Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

thriller · 46 min czytania

LISTA cz.1

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

MAIL

Pierwszego maila odebrałem w pracy. Pojawił się na mojej skrzynce koło osiemnastej wieczorem. Właśnie miałem wstać zza biurka, założyć moją ulubioną sztruksową kurtkę i wracać do domu... Do dziś dnia nie wiem, czemu postanowiłem jeszcze przed wyjściem otworzyć outlooka i przejrzeć wiadomości. Może dlatego, że właśnie nad Warszawą przetaczała się majowa burza. Wiatr wściekle rzucał dużymi kroplami deszczu o wielkie biurowe okna, a przez niewielki, prostokątny świetlik znajdujący się prawie nad moją głową widać było jedynie szare smugi spadającej wody. - Do bani. – Mruknąłem otwierając te przeklętą skrzynkę. - Jeszcze tu jesteś? – Do mojego biurka podszedł Marcin, nasz księgowy, i klepnął mnie po ramieniu. - Nie ma sensu się wypuszczać w taka ulewę. – Odparłem wzruszając ramionami. - Ja musze. Teściowa dzisiaj przyjeżdża na weekend. – westchnął przeciągle rzucając okiem na zegarek. - Współczuję... Uścisnąłem jego kościstą rękę na pożegnanie i spojrzałem na monitor. Od ostatniej godziny dostałem ponad dwadzieścia wiadomości. To nic szczególnego. Pracuje w dużym biurze architektonicznym, zatrudniającym ponad sześćdziesiąt osób. Mamy na swoim koncie nie tylko projekty domów jednorodzinnych, ale także całe osiedla, kilka wieżowców i centra handlowe. Ja zajmuje się głównie projektami urbanistycznymi. Moja eks-dziewczyna stwierdziła kiedyś – „Masz fajną robotę. Ustawiasz sobie klocki w kształcie domków, bloków i drzewek zupełnie jak mały chłopiec.” Jej zdaniem pozostałem na poziomie dwunastolatka nie tylko w zawodzie. Ważne, że szef jest bardzo zadowolony z mojej pracy i że wciąż mam ochotę spędzać ponad osiem godzin dziennie za firmowym biurkiem. W każdym razie wyrzuciłem kilka spamów, przejrzałem korespondencję z recepcji informującą o spotkaniu pracowników w przyszłym tygodniu, oraz wiadomość od kolegi z zapytaniem czy wyskoczymy dzisiaj na piwo. Bez czytania skasowałem kolejny mail z pretensjami od mojej „eks” i przejrzałem dwie krótkie informacje związane z ostatnim naszym projektem osiedla domów jednorodzinnych na Białołęce. W końcu otwarłem ostatniego maila. „Maria Młynarska” Tylko tyle było napisane. Przeczytałem nazwisko jeszcze raz, ale kompletnie nic mi to nie mówiło. Nie znałem żadnej Marii Młynarskiej. Nie zastanawiając się więc dłużej, usunąłem maila do kosza. Spojrzałem w najbliższe okno i zobaczyłem, że deszcz przestaje padać, więc wyłączyłem komputer, wstałem i przeciągnąłem się tak mocno, że aż chrupnęło mi w kościach. - Wychodzisz? – Zapytała mnie urocza studentka, pracująca w naszym biurze od jakiegoś miesiąca. - Tak Agatko. Siedzę przed komputerem ostatnio wystarczająco długo. Mam wrażenie że niedługo mi oczy wypłyną od tego wpatrywania się w monitor. Roześmiała się wysokim perlistym głosem. - Szkoda by było twoich oczu. Serio. - Dzięki mała. – Odparłem udając, że się wstydzę. – Ty też powinnaś zacząć weekend, nie uważasz? - Mam tu jeszcze kilka wiadomości do wysłania. Zajmie mi to najwyżej kilka minut. - W takim razie do poniedziałku. – Puściłem do niej oko i nacisnąłem guzik przywołujący windę. - Całusy. – Odpowiedziała, machając ręką, kiedy wchodziłem do środka. Zjechałem na parking, mieszczący się dwa piętra pod budynkiem, wsiadłem do samochodu i po wykonaniu kilku skomplikowanych manewrów, wreszcie wyjechałem na mokrą ulicę. Deszcz prawie przestał padać. Za to strugi wody płynęły wzdłuż krawężników, a gdzie nie gdzie na ulicy błyszczały duże kałuże, w które wpadały samochody, chlapiąc brudną deszczówką najbliżej znajdujących się przechodniów. Stojąc na światłach koło dworca centralnego sięgnąłem po komórkę żeby zadzwonić do Eryka – kolegi, z którym miałem umówić się na piwo w naszym ulubionym barze „Przekąska” niedaleko centrum. Nie miałem jakoś ochoty dzisiaj się z nim spotkać, więc przesunąłem nasze piwo na sobotę wieczór. Po drodze postanowiłem jeszcze odwiedzić jakiś market i zrobić większe zakupy, bo nawet zapas mrożonych steków mi się skończył. Tak więc koniec końców, pod moje mieszkanie na Ochocie dotarłem dopiero przed dziewiątą wieczór.. Ledwie otwarłem drzwi do mieszkania, natychmiast zostałem gorąco powitany przez mojego labradora. Pies szczekał radośnie i wymachiwał ogonem na wszystkie strony. - Czekaj Tofik! – Pieszczotliwie poklepałem go po łbie i lekko odsunąłem, żeby odłożyć torbę z zakupami. W tym czasie pies złapał w zęby smycz i warknął cicho. - Już idziemy. – powiedziałem do niego zakładając smycz na obrożę. Tofik uwielbiał długie spacery. Zwłaszcza w deszczu. Ja byłem nieco mniej zachwycony, ponieważ po takim wypadzie trzeba było wkładać go do brodzika, myć mu wszystkie łapy, a potem całą podłogę pomiędzy drzwiami wejściowymi a łazienką. - Ale nie idziemy dzisiaj do parku. – Powiedziałem do niego. – Pada deszcz, a ja jadłem późne śniadanie koło południa. Dzisiaj musisz tutaj pobiegać. Zresztą robi już się ciemno. Akurat gdy wyszliśmy na zewnątrz. zapłonęły latarnie na osiedlu. Odpiąłem smycz i puściłem psa na niewielki skwerek obrośnięty kilkoma kępami półtorametrowych krzewów. Tofik pobiegał chwilę z nosem przy ziemi, węsząc zapewne jakieś szalenie interesujące psie zapachy. Czekając na niego obróciłem głowę w stronę okien mojego mieszkania i odruchowo spojrzałem w szyby. Zdziwiony skrzywiłem twarz. W sypialni zauważyłem jakieś dziwne miganie. Zupełnie jakby ktoś przeszukiwał mój pokój trzymając w ręce latarkę. - Niemożliwe. – Mruknąłem mrużąc oczy, aby lepiej widzieć okna. Niestety wiatr zaczął wiać nieco mocniej, przez co zaczęły mi łzawić oczy. - Cholera jasna. – Mruknąłem zapinając smycz Tofika do jego obroży. – Wracamy do domu malutki. Kiedy podszedłem pod blok, znowu spojrzałem w okna mojej sypialni. Tym razem odbijała się w nich tylko łuna miasta. Nic więcej. - Może to wszystko mi się tylko przywidziało? – Zapytałem sam siebie stojąc kilka metrów od wejścia. Postanowiłem jeszcze raz wrócić na miejsce, gdzie dojrzałem rzekome błyski latarki. Jakoś wcale nie śpieszyło mi się do domu. Doszedłem do wniosku, że skoro jest tam jakiś złodziej, niech lepiej ukradnie co ma ukraść i zwieje zanim ja wrócę. Przyznaje, nie jestem herosem! Wróciłem na miejsce z którego wcześniej widziałem dziwne błyski w oknach mojej sypialni. Doszedłem do wniosku, że może to wszystko było tylko jakimś dziwnym refleksem, albo odbiciem jednego z wielu przelatujących tędy samolotów. Podniosłem głowę i spojrzałem w okna. Tym razem panowała tam zupełna ciemność. Stałem przez kilka minut w kompletnym bezruchu wpatrując się tak długo, że aż oczy zaszły mi łzami. Zniecierpliwiony Tofik, lekko trącił moją dłoń mokrym nosem i zaskomlał cicho. - Twój pan kompletnie oszalał. – Powiedziałem głośno, klepiąc go po łbie. – Wracamy do domku. Weszliśmy do klatki schodowej. Akurat winda zjechała na parter i z cichym syknięciem otwarły się jej drzwi. Wewnątrz było pusto. Tofik wskoczył pierwszy do wnętrza windy ciągnąc mnie za sobą. Wcisnąłem guzik z cyfrą 7 i ruszyliśmy na górę. Kiedy wysiadłem na naszej kondygnacji rozejrzałem się po długim, wyłożonym dywanem korytarzu, na którym mieściło się dziesięć apartamentów. Panowała tu kompletna cisza. pies pognał truchtem w stronę drzwi naszego mieszkania, tam stanął i obejrzał się za mną. - Idę, idę. – Mruknąłem, wyciągając z kieszeni klucze. Zanim stanąłem obok niego, psiak starannie obwąchał klamkę drzwi i wycieraczkę. Może rzeczywiście ktoś się włamał? – pomyślałem naciskając klamkę. Jednakże drzwi były zamknięte. - Absurd jakiś. – Stwierdziłem na głos, żeby przełamać irracjonalny strach. – Boję się wejść do własnego mieszkania! W końcu zdecydowanym ruchem przekręciłem kluczyk, otwarłem drzwi i zaświeciłem światło. Nie zauważyłem niczego podejrzanego. Tofik wskoczył pierwszy, przebiegł salon i pognał do kuchni. Zaraz usłyszałem jak z głośnym mlaskaniem zabrał się do picia wody z miski. Doszedłem do wniosku, że skoro pies nie wyczuł niczego podejrzanego, to ja nie musze się martwić. W razie czego obszedłem jednak moje trzypokojowe mieszkanie. Zajrzałem do wielkiej szafy z ubraniami, pod łóżko w sypialni, a nawet na taras, jednakże wszystko było dokładnie takie, jakie pozostawiłem przed wyjściem. Coraz bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że te refleksy w oknach nie były światłem żadnej latarki, tylko po prostu odbiciem latarni ulicznych. Być może w bloku naprzeciwko ktoś miał uchylone okno pod takim kontem, że światła odbijały się akurat u mnie? Na pewno tak właśnie musiało być. Stopniowo się rozluźniłem. Włączyłem wiszącą na ścianie, ponad pięćdziesięciocalową plazmę i ustawiłem program informacyjny. Potem wygrzebałem z lodówki ostatnie piwo, otwarłem go i wypiłem kilka łyków prosto z butelki. Napój był tak zimny, że aż odchrząknąłem. Opadłem na kanapę i obejrzałem wiadomości. Tego dnia nie wydarzyło się nic ciekawego. Znowu mówili o zbliżających się wyborach na prezydenta w Polsce, potem o kłótni w rządzie... Znudzony tą codzienną sieczką, wziąłem do ręki program telewizyjny, w nadziei, że znajdę jakiś ciekawszy program. I właśnie wtedy, przeglądając telegazetę usłyszałem wiadomość, że zamordowano kobietę. Spiker opowiedział o tym, że dwóch nastolatków znalazło niedaleko warszawskiego Pomnika Lotnika, rozczłonkowane ciało czterdziestoparoletniej kobiety, zamordowanej kilka godzin wcześniej. Odłożyłem gazetę i skupiłem się na reportażu. Ubrana w przeciwdeszczowy płaszczyk, drobniutka reporterka pytała właśnie jednego z prowadzących śledztwo o szczegóły sprawy. - Jak na razie niewiele możemy powiedzieć. – Odparł gruby, łysiejący policjant. W dole ekranu pojawiła się informacja na jego temat - Arkadiusz Borecki – starszy sierżant. - Może chociaż ogólne informacje, jakie udało się ustalić do tej pory? – przymilnym głosem prosiła reporterka, ściskając mocno w jednej ręce mikrofon, a w drugiej rwany przez wiatr parasol. Deszcz lał coraz mocniej, a na zachodzie widać było już flesze błyskawic. - Jak na razie wiemy, że kobieta została zabita około osiem godzin temu, ciało zostało pozbawione kończyn i głowy, które znaleźliśmy kilka metrów dalej od korpusu... Mimowolnie się skrzywiłem, kiedy pokazano leżący na trawie worek ze zwłokami. - Czy udało się ustalić tożsamość kobiety? – Reporterka musiała głośniej mówić, gdyż wiatr przybrał znacznie na sile. - Tak. Sprawcy najwyraźniej zależało na szybkim ustaleniu danych ofiary. W kieszeni kurtki, w której znajdowała się głowa, znaleźliśmy dokumenty denatki. Nazywała się Maria Młynarska. Cholera, skądś znałem to nazwisko. Odstawiłem piwo na stolik i uważniej wsłuchałem się w wiadomości. - ...w każdym razie – kontynuował policjant – więcej informacji uzyskamy po dzisiejszej sekcji zwłok. W tej chwili jeszcze zabezpieczamy ślady zbrodni... Cały czas zastanawiałem się, skąd znam to nazwisko. Maria Maria Młynarska... – Zorientowałem się nagle ze cicho wymawiam te dwa wyrazy. Wreszcie mnie olśniło. Przecież Takie nazwisko było w którymś mailu, jaki odebrałem z pracy. Poderwałem się z kanapy i poszedłem do najmniejszego w mieszkaniu pokoju, które skromnie nazywałem biurem. Usiadłem za stolikiem i wcisnąłem guzik monitora. Wtedy dopiero zorientowałem się, że komputer jest wyłączony. Dziwne. Włączyłem guzik startu i czekałem na uruchomienie windowsa. Praktycznie nigdy nie wyłączam komputera, ponieważ bez przerwy ściągają mi się różne pliki, poza tym program do konwertowania filmów pracuje na okrągło. Być może nie było przez chwile prądu. To było jedyne logiczne wytłumaczenie. Uruchomiłem moją skrzynkę mailową i podałem potrzebne do otwarcia kody. Pojawiło się kilka nowych wiadomości, ale je na razie zignorowałem. Na początek przejrzałem stare maile na skrzynce odbiorczej, ale nie znalazłem nazwiska zabitej kobiety. Wtedy otwarłem kosz i od razu trafiłem na tego, otwieranego kilka godzin wcześniej w pracy. Adres spod którego wysłano wiadomość kompletnie nic mi nie mówił. [e-mail] Zupełnie bez sensu. W otwartym liście znajdowały się tylko dwa słowa. „Maria Młynarska. „ Cholera – powiedziałem cicho, gapiąc się w wyświetlane nazwisko. Sprawdziłem godzinę wysłania. 17.50 W takim razie, w momencie wysłania tego nazwiska, kobieta już nie żyła. Policjant powiedział, że musiała zginąć w godzinach południowych. Być może ktoś dowiedział się wcześniej o jej śmierci i wysłał maila pod kompletnie przypadkowe adresy. Albo... Może ktoś jej już szukał i wysłał taki mail. Albo... Wiedział że nie żyje, ponieważ sam ją zamordował! Absurd! Po chwili rozważań doszedłem do wniosku, że każde kolejne wytłumaczenie jest głupsze od poprzedniego. Porozmyślałem jeszcze chwilę przy komputerze, jednakże byłem zbyt zmęczony tym tygodniem, aby dojść do jakichś konstruktywnych wniosków w sprawie maila. Biorąc gorący prysznic stwierdziłem, że to wszystko jest po prostu jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności. W końcu wiele osób może się nazywać Maria Młynarska. Wcale nie musi chodzić akurat o zamordowana dzisiaj osobę. - A zresztą, - powiedziałem do swojego odbicia w lustrze, nakładając pastę na szczoteczkę do zębów - na moją skrzynkę przychodzi dziennie kilkadziesiąt spamów z jakimiś bzdetami. Pewnie w większości z nich są nazwiska, adresy i inne duperele, tylko, ze ja po prostu spamów nigdy nie otwieram. Z takim przekonaniem opuściłem łazienkę i rzuciłem się na moje ogromnie łóżko by natychmiast zasnąć.

ZBIEG OKOLICZNOŚCI

Następnego dnia obudziłem się z lekkim bólem głowy. Spojrzałem na zegarek, dochodziła dziesiąta. Pies leżał przy moim łóżku i cicho poszczekiwał przez sen. Widocznie śniło mu się że, goni koszmarnego ratlerka naszej sąsiadki. - Dokop Busterowi. – Szepnąłem do Tofika wstając z łóżka. – I możesz ugryźć panią Kowalską w tyłek. Masz moje specjalne pozwolenie. Tofik szczeknął cicho i leniwie otwarł jedno oko. Cicho opuściłem sypialnię. Powoli poczłapałem do kuchni, żeby nastawić kawę. Kiedy ekspres zaczął szumieć, w drzwiach pojawił się Tofik niosąc mojego kapcia. - A gdzie drugi? – zapytałem czochrając go pieszczotliwie po łbie. – Drugi przynieś. Jednakże on doszedł do wniosku, że jeden bambosz musi mi wystarczyć, bo stanął nad miską i zaskomlał cicho. Nalewając mu świeżej wody, włączyłem pilotem telewizor. Akurat zaczynały się wiadomości na TVN więc nieco podkręciłem dźwięk. Wtedy zadzwonił telefon. Jeden aparat mam w kuchni koło lodówki, więc odłożyłem butelkę z wodą i podniosłem słuchawkę. - Mateusz Bławat, słucham? Jednakże po drugiej stronie linii panowała cisza. - Halo, halo? - Powiedziałem jeszcze raz, jednakże wciąż nikt nie odpowiadał. Nie czekając dłużej odłożyłem słuchawkę. Czasami bywało, że moja mama, mieszkająca obecnie w Sopocie ze swoim nowym mężem, myliła numery telefonu i dzwoniła do mnie zamiast do mojego brata Pawła. Nie minęła minuta, a telefon znowu zadzwonił. Ponownie odebrałem. Tym razem dzwonił Eryk, mój przyjaciel policjant. - Cześć stary. – powitał mnie wesołym jak zawsze głosem. – Dzwonie w sprawie naszej wieczornej randki. - Co jest? - Musimy ją przesunąć, albo na późniejszą godzinę, albo na inny dzień. Wsadzili mi nadgodziny. Podrapałem się po głowie. - Wolałbym dzisiaj. – Odparłem. – O której możesz? - Nooo, dziewiąta najwcześniej. - Nie ma sprawy stary. - Jakbym się spóźnił to czekaj. Dam znać. - Jasne. Trzymaj się. Eryk był moim najlepszym przyjacielem jeszcze z czasów szkoły średniej. Poznaliśmy się w liceum. Chodziliśmy do jednej klasy i spędzaliśmy razem mnóstwo czasu. On był świetny z przedmiotów humanistycznych a ja ze ścisłych. Tak więc, razem dobrze się uzupełnialiśmy. Ja robiłem zadania z matematyki czy fizyki i dawałem jemu do odpisania, a Eryk pomagał mi w pisaniu każdego wypracowania z polskiego i historii, które były dla mnie prawdziwą zmorą. Po liceum Eryk stwierdził, że chce zostać policjantem. Jego rodzice nie byli zachwycenie tym faktem, bo chcieli by został dentystą tak jak oni, i przejął po nich cztery gabinety stomatologiczne. Tymczasem w policji Eryk robił karierę nad wyraz szybko. Ostatnio właśnie został zastępcą naczelnika sekcji dochodzeniowo-śledczej w jednym z warszawskich oddziałów. Rok temu ożenił się ze śliczną Agnieszką i pół roku później został ojcem pulchnego Maciusia. Nasza przyjaźń przetrwała wszystko. Od czasu do czasu wpadam do nich na grilla, albo wychodzimy razem na kolację. Odkąd jednak pojawił się na świecie Maciuś, Agnieszka rzadziej gdzieś wychodzi. Ostatnio nie widziałem się z Erykiem prawie trzy tygodnie, dlatego nie chciałem przekładać tego spotkania, poza tym po prostu miałem ochotę się trochę rozluźnić. Tak więc podjechałem przed dwudziestą pierwszą, tramwajem do centrum i przeszedłem się kawałek do pubu „Przekąska”, gdzie zazwyczaj się umawialiśmy. Udało mi się zając stolik w samym rogu dużego, prostokątnego pomieszczenia. Wnętrze pubu było przytulne i nowoczesne zarazem. Większość elementów wykończono szkłem i drewnem, na ścianach plakietki z niemieckimi i czeskimi napisami typu „uwaga głębokie wykopy” czy „przejście drugą stroną ulicy”. Ładnie ubrane i zawsze uśmiechnięte kelnerki oraz porozwieszane w kilku miejscach plazmy, żeby można było oglądać tutaj na przykład mecze piłki nożnej – to wszystko tworzyło bardzo rozluźniający i przyjemny klimat. Czekałem na Eryka ponad dwadzieścia minut i kiedy już miałem do niego zadzwonić, pojawił się wreszcie w drzwiach pubu. Był to wysoki, barczysty facet i dość ostrych rysach twarzy i krótko ogolonej, ciemnej czuprynie. Ubrany w proste jeansy i pasiastą koszulkę polo nie wyglądał na policjanta, a wręcz przeciwnie. Gdybym sprzedawał na lewo broń, to na pewno zapytałbym się jego, czy nie kupi u mnie jakiejś „fajowskiej spluwy”. - Cześć stary, zamówiłem to co zwykle. – odparłem podając mu rękę, kiedy tylko podszedł do stolika. - Oj dużo się dzisiaj promili przyda. – Westchnął, zajmując swoje miejsce i biorąc w wielka garść kilka orzeszków z miseczki. – Ciężki tydzień. - W robocie? Eryk westchnął i pokręcił głową. - Też. Ale mały nam chorował. Wiesz, gorączka prawie czterdzieści stopni, kaszel, katar... Trzy nieprzespane noce. - Współczuję. - Agnieszka pada na twarz. Dzisiaj przyjechali do nas jej rodzice i się zajmują maluchem. A ja się wreszcie wyrwałem. - A twoja żona? Podane przez kelnerkę piwo było przyjemnie chłodne. Upiłem mały łyczek patrząc troskliwie na przyjaciela. - Aga tez się wyrwała. Z koleżanką do jakiegoś centrum handlowego na zakupy. Już słyszę jak moja karta kredytowa wyje z rozpaczy. Pogadaliśmy jeszcze o chorobie małego Maćka, a potem o pracy. Jak zwykle mieliśmy mnóstwo tematów do omówienia. Właśnie zamówiliśmy po trzecim piwie, kiedy przyszedł sms na moją komórkę. Odruchowo sięgnąłem do kieszeni spodni i włączyłem telefon. Wiadomość była nadana z jakiejś bramki internetowej. Otwarłem żeby przeczytać. Treść była bardzo krótka, ale tak przerażająca że poczułem chłód na karku, jakby ktoś wsypał mi za kołnierz worek lodu. „ Marysia odpoczywa. Edyta Borek” Wpatrywałem się przez chwilę w tę informację czując jak od spoconych dłoni komórka powoli wyślizguje mi się z ręki. - Co jest? – Zapytał Eryk odkładając kufel. – Masz jakieś kłopoty? Przez kilka minut zastanawiałem się czy w ogóle powiedzieć mu o tym wszystkim. W końcu to może być tylko jakiś głupi zbieg okoliczności. - Sam nie wiem. – Odparłem powoli i podałem telefon przyjacielowi. Ten szybko przeczytał wiadomość i wzruszył ramionami. - Pewnie ktoś pomylił numer telefonu. Wiesz, jak to jest z tymi sms-ami wysyłanymi z bramek. Pomylisz jedną cyfrę w numerze telefonu i potem może być z tego cała afera. Spojrzałem na niego z powątpiewaniem. - No nie wiem. – Westchnąłem. – Miałem ostatnio serie dziwnych zdarzeń. Co prawda nie wierzę w zbiegi okoliczności, ale to wszystko za bardzo się.... no wiesz.... zbiega. Pokrótce opowiedziałem mu o pierwszym mailu. Potem o śmierci pani Młynarskiej, i o tym jak wydawało mi się, że ktoś myszkuje w moim mieszkaniu. - Stary. – Eryk klepnął mnie po ramieniu. – Na razie się tym nie przejmuj. To na prawdę wygląda na zbieg okoliczności. - No nie wiem. – powtórzyłem się. - W takim razie powiedz mi, po co ktoś wysyłałby takie informacje? Dlaczego akurat do ciebie? Narobiłeś sobie jakiś wrogów, czy co? - Raczej nie. – Zastanowiłem się przez chwilę. – Z moją „eks” rozstałem się w przykry sposób, ale nie sądzę żeby po kilku miesiącach po tym wszystkim chciało jej się mścić. Zwłaszcza, że bardzo szybko wpadła w ramiona jakiegoś „tirowca” o karku szerszym niż głowa. - A pamiętam. – Uśmiechnął się Eryk. – A w pracy? - Wróg w pracy? – Prychnąłem kręcąc głową. – A skąd! Kto by mógł mieć do mnie jakieś ‘ale”? - Tego nie wiem. Może ktoś przez ciebie nie awansował? – Podpytywał Eryk. - I z tego powodu miałby mordować niewinne kobiety? No daj spokój! To chore! - Na ogół ludzie zdrowi na umyśle nie mordują innych. A zazdrość jest najczęstszą przyczyną zabójstw. Jedna kramarka w małopolskim poderżnęła gardło swojej koleżance po fachu tylko dlatego, że kilka dni pod rząd sprzedała mniej dzierganych serwetek niż konkurentka. Wytrzeszczyłem oczy ze zdziwienia. - Nie żartuj! Ileż ludzi musiałbym wysłać do nieba, żeby utorować sobie drogę w moim zawodzie. – Powiedziałem z zadumą. - O! Ja też. – Zażartował, popijając piwo. - Ale nie rozwiązałbym tego przez morderstwo prawdę mówiąc. – Dodałem bawiąc się kluczami do mieszkania. – Za duże ryzyko, i w ogóle. - Nie wszyscy rozumują w ten sposób. - Wiem, wiem. - Zabójcy często mają jakieś wyimaginowane powody, by szarpnąć się na czyjeś życie. Niestety wieżą w swoje przekonanie tak mocno, że jedynym wyjściem jest dla nich usunięcie niewygodnej osoby, najczęściej głównego sprawcy wszystkich nieszczęść zabójcy. - Twoje błyskotliwe teorie ni jak nie pasują do mojej sytuacji. – Stwierdziłem cierpko. Eryk łyknął piwo i odstawił pusty kufel na środek stołu. - Moim zdaniem jakiś gówniarz wybrał sobie przypadkiem akurat twój numer telefonu i się po prostu bawi. - Wiesz, że to bez sensu. – Przerwałem mu. – Po pierwsze najpierw był nie sms tylko mail z nazwiskiem kobiety, która zginęła mniej więcej w tym samym czasie. Sms dostałem teraz i jest najwyraźniej od tej samej osoby, która bawi się ze mną w kotka i myszkę. Eryk pokręcił głową. - Wiesz ile takich smsów z pogróżkami czy innymi rzekomo niepokojącymi pierdołami dostajemy dziennie? Całe stosy. Gdybyśmy reagowali na każdy z nich, to nawet nie chce myśleć, co by się działo. Trzeba by było zatrudnić kilkakrotnie więcej policjantów niż dotychczas. Może po prostu ktoś pomylił jedną cyfrę w numerze telefonu i myśli że pisze do kogoś innego. W końcu ten sms wcale nie brzmi jakoś przerażająco. Sam popatrz. - Podał mi mój własny telefon z otwartą wiadomością. - Na pierwszy rzut oka wygląda to tak, jakby ktoś wysłał do matki małej Marysi informację, że dziecko usnęło. A może ta cała Edyta Borek jest po prostu opiekunką? Wielki mecyje! - Nie sadzę... - Posłuchaj! – Wszedł mi w słowo. – Jak ta cała Borek zginie, w co wątpię, i dostaniesz kolejną wiadomość to daj znać. Bo moim zdaniem

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%