przygoda · 44 min czytania
List, który odmienił moje życie...
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
Dość dawno temu napisałam pewien list... Nie zdawałam sobie wtedy sprawy z tego, że kartka papieru może aż tak bardzo zmienić życie. Jednak może zacznę od tego, że się przedstawię... Mam na imię Paulina. Niedawno obchodziłam osiemnaste urodziny, jednak nie były one huczne. Właściwie, można by posunąć się do okrzyknięcia ich mianem najgorszej osiemnastki w dziejach Ziemi. I pomyśleć, że to wszystko przez ten jeden list... Ale może zacznę od początku? Gdy byłam dzieckiem, byłam bardzo szczęśliwa. Jednak żadne szczęście nie może trwać wiecznie. Tak też było w moim przypadku. Miałam sześć lat, gdy zawalił się mój świat. Wtedy właśnie zdiagnozowano w moim mózgu guza. Już wtedy był niewiarygodnie duży. Mniej więcej wielkości śliwki węgierki. Lekarze nie mieli żadnych wątpliwości - trzeba było jak najszybciej operować. Przetransportowano mnie do Warszawy, a tam do najlepszego szpitala dziecięcego, który wtedy istniał - Centrum Zdrowia Dziecka. Tam dopiero zaczęła się walka o moje życie. 23 stycznia 2001 roku, około ósmej rano, zabrano mnie na salę operacyjną. Zabieg trwał kilkanaście godzin. Jednak później nieprzytomna byłam jeszcze przez ponad dwie doby. Cała moja rodzina żyła w ciągłym napięciu. Moja babcia nawet rzuciła palenie dzięki temu zamieszaniu. Gdy się w końcu obudziłam, lekarze stwierdzili najpierw paraliż, a po tygodniu rehabilitacji ustąpił on miejsca niedowładowi połowiczemu. Jednak nie to było najgorsze… Tak naprawdę najgorsze były bezpośrednie „skutki uboczne” zabiegu. Średnio co 3 dni mój lekarz pobierał z mojej małej, łysej, obolałej jeszcze główki krew, która się zbierała pod skórą. Jednak zanim nastąpił ten moment, bardzo zżyłam się z tym lekarzem. I to był właśnie mój błąd! – jak stwierdziłam po latach.
Z oddziału neurochirurgicznego, na którym miałam przeprowadzany zabieg, wypisano mnie po miesiącu. Kiedy już byli pewni, że nic się nie zbiera pod skórą głowy. Wtedy byłam bardzo szczęśliwa, gdyż myślałam, że wychodzę do domu. Jednak byłam w błędzie - moja matula dostała skierowanie na oddział rehabilitacji neurologicznej. I tam spędziłam kolejny miesiąc swojego dzieciństwa. Na rehabilitacji zawarłam wielką przyjaźń. Moim najlepszym przyjacielem okazał się właśnie jeden z fizjoterapeutów – pan Piotr, który prowadził ćwiczenia manualne. Uwielbiałam z nim ćwiczyć. Jak nikt inny miał podejście do dzieci. Był starszym człowiekiem z siwiutką czupryną i srebrną brodą. Na moje oko miał chyba 100 lat.
Gdy już wyjechałam z Centrum, miałam ogromną nadzieję, że nie wrócę tam już nigdy. Jednak jeździłam tam co roku jeszcze przez osiem lat. Jednak tylko raz spotkałam tam lekarza, który był moim prowadzącym. Niestety, nie miałam okazji zamienić z nim nawet słowa. Szczerze mówiąc, nawet nie chciałam z nim rozmawiać. Jeszcze nie wtedy. Gdy zrobiono mi kolejne, kontrolne badania, wyszło w nich, że guzy narastają, jednak lekarze w Centrum nic nie mogli z nimi zrobić. Wtedy odesłali mnie z kwitkiem i diagnozą: „mnogie naczyniaki nieoperacyjne”. I pożegnali się ze mną jako pacjentką. Jednak nie mogłam tak tego zostawić. Półtora roku później miałam bardzo rozległy napad epileptyczny. Moja mama znalazła lekarza, który specjalizuje się w usuwaniu guzów, które inni lekarze nazywają nieoperacyjnymi. Tylko Profesor usuwał wtedy takie guzy. Pojechałam więc do jego szpitala, a tam była bardzo szybka decyzja. 8 września przyjęto mnie na oddział, a dziewiątego, o ósmej rano leżałam na stole operacyjnym. Ze szpitala wyszłam wtedy po tygodniu. Bardzo się cieszyłam, jednak cały czas miałam ogromny żal do lekarza, który przeprowadzał mi zabieg przed ponad dziesięcioma laty.
Na kilka dni przed jedenastą rocznicą pierwszego zabiegu przyjechał do mnie mój chłopak – Piotrek. Z resztą fajny zbieg okoliczności, że otaczają mnie mężczyźni o tym imieniu – najpierw rehabilitant, teraz Piotruś. To właśnie on przekonał mnie do napisania tego listu. Jednak wysłałam go dopiero po kilku dniach. Chyba z tysiąc razy uprzednio go czytając. Nie spodziewałam się żadnej odpowiedzi. Tym bardziej – tak szybkiej. Dostałam ją już tydzień później (na maila, gdyż na kopercie napisałam wyłącznie ten adres). Wydaje mi się, że gdy tylko lekarz dostał mój list. Akurat byłam z Piotrkiem w górach – jego rodzinnych stronach. Wyjechaliśmy tam na pierwszy tydzień ferii. Tak robiliśmy od lat. Oczywiście ja codziennie (nawet pi kilka razy dziennie) sprawdzałam swoją pocztę, jakby w oczekiwaniu na list od tajemniczego kochanka. Piotrek wraz ze swoim bratem – Robertem, śmiali się ze mnie, że nawet mój własny chłopak nie miał nigdy takiego zainteresowania z mojej strony. Poniekąd mieli rację. Aż w końcu się doczekałam! W niedzielę, z samego rana nadszedł upragniony list. Oto jego treść:
Droga Paulinko, Nie chciałem, abyś moje słowa odbierała jako kłamstwo. Przepraszam Cię, ale to był moja praca. Dzisiaj są już inne, lepsze technologie. Inna jest też neurochirurgia. Dziś nie ma już żadnego bólu około zabiegowego, a nawet jeśli się pojawia, to tylko sporadycznie; teraz już potrafimy go zlokalizować i usunąć. Nigdy nie chciałem być dla Ciebie wyłącznie lekarzem. Zawsze pragnąłem być Twoim dobrym wujkiem. Wiem, że nigdy nie zapomnisz mi tego, jak bardzo Cię skrzywdziłem. Zdaję sobie sprawę z tego, że myślisz, że to przeze mnie jesteś niepełnosprawna. Masz do tego pełne prawo. Mogę mieć tylko nadzieję, że kiedyś mi to wybaczysz. Paulinko, wcale nie straszyłem Twojej mamy. Musiałem powiedzieć jej o wszystkich możliwych skutkach tak obszernego zabiegu. Tak nakazywała mi etyka lekarska. Ponad dwadzieścia lat temu składałem przysięgę. Przysięgałem, że każde życie będę starał się uratować ze wszystkich sił. W Twoim przypadku życie uratowałem, jednak pozostał ślad na Twoim małym ciałku. Teraz jesteś już na pewno piękną i mądrą, a ponad to bardzo doświadczoną przez życie kobietą. Mam wielką nadzieję, że kiedyś mi jednak to wybaczysz, a przynajmniej spojrzysz na to z dystansem. Tego Ci życzę. Mam również nadzieję, że kiedyś jeszcze będzie nam dane się spotkać; bo nie ukrywam, że bardzo mnie wtedy urzekłaś. Mam do Ciebie jeszcze jedną prośbę: nie pisz do mnie per „panie doktorze”. O ile mi wiadomo, nie jesteś już naszą pacjentką. Będzie mi bardzo miło, jeśli będziesz zwracała się do mnie per „wujku”. Z góry dziękuję. Mam również nadzieję, że kiedyś jeszcze odwiedzisz nasz szpital i wstąpisz do mnie na kawkę. Byłoby mi bardzo miło Cię gościć. Najszczersze pozdrowienia, Krzysiek
Gdy byłam pewna, że to ten list, od razu jak oparzona zawołałam Piotrka. On przestraszył się i przybiegł do mnie jak najszybciej. - Co się stało? – zapytał przerażony. - Napisał do mnie… - powiedziałam szeptem i wtuliłam się w niego. Łkałam. - Kochanie, sama tego chciałaś! – upomniał mnie. - No, chciałam – przyznałam. – ale nie tak szybko. - I tak źle, i tak nie dobrze! – podsumował mój ukochany. - Mógłbyś chociaż raz stanąć w mojej obronie! – powiedziałam zirytowana. - Wiesz, że cię kocham! – powiedział i pocałował mnie w czubek głowy. Wydrukowałam list i dałam Piotrkowi, aby przeczytał. Po kwadransie chłopak nie wiedział, co powiedzieć. Zaskoczyły go słowa lekarza. - No i co się tak patrzysz? – zapytałam. – Powiedz mi lepiej co mam zrobić! – zażądałam. - No jak to co? – zdziwił się. – Spotkać się z nim. - Kiedy? I jak się rodzicom wytłumaczę, że zwiewam ze szkoły? - Wcale nie musisz zwiewać. Możesz to zrobić jeszcze w ferie. - W drugim tygodniu! - podchwyciłam temat. - Masz teraz ochotę iść na narty? Czy dzisiaj to sobie darujemy? – zapytał, zmieniając temat. - A pojedziesz ze mną jutro do Warszawy? - Co tylko chcesz! Poza tym i tak muszę jechać, przygotować się do sesji. - Ale żeby nie było wykrętów w stylu „ja z tobą nie pójdę”, „to nie moja sprawa”, „musicie to załatwić w cztery oczy”. – zastrzegłam i pogroziłam mu palcem. - O co ty mnie oskarżasz? – zapytał urażony. – Kochanie, przecież ja nigdy… - Wiem, kocham cię. – wyznałam. – To co, idziemy ostatni raz pośmigać. Czy uważasz, że i tak wygram? - Z tobą? Zawsze! – był chyba zadowolony, że nie przejęłam się tym wszystkim.
Ostatniego dnia jeździło nam się cudownie. Wróciliśmy do domu dopiero, gdy ratraki zaczynały swą pracę. Zjedliśmy kolację – nawet zrezygnowałam z diety na rzecz pyszności, jakie przygotowywała pani Małgosia (mama Piotrka). Po posiłku zadzwoniłam do swojej mamy, aby oznajmić im, że jeszcze nie przyjadę do domu przez kilka najbliższych dni. Oczywiście nie zdradziłam jej powodu nagłej zmiany planów. Powiedziałam tylko, że teraz zmieniamy miejsce i plan pobytu. Tego samego wieczora napisałam jeszcze maila do „wujka”.
Część 22 / 3
Szanowny Wujku, Bardzo chciałabym się z panem spotkać. Od jutra, aż do piątku będę w Warszawie. Niech tylko Pan da mi znać kiedy będzie miał dyżur. Z poważaniem Paulina
Odpowiedź przysłał mi o drugiej w nocy. Podejrzewałam, że miał „nockę” i pewnie nie mógł spać. Nie myliłam się.
Paulinko, Będzie mi bardzo miło, gdy zagościsz w naszych progach. Niestety, jutro nie mam dyżuru, tylko rano obchód i idę do domu – spać. Więc nie ma sensu, abyś jutro na mnie czekała. Spotkajmy się we wtorek. Wtedy mam dzienny dyżur. Pamiętasz, gdzie jest mój gabinet? Mam nadzieję, że tak. Krzysiek
- Nie będzie go jutro! – powiedziałam zawiedziona Piotrkowi, gdy leżeliśmy już w łóżku. - To dobrze. – oznajmił, a ja się zdziwiłam. – Bo nie będziesz mnie popędzała, gdy będziemy jechać. – zaśmiał się. - Na pewno o to ci chodzi? – zrobiłam się podejrzliwa. - Ta noc będzie należała do nas! – wyznał nieskromnie i pocałował moją dłoń, niczym średniowieczny rycerz.
Gdy byliśmy już niedaleko Warszawy, poprosiłam Piotrka o postój. Akurat zbliżaliśmy się do zajazdu, który był zrobiony w lesie, po którym jechaliśmy od dobrej godziny. - Co się stało? Źle się czujesz? – zapytał troskliwie. - Głowa mnie boli, ale to nic poważnego. – uspokoiłam go. - To pewnie z nerwów. – postawił diagnozę, (mój kochany doktorek). Przed wyjściem z samochodu połknęłam leki przeciwbólowe, które zawsze nosiłam przy sobie od czasu wrześniowego zabiegu. Kwadrans później dużo lepiej się już czułam. - Możemy jechać! – oznajmiłam, gdy widziałam, że Piotruś skończył palić papierosa. W Warszawie byliśmy około piętnastej. Pojechaliśmy do mieszkania, gdzie Piotrek tymczasowo mieszkał (rodzice kupili mu mieszkanie, aby miał gdzie się ulokować na czas studiów on, a wcześniej i Robert – jego starszy brat). - Napijemy się czegoś? – zapytał, gdy przynieśliśmy bagaże i usiedliśmy w pokoju na kanapie. - Chętnie. – powiedziałam i już chciałam iść do kuchni, wstawić wodę, Kiedy Piotrek zatrzymał mnie i pocałował. - Odpocznij! – poprosił. – Za chwilę przyniosę ci ją do sypialni. Czekaj tam na mnie. – i puścił do mnie oczko. - Nic z tego! – ostudziłam jego zapał. – Nie dzisiaj, ale kto wie, może jutro? – kokietowałam.
Nie wiem kiedy zasnęłam. Obudziłam się dopiero dwie godziny później. Piotruś uśmiechał się do mnie i bawił się moimi włosami - Jak się spało? – zapytał, gdy zobaczył, że się obudziłam. - Cudownie. Tylko to łóżko strasznie skrzypi! – poskarżyłam się. - Wiem – przyznał. – muszę je wymienić. - Dlaczego? – zdziwiłam się. – Przecież jest bardzo wygodne. Wystarczy troszkę je naoliwić i będzie jak nowe! – pochwaliłam się swoją mądrością.
Część 33 / 3
Kilka godzin później chodziliśmy po starówce, upajani swą obecnością. Było nam ze sobą tak dobrze, że nie potrzebowaliśmy nawet słów, aby się rozumieć. Wystarczyły oczy Piotrka, aby cały świat stał się lepszy. W mieszkaniu byliśmy po północy. Byłam już bardzo zmęczona, o czym informowała spastyka, która była nie do zniesienia. Wzięłam szybki prysznic i położyłam się do łóżka. Sama nie wiem, kiedy odpłynęłam do krainy Morfeusza. Jednak tej nocy nie spałam spokojnie. Budziłam się wielokrotnie. Chodziłam po całym mieszkaniu bez celu. Jednak nad ranem zasnęłam bardzo mocno. Piotrek obudził mnie po dziesiątej i poinformował, że możemy jechać do centrum. Natychmiast wyskoczyłam z łóżka i zaczęłam się zbierać. Poszłam do łazienki, z której wybiegłam po kilku minutach ubrana, uczesana i w pełnym makijażu. Około południa byliśmy w centrum. Jechaliśmy windą na piąte piętro (oddział neurochirurgii), a ja umierałam ze strachu. - Nie bój się tak! – Piotrek wyczuł moje nerwy. - Łatwo ci mówić! Nie widziałam tego człowieka już ponad 10 lat, a co, jeśli mnie pochłonie wzrokiem? – zapytałam pełna powagi, dopiero później doszło do mnie jakie to głupie.
Dotarliśmy. Stałam dość długo nie mając odwagi wyciągnąć dłoni, aby zapukać do drzwi jego gabinetu. Piotruś zrobił to za mnie. W chwilę później staliśmy w jego pokoju. Był dokładnie taki, jakim go zapamiętałam. Nawet na tablicy korkowej nic się nie zmieniło. Dalej wisiała tam kartka, którą dostał ode mnie 11 lat temu. Wzruszyłam się, jednak nie uroniłam łzy. - Witam panie doktorze. – powiedziałam nieśmiało. - O Boże, Paulinko, jak ty wyrosłaś! – ucieszył się na mój widok. - Też się cieszę, że pana widzę. – skłamałam. - Wiesz, ostatnio twój przypadek był znów przez nas rozpatrywany i mam chyba dla ciebie dobrą nowinę – mamy specjalistów, którzy podejmują się takich przypadków, jak twój… - był tym bardzo uradowany. - Trochę się spóźniliście. – wtrąciłam. – We wrześniu miałam usuwanego guza, którego wy nazwaliście „nieoperacyjnym”. – zauważyłam. - Gdzie? – zainteresował się. - W Bydgoszczy… - oznajmiłam krótko. - Przyjął cię profesor… - Polski doktor House. – przerwałam mu. On zaśmiał się. - Tego jeszcze nie słyszałem! – przyznał ze śmiechem. - Bo to mój twór! – pochwaliłam się. – A właściwie mojej mamy. Ja to tylko opatentowałam. - No tak, Emilka zawsze miała takie pomysły. - „Emilka”? – złapałam go „za słówko”. - Wiesz przecież, że bardzo lubiłem twoją mamę. - Wiem, nawet sześcioletnie dziecko widziało, jak pan zabiegał o względy mamy. - To nie tak, jak myślisz… - No tak, w końcu byłam tylko małą, głupiutką dziewczynką… - przerwałam. - Byłaś uroczą i jak się okazuje – bardzo spostrzegawczą dziewczynką. – poprawił. - Dziękuję. Czyli miałam rację? Zadłużył się pan w mamie? - Tak, jednak nie chciałem niszczyć wam życia. Dużo rozmawiałem z Emilką o waszej rodzinie. Mówiła, że za wszelką cenę będzie chciał ją odzyskać. Nie chciałem komplikować jej życia. Kochałem ją i właśnie dlatego dałem jej spokój. - A teraz? – zapytałam. - Teraz pogodziłem się z tym, że nigdy już jej nie spotkam i być może kiedyś ta miłość osłabnie… - Kocha ją pan? – zapytałam drżącym głosem. - Szczerze? – zawahał się. - Wyłącznie! – potwierdziłam. - Jeszcze żadnej kobiety nie darzyłem takim uczuciem. – wyznał. - Ale to było kiedyś. Teraz ona jest zupełnie inna… - Co to znaczy? - Rozstała się z moim tatą, zaczęła nowe życie, przeprowadziłyśmy się do większego miasta… - A gdzie teraz mieszkacie? – zainteresował się. – Jeśli mogę zapytać? – zawahał się. - W Olsztynie.
Zupełnie rozluźniłam się w towarzystwie lekarza. Było mi już wszystko jedno, co się będzie działo. Trzeba przyznać, że znów „coś” do niego poczułam. Jednak nie pozwoliłam, aby uczucia mną zawładnęły. Wtuliłam się w Piotra. - Mogę mieć do pana prośbę? – zapytałam po chwili. - Zawsze, w każdej sytuacji i sprawie… - Niech pan nie rezygnuje z miłości. Wielokrotnie słyszałam jak mama płacze. Proszę, jeśli naprawdę kocha ją pan, niech pan nie pozwoli jej się męczyć. Ja, mimo szczerej niechęci do pana jak lekarza, mam wielką nadzieję, że się jeszcze zejdziecie. - Dziękuję. – odpowiedział szczerze i pocałował mój policzek, niczym ojciec. – Nie masz pojęcia ile to dla mnie znaczy. – zapewnił. - Robię to tylko ze względu na mamę! – zastrzegłam. – Mam dość patrzenia na to jak pożera ją depresja. Ona już dość wycierpiała. Ja też nie szczędziłam jej zmartwień. Najpierw moja choroba, potem rehabilitacja… - To nie jest twoja wina! – zapewnił mnie lekarz. - Niby wiem o tym, jednak wydaje mi się, że mam w tym współudział… i nic nie mogę z tym zrobić. - Nie wiń się za to. Może tak właśnie musiało być? – odparł filozoficznie. - Tutaj ma pan na myśli siebie? – zapytałam podejrzliwie. - Przejrzałaś mnie! – zaśmiał się. - Chce pan jej telefon? – zapytałam w końcu. - Nie śmiałbym cię o to prosić, jednak jeśli już zapytałaś… - powiedział zmieszany. – Jednak powiedz mi tylko czy nie zmieniła maila przez te lata. - Nie, o ile mi wiadomo, nie zmienił się. – powiedziałam. – Tylko niech pan jej nie pisze, że byłam tutaj. Ona nie wie o mojej podróży. – poprosiłam. - Możesz na mnie liczyć. – zapewnił. - Tak jak kiedyś? – zapytałam złośliwie. On już wiedział, że jeszcze wszystkiego mu nie wybaczyłam, chociaż bardzo mocno się staram. - Nie złość się, proszę! - Dobrze, przepraszam. Będę się starała, jednak nic panu obiecać nie mogę. – powiedziałam skruszona. – A jest tutaj jeszcze w szpitalu rehabilitacja neurologiczna? Bo słyszałam, że coś tutaj się pozmieniało, tylko nie bardzo wiem… - zmieniłam temat. - Tego oddziału właściwie nie ma, ale wszyscy fizjoterapeuci, którzy tam pracowali, pracują w centrum nadal. Ten oddział tylko zmienił nazwę i teraz zamiast „rehabilitacja neurologiczna”, nazywamy go „dziennym oddziałem rehabilitacyjnym”. Pewnie chciałabyś odwiedzić swoich rehabilitantów? – zgadywał. - Nawet nie ma pan pojęcia, jak bardzo się za niektórymi… - Za nauką chodzenia? – zapytał ze śmiechem. - Pewnie mama opowiadała panu o tym… - domyśliłam się. - Tak, Emilka nawet chciała zrezygnować z tych zabiegów… Mówiła, jak bardzo to przeżywasz. - Mareczek był straszny! – wyznałam.
Po pożegnaniu się z lekarzem zjechaliśmy z Piotrkiem na wysoki parter szpitala, gdzie mieściła się rehabilitacja. Gdy kroczyłam tym korytarzem, obok mnie przebiegła kuśtykająca dziewczynka. Niemal się rozpłakałam widząc oczami wyobraźni swoją przeszłość. Ja też kiedyś byłam dokładnie taka, jak ta dziewczynka. Wtedy jeszcze nie zdawałam sobie sprawy jaki ten świat jest podły. Dziewczynka wbiegła w drzwi do gabinetu, który był przeze mnie najmilej zapamiętany. Wbiegła do pokoju pana Piotra. Ja weszłam zaraz za nią. Uśmiechnęłam się, gdy zobaczyłam roześmianą twarz pana Piotra. - Cześć Paulinko! – przywitał się z dziewczynką, a ja znów miałam ochotę usiąść razem z nim i znów, ja przed jedenastoma laty, ćwiczyć. - Dzień dobry panie Piotrze! – przywitałam się, gdy przestąpiłam próg jego gabinetu. - Dzień dobry. W czym mogę państwu służyć? - Nie pamięta mnie pan? – zapytałam zawiedziona. - Nie bardzo. Widzi pani, już nie te lata… - zaśmiał się. Wyciągnęłam z kieszeni zegarek, który już jak relikwie jednak, gdy on świecił nowością, ja spędzałam na oddziale rehabilitacji całe dnie. Ten zegarek znał tutaj każdy. Ja, jako jedyna miałam tu taki „bajer”, bo on nie był zwyczajny. Wystarczyło jedno kliknięcie, a zamieniał się w przenośny odtwarzacz muzyczny. On poznał mnie momentalnie. - Pauluś? – zapytał. – Ta mała, nieśmiała blondyneczka, która nie rozstawała się z mamą? - Tak. Ta dziewczynka, która bała się własnego cienia. – przyznałam ze śmiechem. - Miło mi cię znów tu widzieć! Ale co się stało, że znów tu jesteś? Coś nie tak ze zdrowiem? – przejął się. - Wszystko jest w najlepszym porządku. – zapewniłam. – A dziś jestem tu tylko, aby ostatni raz zobaczyć stare kąty. – wyznałam z sentymentem. - Ostatni raz? Myślałem, że jeszcze się z nami nie rozstajesz… - Rozstałam się już kilka lat temu, dziś tylko przyjechałam, aby pożegnać upiory przeszłości. - I co? Udało się? – zainteresował się. - Wydaje mi się, że jeden z nich będzie teraz bardzo blisko. – zaśmiałam się. On nie dociekał już o co chodzi, widział chyba, że nie chcę o tym mówić.
Po tygodniu spędzonym w Warszawie, Piotruś przywiózł mnie do domu. Zaraz po przyjeździe byłam bardzo zmęczona, nawet nie wiem kiedy tego dnia zasnęłam. Piotrek tej nocy spał u mnie. Już nawet się nie krępowaliśmy i spaliśmy w jednym łóżku. Mama nie miała nic przeciwko temu; wiedziała, że ja jeszcze nie jestem gotowa na dziecko i doskonale zdaję sobie z tego sprawę. - Jak się spało? – zapytała, gdy zeszliśmy rano na śniadanie. - Wyśmienicie, ale zakwasy mam cały czas. – minęłam się troszkę z prawdą, jednak zrobiłam to celowo, aby osiągnąć określony cel. - Nie martw się kochanie, dzisiaj cię troszkę pomasuję. – obiecał mi Piotrek. Właśnie o to mi chodziło. Jak obiecał – tak zrobił. Było mi błogo. Oczywiście wyczuł, że żadnych zakwasów już dawno nie mam, to było tylko pretekstem do tego, aby moje plecy poczuły łagodny dotyk wypływający spod jego palców. Następnego dnia pojechał do Warszawy na egzaminy kończące studia.
Dwa tygodnie później byłam pewna, że lekarz napisał do mamy. Skąd wiedziałam? Nie dała mi wejść do MOJEGO pokoju, gdy sprawdzała swoją pocztę elektroniczną, a przy tym czerwieniała jak burak – niczym zakochana nastolatka. W końcu, po kilku dniach namiętnego korespondowania z nim, postanowiła postawić następny, odważniejszy krok. Mianowicie spotkać się z nim. Oczywiście chciała to zrobić w konspiracji, bynajmniej przede mną. Któregoś dnia oznajmiła mi, że jedzie do Warszawy. Chciałam wyglądać na zainteresowaną tym wszystkim,. Nawet posunęłam się do tego, aby zaproponować jej swoją obecność przy niej. Nie zgodziła się na to. Powiedziała, że jedzie do starego „przyjaciela”. Wtedy byłam już pewna, że jedzie do „wujka”. Cały czas śmieszy mnie to, jak na niego mówiłam. Gdy tylko wyjechała, ja zadzwoniłam do Piotrka, aby zapytać jak tam idą egzaminy. - Cześć kochanie! – przywitałam się z nim. - Cześć, co tam się stało? – zapytał przejęty. Nigdy nie dzwoniłam do niego bez powodu. - Zacznę od tego, że chyba udało mi się wyswatać mamę z „wujkiem”. - No, to gratuluję! – powiedział szczerze. - A ja mam czego ci gratulować? – zapytałam. – Mogę już kupować i mrozić szampana? - Chyba możesz. – powiedział niepewnie. - Dlaczego „chyba”? Czekasz na jakiś wyniki jeszcze? - Zdałem, jednak nie wiem czy ty możesz pić. - Nie denerwuj mnie! – powiedziałam, rozzłoszczona. - …panie doktorze. – dodałam uprzejmie. - Nie będę.…