie możesz, prawda? - Nie potrafię, Weroniko. Ból jest silny i wciąż we mnie rośnie, a ja nie potrafię go wyrzucić. Mogę się z nim jedynie zmagać. - Boże! Jak to możliwe, przecież straciłeś osobę tak bliską swojemu sercu. – Łza zakręciła się w oku Weroniki. – Straciliśmy osobę, która scementowała nasz związek; która sprawiła, że staliśmy się dla niej jednością. Jak to możliwe, że twoje oczy są tak suche niczym Sahara? Czy ty nic nie czujesz? - Przecież mówiłem ci… Dariusz zerwawszy kontakt wzrokowy, skupił spojrzenie na dywanie, którego wzór opiewał w uliczki małego miasteczka okraszone znakami drogowymi. Ten zwód wyprowadził Weronikę z równowagi. - Przestań! – krzyknęła wstając i odwracając się od niego. – Przestań – powtórzyła podchodząc do okna i bez zainteresowania wpatrując się w letni krajobraz domków jednorodzinnych. – Straciłeś jedynego syna. Twój syn umarł, a ty zachowujesz się, jakbyś usłyszał, że Jagiellonia przegrała mecz. Nie wierzę... nie wierzę, że nawet w takiej sytuacji pozostajesz taki dyplomatyczny i zimny. Nie zdziwiłabym się, gdybyś przesłał mi imienne kondolencje i podpisał się: Bliski przyjaciel rodziny. - To był mój syn! – Dariusz poderwał się na nogi, zaciekle wymachując rękami. – Jak możesz tak mówić?! Cierpię równie silnie jak ty, a może i bardziej! – Dreptał w kółko po małym pokoju. Przeszedł obok biurka, obok drzwi. Zatrzymał się i obejrzał na Weronikę, która wpatrywała się weń z nadzieją zobaczenia na jego twarzy choć jednej łzy. To go jeszcze bardziej rozwścieczyło. – Ty się przynajmniej wypłakałaś, wyrzuciłaś z siebie ból! – krzyknął łamiącym się głosem. – Nie wiem, na jak długo, ale na pewno ci trochę ulżyło! A ja...? Dariusz poczuł zalegającą w jego ciele bezsilność. Oparł się plecami o drzwi. Obsu-wając się, czuł ich karby i wcięcia ocierające się o łopatki. Dochodząc niemal do pozycji sie-dzącej, ukrył głowę w kolanach. - Widzisz – kontynuował cicho i spokojnie. Nie zmienił pozycji, przez co jego głos był przytłumiony niczym szum wiatru na spokojnym morzu. – Płacz jest darem. Jest niczym woda, którą myjesz codziennie twarz i ręce. Tyle, że on opłukuje twoją, zranioną duszę. Zroszona łzami twarz jest w stanie ochłonąć, odpocząć od emocji i napięcia. Wreszcie pozwoli ci się rozluźnić, przespać spokojnie noc i jako tako, poprawnie funkcjonować. Jeżeli uważasz, że jestem taki bezduszny, to pomyśl, co j a teraz czuję. Nie miałem przecież możliwości odpędzić od siebie demonów rozpaczy. One wciąż we mnie zalegają, niczym zgaga na gardle i wypalają mnie od środka. Są jak ogień połykający las. Nie zgasną, póki nie zwalczy ich strumień zimnej wody. A jeżeli tak się nie stanie, stopniowo wypalą całą panoramę bujnych drzew i wypędzą żyjące tam zwierzęta niczym wspomnienia wspaniałego życia. Gorycz jest jak zaraza, Weroniko. Nie targuje się. Nie prowadzi handlu wymiennego, ale w uzurpatorski sposób zajmuje wszystko, co uznaje za cenne. Wymazuje wspomnienia i tworzy pustkę. Ranę wypełnia solą. Nawet nie wiesz, że przeklinam się za słabość braku umiejętności poddawania się bólowi. – Podniósł głowę. Weronika wycierała łzy nadgarstkiem. – Rafał był moim sy-nem, Weroniko. Cierpię potwornie, że nie ma go wśród żywych. Cierpię, gdy widzę jak ty cierpisz. Przeklinam dzień, w którym wymyśliłem swoje trzy zasady. Nie sądziłem bowiem, że aż tak zawładną moją osobą. Kocham cię, Weroniko. Rafałka też kochałem. Bardziej, niż cokolwiek innego na świecie. Weronika zacisnęła zęby, aż poczuła ból mięśni szczękowych. Nigdy nie wątpiła w szczerość Dariusza. Wiedziała, iż jest wspaniałym człowiekiem. Dlatego za niego wyszła. Mimo, iż używał pięknych słów opisujących różne jego nastroje, to rozrzewnianie się na temat miłości nigdy mu nie wychodziło. Był na to zbyt twardy. Uświadczyć od niego słowo „kocham” należało do skrajnej rzadkości. I być może dlatego ostatnie zdanie wybrzmiewało w jej głowie niczym kiepsko zagrana aktorska kwestia. - Skoro tak bardzo go kochałeś, to dlaczego nigdy mu tego nie powiedziałeś? Cisza zaległa w pomieszczeniu. Szczelne okna nie wpuszczały do wewnątrz dźwięków z osiedla. W pewnym momencie Weronika nie wytrzymała napięcia. Odwróciła się do okna i podparłszy się wyprostowanymi rękoma o parapet, wybuchła głośnym płaczem. Dariusz poderwał się. Przesadził cztery, dzielące ich metry i równie nagle zatrzymał się. Nie bardzo wiedział, jak się zachować. Jego drżąca ręka uniosła się, a dłoń ostrożnie, niczym papierowy statek, popłynęła w kierunku ramienia żony. Dariusz obserwował swoją dłoń, jakby nie należała do niego. Czuł się, jakby był w transie. Już tylko centymetr dzielił koniuszki jego palców od szwu łączącego na wysokości drżącego ramienia dwie połowy sza-rego swetra. Nagle Weronika odwróciła się impulsywnie sprawiając natychmiastowe cofnięcie się ręki. Jej rozmazany makijaż podkreślał tylko determinację niemal płonących oczu. - Nie można zmienić się z dnia na dzień! To, co powiedziałeś, było takie denne. Ta-kie mdłe. Kochasz? Ty?! Od kiedy mówisz o miłości? Może, gdybyś używał takich słów za życia Rafała, nie chciałby naśladować ciebie i twoich zasad!! Bezpardonowo odepchnęła męża i wybiegła z pokoju nie zamykając drzwi. Dariusz poczuł, jak miękną mu nogi. Czyżby miała rację? To pytanie tłukło się w każdej komórce jego spiętego ciała. Czy jego syn nie żyje z powodu naśladownictwa ojcowskich zasad? Niemożliwe! Dariusz nie mógł mieć wpływu na to, co się stało. Nie chciał tłumaczyć się przeznaczeniem, bo uważał to za próżność. Wychodził jednak z założenia, że każdy człowiek na tym świecie miał jakiś cel, z którego inni mogliby wyciągać wnioski. Taka, zbiorowa odpowiedzialność. Nie chciał jed-nak dopuścić do siebie myśli, że celem Rafałka była przedwczesna śmierć, która miałaby doświadczyć jego ojca. To szaleństwo! Czy tak wygląda narastająca depresja? Tok jego myśli przerwało echo rozbijającego się w kuchni naczynia. - Szlag! – usłyszał bezsilny krzyk Weroniki. – Szlag! Szlag! Szlag! – Przez ostatnie słowo przeplatała się już nić płaczu. Dariusz z apatycznym spokojem słuchał ledwie przebijającego się przez korytarz łkania. Przez dłuższy czas na nie nie reagował. Z czasem zaczęło mu ono świdrować umysł niczym wiertarka udarowa ustawiona na najwyższe obroty. Postanowił coś z tym zrobić. Podszedł do drzwi pokoju i zamknął je. Potem usiadł na łóżku i z powrotem zanurzył się w myślach. * * * Około szóstej rano Dariusz otworzył oczy. Przetarł je i odczytał godzinę z budzika. Wyłączył go. Pięć minut snu na nic się nie zda, a tylko go rozdrażni. Wysunął nogi spod kołdry siadając na skraju łóżka. Rozprostował ręce i ziewnął. Niezbyt mu to pomogło, gdyż nie spał długo tej nocy. Jedna myśl nie dawała mu spokoju. Oskarżenie Weroniki. Odwrócił się. Spała w najlepsze. Najpierw oskarża go o śmierć syna, a teraz wtulona w poduszkę i przykryta po szyję kołdrą, najzwyczajniej w świecie kima. W jednej chwili Dariusz poczuł do niej odrazę. Żałował, że nie jest jednym z tych potworów, którzy potrafiliby pokazać jej, kto tu jest górą. Odreagować swój ból agresją i stłuc ją do żywego… Przejechał dłonią po swojej skrzywionej grymasem twarzy. Jak mógł pomyśleć o czymś takim? Przecież kochał ją tak mocno. Nie pozwoliłby nikomu jej skrzywdzić. Niko-mu! Nawet sobie. - „Rodzina to świętość – mawiał jego ojciec. – Jeżeli ktoś podniesie rękę na twojego bliskiego, złam mu ją, nawet, jeżeli to będzie twoja własna ręka.” Symboliczne brzmienie tej przestrogi tak mocno zapadło mu w pamięć, iż wiedział, że sama myśl o skrzywdzeniu żony będzie ciągnąć się za nim latami. Weronika. Wiedział, że spała spokojnie poniekąd dzięki niemu. Wypłakała się i śpi. Wygłaszana przez niego teoria pokryła się z prawdą. Na szczęście Dariusz nie należał do osób, którzy to z szerokim uśmiechem na twarzy wykrzykiwali: „A nie mówiłem?” Nie po-trafił się tak zachowywać. Nie potrafił krzywdzić swoich bliskich. Nawet słowami. Starał się być mężem i ojcem, o którym można było mówić, że jest dla swojej rodziny przykładem do-brego człowieka. Niestety, nigdy nie będzie już taką osobą. Wsunął stopy w puchowe kapcie, po czym odrzucił je, jakby były zbędnym luksusem. Czuł, że musi pokutować; że został ukarany za swoje przewinienia i nie spłacił jeszcze długu. Kto wie, jak długo będą jeszcze narastać do niego odsetki? Być może już na zawsze będzie nim naznaczony. Dariusz wstał i stawiając jak najlżej kroki, udał się do łazienki. Postawiwszy nogi na zimnej terakocie, poczuł dreszcz chłodu przeszywający jego ciało. Spojrzał w lustro stwierdzając, że wygląda koszmarnie. Wiele miało to wspólnego z jego samopoczuciem. Czuł się tak fatalnie, że nawet chluśnięcie zimną wodą w twarz nie wyprowadziło go z ociężałości. W jego oczy zaglądała starość i frustracja niczym zaćma niszcząca optymizm, którego i tak miał niewiele. We włosach dojrzał przeplatające się białe nitki. Niemal czuł trące o siebie w stawach kości. Sięgnął po krem do golenia, po czym rozsmarował go sobie po twarzy, a jego naddatek zmył z rąk bieżącą wodą. Sięgnął po jednorazową maszynkę do golenia. Najzwyklejszy Dic. Opłukał ją i przeciągnął nią po skórze twarzy wzdłuż prawego ucha, aż po załamanie szczęki. Wykonywane machinalnie ruchy wprowadzały go w dziwny trans. Przestał myśleć o goleniu twarzy i pozwolił, żeby jego myśli powędrowały swoim własnym torem.

Oczy. Jego oczy nabrały barwy głębokiej zieleni. Źrenice zwężały się, by osiągnąć kształt pionowej kreski. Nabrały dzikiej chytrości. Instynktowna mądrość wyzierała z nich, niczym turkusowy ogień spalanego fosforu. Nieujarzmiony i prosty obiektywizm. Żaden człowiek nie jest w stanie stać się kimś o tak zawężonym zakresie pojmowania. I być może właśnie dlatego to spojrzenie potrafiło zmrozić krew i rzucić na kolana najodważniejsze na-wet serce. Kim jesteś? Lis przechylił głowę, jakby dziwiąc się, że ktoś może spodziewać się od niego rzeczy, która nie należała do jego natury. Lisy nie mówią! Bębniące w jego długich, rudych zakoń-czonych biały szpicem uszach pytanie wprawiało go w rozdrażnienie. Jak ktoś śmiał go niepokoić? To wróg, czy przyjaciel, a może ofiara? Spod owłosionych warg wąsatego pyska wydobyły się białe, ostre kły. Równocześnie rozbrzmiało nieufne warczenie. Narastało z se-kundy na sekundę. Chwileczkę, on przecież nie warczał!

- Sss... – jęknął Dariusz czując jak ostrze maszynki zagłębia się w skórę. W chwilę potem zobaczył nabrzmiewającą pod zadrą krew. Spłukał krew z maszynki i zgolony przez nią zarost i pospiesznie ogolił się do końca, skupiając się wyłącznie na tym zajęciu. Przekli-nał w duszy chwilę słabości, na którą sobie pozwolił. Co to za pomysł, żeby przy goleniu przypominać sobie o dziecięcych przeżyciach? Dariusz odkaził skórę sprezentowaną mu przez żonę wodą kolońską Calvin Klein i przyłożył kawałek papieru toaletowego do skaleczonego miejsca. Wrócił do sypialni, gdzie z pomocą budzika stwierdził, iż spędził w łazience ponad dwadzieścia minut. Zauważył również, że Weroniki nie było już w łóżku. Czyżby, mimo wszystko, była wierna tradycji i przygotowywała mu w kuchni kanapki? Miał szczerą nadzieję, że tak, choć nie miał pewności, że będzie miał w pracy apetyt na cokolwiek do jedzenia. Otworzył szafę i ubrał się w szary, trzyczęściowy garnitur. Chwycił swój neseser, wszedł do sieni i założył swoje brązowe pantofelki. Wyciągnął chusteczkę z kieszeni marynarki. Splunął na nią i przetarł nią buty jeden po drugim. - Już lśnią? Możesz się przejrzeć? – Weronika miała złośliwość wypisaną na twa-rzy. Ubrana w piżamę i puchate kapcie, stała w drzwiach kuchni w końcu korytarza. Jej wło-sy, głaszczące zwykle ramiona swoimi końcówkami, zostały teraz uwiązane w bezładny kok. Cóż, kobieta najwyraźniej nie chciała robić „powalającego” wrażenia. – Koniec końców nie przeczyścisz swoich bucików łzami. Oto twoja maska, Darku: Świetnie skrojony garnitur, lśniące buty i nienaganna fryzura. Tylko ten papierek na podbródku nie pasuje. - Zaciąłem się – szepnął, delikatnie przejeżdżając palcem po tym miejscu. – Dzięku-ję, Weroniko. Kobieta postawiła kilka sztywnych kroków w kierunku męża, po czym podała mu brązowe, metalowe pudełko, w które zwykła mu chować kanapki. Nie odezwała się. Nie miała mu nic do powiedzenia. Już nie. - Do widzenia – westchnął. – Mam nadzieję, że pogaworzymy jak wrócę. - Co zrobimy? – Brwi Weroniki zakrzywiły się do dołu, a usta zadrżały w grymasie niesmaku. - Porozmawiamy. - Nie, Darku. Powiedziałeś: „Pogaworzymy”. Tak mawiał Rafał. Czemu to powiedziałeś? - Nie powiedziałem. Nie wmawiaj mi, bo wiem, co mówiłem. Z resztą, jeżeli teraz nie wyjadę, spóźnię się do pracy. - Jedź – rzuciła sucho. – Przestań mi mówić o punktualności. Masz nienormowany czas pracy. Uciekaj. Podwiń ogon, Rudy Lisie i zmykaj. Dariusz zacisnął zęby. Ostatnią rzeczą, na którą miał ochotę, to wszczynanie z samego rana kłótni. Wrzucił pudełko do neseseru, otworzył drzwi i wyszedł. Weronika w tym czasie wróciła do kuchni i podeszła do okna. Obserwowała przez firankę, jak Dariusz otwiera bramę, po czym wsiada do swojego forda scorpio. Już w chwilę potem odzywa się warkot silni-ka, równy, doskonały. Ford opuszcza ogródek i rusza wzdłuż sennej jeszcze uliczki osiedlowej. Nie zamknął, pomyślała Weronika. Zamknięcie bramy, tradycyjnie należało do obo-wiązków żony; żony kierownika zakładu stolarskiego.

* * * Pracownik ochrony podniósł szlaban widząc szary metalik kierownika. Ukłonił się przełożonemu, czym zasłużył sobie na ledwie dostrzegalne kiwnięcie głową. Obserwował, jak Dariusz parkuje samochód w zarezerwowanym tylko dla niego miejscu na parkingu zapełnionym pojazdami pracowników. Potem powoli opuszcza wóz i zamyka drzwi kluczykiem, po czym udaje się do oddzielonej specjalnie na biura, części szarego budynku. Dokładnie dziesięć minut po godzinie siódmej, Dariusz wytarł buty na wycieraczce i wszedł do biura. Jego sekretarki, oczywiście jeszcze nie było. Normalne. Przeszedł więc przez przedsionek i wszedł do swojego gabinetu. Usiadł przy biurku i położył neseser na brą-zowym blacie. Jego biuro zawsze było idealne, wręcz sterylne, niczym laboratorium rządowe opracowujące chemię dla militariów. I tak właśnie chciał się tu czuć. Był generałem PZS Dębina, idealnie czystego i dbającego o bhp państwowego zakładu stolarskiego. Sprzątaczka przychodziła zwykle o szóstej. Odkurzała i ścierała kurze. Koniecznie w tej kolejności. Dzięki temu nie musiał siedzieć w swądzie wyziewów tej, elektryczne bomby ekologicznej. Podgrzany kurz, wydostający się z niego, jak najgorsza trucizna psuł spokój. Nie wierzył w żadne filtry. Jako technik wiedział, że im lepszy filtr, tym niebezpieczniejsze dla jego płuc było to, co potrafiło go pokonać. Im drobniejsze cząsteczki brudu, tym dalszych głębi płuc potrafiły sięgnąć. Ten kurz. Kurz. Czuł go wszędzie. Nawet nie mógł się rozluźnić. Ten cholerny pył b y ł wszędzie. Jego paprochy, niczym sól uderzały mu do oczu. Dobrze! Może w końcu poczujesz łzę przez nie uronioną. Szlag! Cholerna sprzątaczka zapomniała wywietrzyć jego lokum! Dariusz poderwał się. Miał apetyt na zniszczenie… Chwileczkę. Apetyt na zniszczenie? Jego syn słuchał takiego zespołu. Chyba. Kiedyś, po namowach Weroniki postanowił zaprzyjaźnić się z Rafałem. Nie, żeby nie miał z nim kontaktu. Jednak Weronika uważała, że był zbyt oschły w ich wzajemnych stosunkach. Dariusz, ku własnemu zaskoczeniu, ruszył do jego pokoju – gdy syn był w szkole – by w nim pomyszkować. Chciał się jak najwięcej dowiedzieć – o własnym synu. Pierwszą ofiarą w tym przybytku chaosu, padła półka z książkami. Niestety, niewiele było tam tytułów. Kilka książek na krzyż poruszały przeważnie tematykę filmów młodzieżowych. Stwierdził tam obecność między innymi Batmana, Robocopa, Parku Jurajskiego – nie naruszonego, prawdopodobnie dlatego, gdyż był zbyt opasłym tomiskiem. Reszta wypełniona była komiksami o super bohaterach. Co, jak co, ale Dariusz nie miał zamiaru marnować czasu na takie głupoty. Być może kiedyś przeczyta te tomisko o klonowaniu dinozaurów, ale reszta wcale do niego nie przemawiała. Zniechęcony postawił krok w kierunku płytoteki syna. Wypełniona kompaktami wnęka, również nie zachęcała oryginalnymi nazwiskami. Cóż, zwyczajnie nie było tam nazwisk. Luki te wypełniały nazwy zespołów. Machine Heads, Over kill, Metallica, Testament, Nekrolog… Dość! Co to za szrot? Jak można słuchać czegoś, co się tak nazywa? Jeżeli ktoś uważa, że ma mechaniczną głowę, to, co taki może mieć do zaoferowania w swoich tekstach? Przecież nie miłość. Młodzież była naprawdę przerażająca. Dariusz pamiętał, jak jego ojciec kazał mu wyłączać Animals’ów, Garfunkela, czy Presley’a, nazywając to, dziką i gównianą muzyką. Być może nie potrafił tego zaakceptować. Ale to? Mała przesada. Chociaż. Co to takiego? Guns n’ Roses. To brzmi romantycznie. Ciekawe, jaka to muzyka? Dariusz wyciągnął płytę i już w chwili, gdy jego oczy dojrzały okładkę, zaczął tego żałować. Przedstawiała krzyż, na którym umieszczono pięć czaszek; jedną w środku i cztery na jego skrajach. Potworność. Co się stało z miłością? Czy dzisiaj można sprzedawać tylko śmierć? Ten tytuł: Appetite for destruction. Odłożył płytę i wyszedł z pokoju. Od tego czasu, mierzył syna uważnym okiem, czy ten przypadkiem nie stosuje żadnych środków odurzających. Na szczęście, nie robił tego. Dariusz powrócił do teraźniejszości. Z chaosu do sterylnego porządku. Powrócił do niego zapach kurzu. Zaklął pod nosem i podszedłszy do okna otworzył je szeroko. Wracając do biurka włączył radio. Jego ulubiona stacja „Dla starych pryków” nadawała jak zwykle świetną muzykę. Boogie Street Cohena wypełniło ściany pomieszczenia nastrojowym dżezem. Co prawda, piosenka ta została dotknięta znakiem czasów, ale wciąż była piękna i wychwalała miłość. Dariusz rozmarzył się. On również pragnął wrócić do świata boogie; był szczerszy. Być może był pełen wad, ale cenił piękno i nie gnał jak obecny. Ludzie naprawdę kochali się. Nie mijali się obojętnie na ulicy. Witali się, zatrzymywali, rozmawiali. A dzisiaj? Skończyło się. Wszyscy mają swoje sprawy. Często się zdarza, że nie znamy z imienia nawet sąsiadów zza ściany. Co się z tym światem porobiło? Co się stało z życiem, wolnością i kwiatami we włosach? Za oknem zawył silnik nadjeżdżającego samochodu. No, pani Lidia nie spieszyła się zbytnio do pracy. Gdy pierwszy raz się spóźniła, nie chciał jej robić awantury i nic nie po-wiedział. Ta, trzydziestoletnia brunetka nawet nie mrugnęła okiem, gdy poprosił ją o spóźnioną kawę. Starczyło, że raz jej odpuścił i okazało się, że rozbestwiła się na całego. Jej mąż przywoził ją nie wcześniej niż wpół do ósmej, a ona nie poczuwała się nawet do zdawkowe-go: przepraszam. Dariusz zacisnął wściekle zęby. Dziś był odpowiedni czas, żeby przywołać ją do porządku. Gdy usłyszał oddalający się warkot silnika i otwierające się w przedsionku drzwi, wyszedł ze swojego lokum naprzeciw swojej sekretarce. Lidia zatrzymała się w drzwiach widząc stojącego w jej przedsionku, zachmurzonego szefa. - Dzień dobry, panie kierowniku. – Próbowała ratować się wymuszonym, szerokim uśmiechem. Wiedziała, że robi w ten sposób wrażenie na większości mężczyzn. Tym razem to nie zadziałało, co oznaczało, że ten stary piernik miał wczoraj zły dzień i będzie chciał go na niej odreagować. Najlepszą reakcją na jego humory było grzeczne wysłuchiwanie oskarżeń i przytakiwanie im. Wtedy staruszek odpuszczał widząc, że druga strona nie podejmuje walki. Tak, więc zaczęła od uśmiechu i przywitania się. Teraz, jakby nigdy nic, podszedłszy do swojego stanowiska pracy, położyła na biurku swoją stalowo szarą, skórzaną torebkę. Dariusz przyglądał się temu spokojnie. Gdy Lidia usiadła na krześle, zapytał najspokojniej jak tylko potrafił: - Czy nie ma mi pani nic do powiedzenia? Lidia zastanowiła się, wystrzeliła uśmiechem numer trzy i zajrzała do szuflady. Wy-ciągnęła z niej skoroszyt, a z niego kilka kartek A4 połączonych spinaczem biurowym. Przejrzała je pospiesznie. - Dostaliśmy wczoraj nowe zamówienie na meble do biura Stara. Nie przekazałam panu, bo wyjechał pan wcześniej. Trzeba będzie tam wysłać na pomiary dwóch… - „Wcześniej”, tak?! – warknął Dariusz. Oto jej taktyka. Wiedziała, co ją czeka, więc zamiast się bronić, zaatakowała. Klasnął trzy razy, imitując brawa, co wprawiło ją w zakłopotanie. – W odróżnieniu od pani, mam nienormowany czas pracy, pani Lidio. Mogę opuszczać posterunek, kiedy uznam to za konieczne. Jednakże, równie często muszę zosta-wać po godzinach, co, jednak nie powinno pani interesować. - Nie chciałam… - Wiem, co pani c h c i a ł a , pani Lidio. Pracuje tu pani już szesnaście miesięcy. Spisuje się pani średnio i zamiast sumiennie wykonywać swoje obowiązki, wlepia swoje piękne oczka w zegar, odliczając czas do końca dnia. Znałem kiedyś takich kilku murarzy, którzy niczym nie różnili się od pani. Raz przygotowali całą taczkę zaprawy by postawić mur. Troszkę się zdziwili, że zastała ich trzecia, jeszcze zanim zdążyli wziąć się do pracy. Jednak zaaferowani tym faktem, porzucili taczkę zaprawy i poszli do domu. Na drugi dzień, musieli wykuwać beton z taczki, na co stracili cały dzień, niszcząc przy tym taczkę. - Panie kierowniku… - Czy ja powiedziałem, że skończyłem? Lidia wyprostowała się nerwowo. - Nie, panie kierowniku. - Cieszę się, że oboje to rozumiemy. Podsumowując tę p r z y p o w i e ś ć , wniosek, który powinna pani z niej wyciągnąć jest następujący: Skończyły się czasy leżenia i dostawania za to pieniędzy. Teraz liczy się efektywność, a ja mam powyżej uszu czekania na pani przyjazd. Od dzisiaj-włącznie, za każde spóźnienie będę pani odliczał z premii pięć procent. Gdy skończy się pani premia, dostanie pani upomnienie, a jeżeli to nie będzie skutkowało, skończy się na naganie. Nie muszę chyba pani przypominać, że tylko w firmach państwowych otrzymuje się, tak zwane, trzynaste pobory. Jednakże wyklucza się je w przypadku otrzymania przez pracownika nagany. Czy zrozumiała pani, to, co powiedziałem, czy mam powtórzyć? Lidia zacisnęła zęby. Nie w głowie jej było granie niewiniątka. Otrzymała jawne ostrzeżenie. Przymknęła oczy, po czym przegryzła to w sobie. - Zrozumiałam, panie kierowniku. - Cieszę się – powiedział pewnym głosem. – Teraz pójdę na warsztat, a pani przy-gotuje mi w tym czasie kawę z dwóch łyżeczek i doda pani pięćdziesiąt mililitrów mleczka. – Sekretarka dygnęła, ale jej szef kontynuował tyradę. – Zajmie mi to około dwudziestu minut, więc proszę się nie spieszyć. Mam ochotę na gorącą używkę. Czując pustkę i ani krzty zadowolenia, Dariusz wyszedł z biurowej części budynku, delikatnie zamykając za sobą drzwi. - Skurwiel – syknęła pod nosem Lidia. – Myśli, że skoro umarł mu dzieciak, to mu wszystko wolno.

- Tak, panie kierowniku. Stasiak obchodzi z rana obiekt. Nowak, ja i Przebytek już się wzięliśmy do roboty. Zostały nam trzy stoły dla hotelu, cztery fotele i jedna szafa. W su-mie, zajmie to tydzień, jeżeli weźmiemy się w garść. Wie pan, jak to jest. Są wakacje, dzieciaki nam szaleją, i jeszcze każdy chciałby mieć swoje dwa tygodnie urlopu podczas najlep-szej pogody. - Pan jest tu brygadzistą, Biczykowski. – Nigdy wcześniej Dariusz nie był tak dy-plomatyczny jak teraz, podczas rozmowy ze swoim podwładnym. Niewysoki, czterdziestoletni szatyn, był już zahartowany w bojach z jego osobą. – Jest pan mężem zaufania i przewodniczącym związków. Musi pan wiedzieć, że mamy terminy i doszło jeszcze ze-wnętrzne zamówienie – potwierdzenie ze Stara. Wątpię, żeby znalazł się czas na jakiekolwiek urlopy. Wszyscy będą trzymali się ustalonych terminów. - Ale... - Nie przyjmuję żadnych „ale”, Biczykowski. Jest praca i trzeba ją wykonać na czas. Urlopy ruszą we wrześniu. Nic się nie da zrobić. Kierownik rozejrzał się ostentacyjnie po warsztacie. Nowak i Przybytek zajmowali się właśnie fornirowaniem krawędzi płyt brązową okleiną. Do przyklejania taśm wystarczało im gorące żelazko; nie to, co kiedyś, gdy całe pomieszczenie śmierdziało butaprenem. Wzrok szefa ześlizgnął się po ścianach i począł sunąć po betonowej podłodze. Wreszcie sięgnął nóg brygadzisty i powędrował w górę jego sylwetki. Dariusz przyjął zmęczoną minę, lustrując spode łba skonsternowanego brygadzistę. - Wiem, że jeszcze nie uruchamialiście dzisiaj piły, a jednak po podłodze walają się wióry. Jak to możliwe? - Byłem pewny, że Stasiak… - Zostaw pan chłopaka w spokoju! – Brwi Dariusza zakrzywiły się w ostre „V”. Miał ochotę wybuchnąć. Ostatkiem sił powstrzymał się. – Stasiak – dla pana wiadomości – tak, jak pan, przychodzi do pracy na siódmą, a wychodzi – również jak pan – o godzinie piętnastej. Niech mi pan w takim razie wytłumaczy, jakim cudem nie przypilnował pan, żeby ów młodzieniec nie zamiótł warsztatu. Biczykowski zrozumiał, jaką gafę popełnił. Od kiedy umarł syn „starego”, jego humo-ry nie miały końca. Co gorsze, zaczął wsłuchiwać się w jego tłumaczenia, zamiast – jak robił to wcześniej – odrzucać je machnięciem ręki. Zwalanie wszystkiego na młodego zawsze się sprawdzało. No, ale kiedyś musiało się to skończyć. Oczy starego płonęły, jakby chciały kogoś zabić po ówczesnych, wielogodzinnych torturach. Biczykowski był brygadzistą, od kiedy zwolnili poprzedniego. Tamten wyleciał z wielkim hukiem, bo zawsze z roboty wychodził nawalony jak autobus. Kierownik miał nie lada problem, żeby się go pozbyć, gdyż dyrekcja wstawiała się za nim z dziwnym uporem. Jednak po czwartej wpadce, kierownik postawił wreszcie na swoim. Wtedy, Biczykowski stał się ulubieńcem szefa. To właśnie on przyjmował poranny ochrzan i on musiał kombinować tłumaczenia. Z czasem zaczęło brakować mu pomysłów. Teksty w stylu, „Nie było mnie do-słownie pięć minut”, przestały działać. Potem zaczęły się kombinacje. „No, myślę, że około dwudziestu minut. W sklepie była kolejka”, „Jedno piwko, kierowniku. Mam kłopoty z trawieniem”. I wreszcie zauważył, że przekombinował. Wtedy w jego główce zaświtała genial-na myśl. Po co się bronić? Przecież nie po to stary truje mu z rana dupę. Chce się wyżyć i najpewniej ma przygotowaną taktykę forsującą każdą linię obrony. W takim razie raz jeszcze: Po co się bronić? Należy pokornie spuścić głowę i przytakiwać. Och! Sześć lat pracy minęło, żeby musiał dojść do tych, jakże prostych i oczywistych wniosków. - Ma pan rację, kierowniku – stwierdził z miną poddańca. – To moja wina. Nie upilnowałem go, mimo, iż powinienem. - Pan też jest pracownikiem, Biczykowski. Jak wszyscy tutaj; z tą różnicą, iż ma pan jeszcze nad nimi zwierzchność. Nie jest pan kierownikiem, więc, gdy zachodzi taka konieczność, też powinien ruszyć pan swoje cztery litery i chwycić miotłę. Chyba, że zapomniał pan, do czego ona służy? Może mam panu przypomnieć? - Nie, panie kierowniku. - A jednak zrobię to. – Naładowany gniewem, Dariusz ruszył ku rogowi warsztatu, gdzie za strugarką stały przedmioty przeznaczone do utrzymywania warsztatu w higienicznym ładzie. Chwycił jeden z nich i skierował na brygadzistę. Zaaferowani tym, ale przezornie milczący Nowak i Przybytek, obserwowali, co z tego wyjdzie. – To jest miotła – wskazał z furią na przedmiot, który trzymał w ręku. – Każdy z was, a nie tylko Stasiak, powinien znać jej przeznaczenie. M i o t ł a – Pastwił się nad unikającym jego wzroku brygadzistą. – służy do zakłamania. Tak? Nagle wzrok Biczykowskiego podniósł się i zdławił furię kierownika swoim zdziwieniem. Przez nanosekundę nawet pojawił się na jego ustach uśmiech, który znikł równie szybko, jak się pojawił. - Chciał pan kierownik powiedzieć: do zamiatania. - Oczywiście! Miotła służy do zamiatania. – Dokładnie w tej chwili zdał sobie

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%